aktualizacja w weekendy ;-)

poniedziałek, 17 października 2011

Krystian Lupa. Poczekalnia.0

Wobec przemocy totalnej, niczym wobec śmierci, wszyscy jesteśmy jednakowo bezbronni. Śmierć nie jest konieczna: wojna każdego z osobna pozbawia wszelkich atrybutów tożsamości.

Nie mogę się pozbyć wrażenia, że używane wobec Poczekalni.0 pojęcie “eksperyment” jest czystym zabiegiem marketingowym. Każda twórczość jest swego rodzaju eksperymentem. Współpraca z aktorami jako zastosowana metoda twórcza nie jest niczym nowym, ale nie jest to też żadnym zarzutem. Traktowanie kryterium nowatorstwa i oryginalności jako naczelnej zasady w podejściu do dzieła sztuki uważam za błąd. Lupie udało się stworzyć dzieło dotykające naszej kondycji, wielopoziomowe i otwarte na interpretacje, a przy tym spójne wewnętrznie, pomimo zastosowania metody kolażu losowanych na żywo scen. Cortazarowska gra w klasy z widzem, który może pójść różnymi tropami. Jeśli w tym pozornym chaosie możliwości udaje się odnaleźć jednak sens i spójną myśl, uważam to za wielki sukces.


Charakterystyczna dla spektakli Krystiana Lupy czerwona obwódka sceny w Poczekalni.0 została dodatkowo podkreślona cienką stalową liną. Pojedynczy drut pozbawiony kolców i tak spełnia swoje zadanie wtłaczania w ciasne ramy ograniczonej przestrzeni realności. Kolejowa stacja, niczym w filmie Matrix, jest zawieszonym w czasie i przestrzeni punktem styczności różnych światów i obszarem decyzji o poszczególnych losach. W filmie braci Wachowskich główny bohater rozmawia z fantomami programów obdarzonych duszą. U Lupy bohaterowie spotykają spokojną staruszkę istniejącą poza czasem, ale związaną z miejscem Poczekalni. Pytania o istotę człowieka wiszą nad głowami jak miecz Damoklesa.

Stacja jest pośrodku Niczego, jakby w spełnionej obietnicy Kononowicza, telefony nie działają, a jedna z osób wchodząc informuje, że poszła się rozejrzeć po okolicy, ale oprócz stacji nic nie widać pośród otaczających pól. Oczekiwanie na jakikolwiek następny pociąg wymusza tworzenie Grupy wbrew woli każdego z uczestników. Dojrzałe małżeństwo znerwicowanych frustratów, przepełniona pychą i cynizmem nieszczęśliwa pijana dziennikarka, młody mieszkaniec Oświęcimia i wracający z wycieczki do Auschwitz studenci aktorstwa, którzy stanowiąc zwartą paczkę, z całych sił bronią jednocześnie swojej indywidualności i niezależności. Kurtka z wężowej skóry zastąpiona została koralami.

Młodych aktorów wysłał w podróż reżyser ich pracy dyplomowej. Jego koncepcja wymagała odwiedzin w obozie zagłady. Niestety reżyser nie wysiadł z pociągu i nie ma kto wyjaśnić tajemniczego związku wycieczki z dyplomowym przedstawieniem Hamleta. Zaczyna się intelektualny pojedynek wszystkich przeciwko wszystkim, którego katalizatorem jest dociekliwość dziennikarki. Zachowanie reporterki dalekie jest od zawodowych zasad. Nie stara się nawet być obiektywna, narzucając swój punkt widzenia ocenia swoich rozmówców, jako infantylnych i myślących w istocie zupełnie coś przeciwnego do deklaracji. Tupet, upór i nie zrażanie się obronną niechęcią aktorów dopełniają tego miniaturowego portretu stereotypowego dziennikarza, który równie dobrze mógłby być portretem wujka Heńka u ciotki na imieninach.


Studenci jednak faktycznie są infantylni. Posługują się komunałami i kliszami, na różny sposób maskując poczucie pustki i poszukiwanie własnej tożsamości. Zdecydowanie nadużywająca szewskich przecinków dziewczyna jest aż sztuczna w swojej manierze, ale być może ta sztuczność jest zamierzona i ma razić widza właśnie w taki sposób. Okazująca nieustanne lekceważenie dla kolegów, manifestując bez ustanku swoją wolność i jej granice, gładko wchodzi w zupełnie inną, pełną wazeliny manierę wobec dziennikarki. Sytuacji nie rozbrajają też alternatywne klisze nie należącej do grupy, dziewczyny jednego z aktorów. Dopiero mieszkaniec Oświęcimia wprowadza narrację, która jest nie do przełknięcia dla wszystkich pozostałych dyskutantów.

Oświęcim jest dla niego placem zabaw z dzieciństwa, które to dzieciństwo było naznaczone pomnikiem zbrodni. Nie mów mi o Hitlerze - woła do oburzonej dziewczyny - z Hitlerem sobie poradzimy, powiedz mi o sobie. Co z nami robi Auschwitz? Auschwitz jako ikona popkultury. Auschwitz jako symbol religijny. Wydarzenie zneutralizowane pomnikiem zorganizowanej racjonalnej przemocy. To nie jest wcale coś odległego i abstrakcyjnego. Wychowałem się patrząc na te budynki.

Na zapleczu dworca dwie tajemnicze postacie podglądają za pośrednictwem przemysłowych kamer wszystko, co się dzieje w poczekalni. Sami o sobie mówią Nocni Grafficiarze. Bawią się w nadawanie swoich sensów pozornie nieistotnym gestom obserwowanych osób. Czy gesty te nabierają znaczenia razem ze słowami z offu? Czy słowa z offu są jedynie odbiciem sensu gestów? Podglądanie daje władzę, co zostaje uwidocznione w scenie realizacji zakładu między Grafficiarzami. Wiedza uzyskana z inwigilacji umożliwia skuteczną manipulację, skuteczne uwiedzenie: widza, słuchacza, partnera. Wystarczy odrobina zmysłu obserwacji i chęć słuchania. Bardzo mocna autodemaskacja własnej metody twórczej. Być może także jeden z wielu powodów, dla którego metoda Lupy jest tak mocno odrzucana. Mechanizm wypierania broni przed prawdą o mechanizmach sprawowania i ulegania władzy w środowisku Panoptikonu. Nie trzeba budować systemu opresji opisywanego przez Foucault’a, wystarczy powszechne podłączenie do internetu.


Na ekranach zawieszonych nad widownią widzimy widownię na żywo, podgląd sceny i nagrane wcześniej improwizacje. Wszak to czego nie pokazali w telewizji nie istnieje. Oglądając na ekranie scenę Poczekalni reżyser zdaje się urealniać całą sytuację. Kamera jednak zagląda również w inne, nawet najintymniejsze miejsca. Dworcowa ubikacja, sala prób, sypialnia, a nawet pokój podglądających wszystko Nocnych Grafficiarzy. Trudno przy tym wyczuć, czy aktorzy mówiący do umieszczonej w łazienkowym lustrze kamery zdają sobie sprawę z jej istnienia, czy rozmawiają z samym sobą? Wszyscy jesteśmy w Truman Show, nie wyłączając nawet jego twórców. Jednak przekonujemy się wkrótce, że władza podglądaczy jest iluzoryczna.

Wobec obezwładniającej niemocy radzenia sobie z rzeczywistością, na którą przecież wpływ jest ograniczony, reagujemy na różne sposoby. Dojrzałe małżeństwo wypracowało sobie przeciwstawne, ale komplementarne metody zagłuszania. On jest gorącym wulkanem, który w nieustających erupcjach czynnej agresji walczy o panowanie. Fiasko wysiłków generuje frustrację, która dodatkowo karmi agresję. Ona zaś uprawia agresję bierną, pozornie przyznając rację mężowi i za pomocą drwiny nieustannie go upokarza wykorzystując energię jego złości. Wszyscy pozostali także głuszą ból istnienia za pomocą różnych form agresji o różnym nasileniu intensywności. Jedynie Nocni Grafficiarze wydają się być zdystansowani wobec tej powszechnej frustracji, jednak wobec zagrażającej życiu przemocy także oni zostają postawieni pod ścianą i zrównani w swojej niemocy wobec przemocy ze wszystkimi pozostałymi gośćmi Poczekalni.

Użyty na scenie pistolet, jest czymś więcej niż symbolem opresji męskiego panowania. Pistolet jest tu Naturą, z którą się nie negocjuje - wymachiwanie szabelką wobec burzy może skończyć się spaleniem przez piorun. Nieracjonalna, pozbawiona refleksji przemoc, jak śmierć zrównuje wszystkich pod ścianą przeznaczenia. Nawet istniejąca poza czasem staruszka stoi w jednym szeregu ze studentami i grafficiarzami. Jednak to ona przełamuje w końcu impas i wychodzi, tak po prostu, swoją obojętnością neutralizując agresora. Z drugiej strony przychodzi na myśl scena z American Beauty, gdzie pistolet również jest metodą neutralizacji frustracji spowodowanej porażką nietrafnej interpretacji i brakiem możliwości akceptacji świata.


Następujące potem rozprężenie wywołuje u bohaterów falę bagatelizacji. Wyluzuj, zdenerwował się nieco za mocno, nic się nie stało - każdy na swój sposób próbuje zracjonalizować brak oporu wobec ołowianej przemocy. I tylko jedna ze studentek pyta tonem pełnym oburzenia, kierując swoje słowa ni to w przestrzeń ni to do publiczności: jak to? nic się nie stało? facet nas tu upokorzył, groził nam bronią, strzelał do nas i nic? Podeptał naszą godność, mierzył do nas z pistoletu, a my mamy wyluzować? Czy naprawdę to nic nie znaczy? Naprawdę nie mamy potrzeby nic zrobić? Naprawdę możemy dalej normalnie żyć?

Okazuje się, że godność jest fikcją wobec doświadczenia totalnego upokorzenia. Ignorancja stała się sposobem ratowania własnej tożsamości. Auschwitz jest zneutralizowanym pomnikiem, współczesna przemoc nie wymaga już nawet pomnikowej neutralizacji. Współczesne upokorzenie upokarza się samo i samo się reprodukuje. Nikt za nic nie odpowiada, bo nic się nie dzieje: gdy w końcu przyjeżdża na stację pociąg, oprawca tak samo jak jego ofiary, bez słowa wsiada do wagonu...

W Poczekalni zostają jedynie Nocni Grafficiarze. Zostają z niezmiennie i zawsze aktualnym pytaniem: i co teraz? Odpowiedź jest do bólu szczera i paradoksalnie najbardziej adekwatna: nie wiem, nie wiem.

Poczekalnia.0 na stronie wrocławskiego Teatru Polskiego
Jacek Cieślak rozmawia z Krystianem Lupą o Poczekalni.0

wtorek, 4 października 2011

Koprofagi Jana Klaty


Kontestacja jest wpisana w System. Każdy rekwizyt potrzebny do manifestowania kontestacji można kupić normalnie w sklepie. Ćwieki, glany, pacyfki, gwiazdy szatana, trupie czaszki, skóry z frędzlami, kowbojskie kapelusze itd. itp. Do wyboru do koloru każda subkultura jest kolejną niszą do zagospodarowania w celu powiększania PKB. Kulturowe formatowanie, standaryzacja subkulturowej różnorodności jest dostosowaniem do masowej produkcji. Ale rękodzieło także ma swoją niszę. Jeśli subkultura wymaga ręcznie wykonanych rekwizytów, rynek także zapewni niepowtarzalność jednostkowych elementów. Miśnieńska porcelana i kostur wędrującego hippisa zaspokajają tą samą potrzebę wyjątkowości, generując manufakturową produkcję unikatowych przedmiotów.

To samo dzieje się na poziomie idei, których różnorodność ma na celu wciągnięcie w obręb Systemu absolutnie wszystkich. Buntownicy, wyrobnicy i ich nadzorcy. Wszystko, by zagospodarować ludzką energię, zmaksymalizować wykorzystanie indywidualności, zabezpieczyć stan względnej równowagi. System jednak wymaga także nieustannego rozedrgania. Równowaga usypia, wywołuje apatię i nudę; łatwo o przeoczenie realnego zagrożenia, gdy teoretycznie wszystkie bramki są obstawione przez sprawdzonych goryli. Organizm ludzki wobec mikroorganizmowej sterylności reaguje alergiami - system immunologiczny musi trenować, a wobec braku realnych zagrożeń atakuje niegroźne w normalnych warunkach, obojętne białka.

Dlatego Haldin, który przyszedł do Razumowa ze skrzydłami anioła, twierdzi, że jego dusza wcieli się po śmierci w kogoś innego, bo działania takich jak on są niezbędne dla zachowania równowagi. Trzy miesiące rządów zabitego ministra to trzydzieści lat odrabiania strat! Terroryzm Haldina wynika z troski o społeczeństwo. Z troski o społeczeństwo Razumow denuncjuje Haldina, który następnie jest likwidowany przez aparat państwowy również z troski o społeczeństwo. Terroryzm dla społeczeństwa jest jak sól, konserwuje i usprawnia, ale w nadmiarze zniesmacza i szkodzi.


Denuncjacja towarzysza poznanego na jednym z tajnych zebrań, na które Razumow poszedł z czystej ciekawości, wynikała z wewnętrznej niezgody na terrorystyczne metody preferowane przez dyskusyjną grupę. Denuncjacja zostaje wykorzystana przez tajne służby państwa do wciągnięcia Razumowa do dalszej agenturalnej pracy. Kto raz zabił ten mordercą jest do końca życia. Szantaż odnosi skutek i widzimy Razumowa na zebraniach socjalistycznego aktywu rozprawiającego o światowej rewolucji w luksusowym szwajcarskim kurorcie. Oczywiście z troską o społeczeństwo.

Druga część spektaklu Jana Klaty opowiada historię angielskiego tajnego agenta, który wymyślił sobie, że jego praca, motywowana oczywiście troską o społeczeństwo, ma służyć zapobieganiu zbrodniom. Jako wiceprzewodniczący tajnej organizacji nadzoruje gimnastykę członków trenujących rewolucyjne hasła w rodzaju "reset systemu!", "wyzwolenie mas pracujących!", "krew na ulicach!". Pilnuje, by działalność nie wychodziła poza to skandowanie haseł. Okazuje się jednak, że mocodawcy agenta nie oczekują od niego kanalizowania społecznej frustracji, a faktycznych terrorystycznych działań. Im bardziej bezsensownych i niepojętych tym lepiej, bowiem tylko akt wykraczający poza granice rozumienia może być skutecznym narzędziem wywołującym strach i przerażenie. Strach, którego pielęgnacja jest nie tylko uzasadnieniem dla istnienia środków nadzoru, ale przede wszystkim jest czynnikiem konstytuującym społeczeństwo. To strach bowiem spaja grupę i zmusza do współdziałania. Jednostka bezradna wobec rzeczywistości podporządkowuje się zasadom grupy, oddaje część swojej wolności za cenę osobistego bezpieczeństwa. Pielęgnacja strachu i wirtualizacja zagrożeń. Joseph Conrad zdaje się antycypować w swoich powieściach późniejsze o ponad 100 lat analizy Baudrillarda i innych postmodernistów.


Co ciekawe, tych ogólnych cywilizacyjnych refleksji, tego kolejnego głosu w toczącej się od samego początku dyskusji nad kształtem mechanizmów rządzących społeczeństwem, nie psuja liczne aluzje do współczesności. Dramatyczne nieme narracje aktorów z kolażem muzycznych klasyków społecznego buntu lat 70-tych oraz radzieckimi kronikami filmowymi w tle. Tyrady oficera służb specjalnych na temat konieczności zorganizowania zamachu totalnego z przesuwającym się na filmie Zeppelinem pomiędzy budynkami Nowego Yorku. Te zabiegi otwierają sfery skojarzeń i odniesień równie oczywistych, jak obracające się pod sufitem trybiki wielkiego mechanizmu. Na początku drugiej części Verloc udziela też odpowiedzi na pytanie: po co jest policja? Otóż policja, tłumaczy niedorozwiniętemu Steviemu, jest po to, by ci, którzy nic nie mają, nie zabrali czegoś tym, którzy mają. W dalszej części gdaczące niczym kury po zniesieniu jajka policjantki wymieniające wrażenia ze zbierania rozrzuconych szczątków zamachowca, dosyć wymownie ilustrują definicję Verloca.

Osobisty dramat bohaterów dwu historii jest jedynie fabularnym tłem dla przedstawienia wzajemnych zależności, powiązań i pokrewieństw między, antagonistycznymi wydawałoby się, stronami społecznego konfliktu. Jawią się one niczym yin i yang, niczym bliźniacze twarze gnostycznego nierozstrzygalnego sporu, który konstytuuje świat, zapewnia jego ruch i trwanie, zgodnie z twierdzeniem Wolanda, że bez Szatana nie byłoby Chrystusa, że zło jest niezbędne do zaistnienia dobra. Z tej sytuacji nie ma ucieczki. Dobre intencje rzadko prowadzą do dobrego końca. Nie ma też dobrych rozwiązań. Idee i samo życie to balansowanie linoskoczka.

Koprofagi czyli znienawidzeni ale niezbędni - na podstawie powieści Josepha Conrada "W oczach zachodu" i "Tajny agent"
reżyseria: Jan Klata

 


Igor Czajka - Copyright 2008. Wszystkie Prawa Zastrzezone.

mail do autora - Igor Czajka