aktualizacja w weekendy ;-)

poniedziałek, 17 października 2011

Krystian Lupa. Poczekalnia.0

Wobec przemocy totalnej, niczym wobec śmierci, wszyscy jesteśmy jednakowo bezbronni. Śmierć nie jest konieczna: wojna każdego z osobna pozbawia wszelkich atrybutów tożsamości.

Nie mogę się pozbyć wrażenia, że używane wobec Poczekalni.0 pojęcie “eksperyment” jest czystym zabiegiem marketingowym. Każda twórczość jest swego rodzaju eksperymentem. Współpraca z aktorami jako zastosowana metoda twórcza nie jest niczym nowym, ale nie jest to też żadnym zarzutem. Traktowanie kryterium nowatorstwa i oryginalności jako naczelnej zasady w podejściu do dzieła sztuki uważam za błąd. Lupie udało się stworzyć dzieło dotykające naszej kondycji, wielopoziomowe i otwarte na interpretacje, a przy tym spójne wewnętrznie, pomimo zastosowania metody kolażu losowanych na żywo scen. Cortazarowska gra w klasy z widzem, który może pójść różnymi tropami. Jeśli w tym pozornym chaosie możliwości udaje się odnaleźć jednak sens i spójną myśl, uważam to za wielki sukces.


Charakterystyczna dla spektakli Krystiana Lupy czerwona obwódka sceny w Poczekalni.0 została dodatkowo podkreślona cienką stalową liną. Pojedynczy drut pozbawiony kolców i tak spełnia swoje zadanie wtłaczania w ciasne ramy ograniczonej przestrzeni realności. Kolejowa stacja, niczym w filmie Matrix, jest zawieszonym w czasie i przestrzeni punktem styczności różnych światów i obszarem decyzji o poszczególnych losach. W filmie braci Wachowskich główny bohater rozmawia z fantomami programów obdarzonych duszą. U Lupy bohaterowie spotykają spokojną staruszkę istniejącą poza czasem, ale związaną z miejscem Poczekalni. Pytania o istotę człowieka wiszą nad głowami jak miecz Damoklesa.

Stacja jest pośrodku Niczego, jakby w spełnionej obietnicy Kononowicza, telefony nie działają, a jedna z osób wchodząc informuje, że poszła się rozejrzeć po okolicy, ale oprócz stacji nic nie widać pośród otaczających pól. Oczekiwanie na jakikolwiek następny pociąg wymusza tworzenie Grupy wbrew woli każdego z uczestników. Dojrzałe małżeństwo znerwicowanych frustratów, przepełniona pychą i cynizmem nieszczęśliwa pijana dziennikarka, młody mieszkaniec Oświęcimia i wracający z wycieczki do Auschwitz studenci aktorstwa, którzy stanowiąc zwartą paczkę, z całych sił bronią jednocześnie swojej indywidualności i niezależności. Kurtka z wężowej skóry zastąpiona została koralami.

Młodych aktorów wysłał w podróż reżyser ich pracy dyplomowej. Jego koncepcja wymagała odwiedzin w obozie zagłady. Niestety reżyser nie wysiadł z pociągu i nie ma kto wyjaśnić tajemniczego związku wycieczki z dyplomowym przedstawieniem Hamleta. Zaczyna się intelektualny pojedynek wszystkich przeciwko wszystkim, którego katalizatorem jest dociekliwość dziennikarki. Zachowanie reporterki dalekie jest od zawodowych zasad. Nie stara się nawet być obiektywna, narzucając swój punkt widzenia ocenia swoich rozmówców, jako infantylnych i myślących w istocie zupełnie coś przeciwnego do deklaracji. Tupet, upór i nie zrażanie się obronną niechęcią aktorów dopełniają tego miniaturowego portretu stereotypowego dziennikarza, który równie dobrze mógłby być portretem wujka Heńka u ciotki na imieninach.


Studenci jednak faktycznie są infantylni. Posługują się komunałami i kliszami, na różny sposób maskując poczucie pustki i poszukiwanie własnej tożsamości. Zdecydowanie nadużywająca szewskich przecinków dziewczyna jest aż sztuczna w swojej manierze, ale być może ta sztuczność jest zamierzona i ma razić widza właśnie w taki sposób. Okazująca nieustanne lekceważenie dla kolegów, manifestując bez ustanku swoją wolność i jej granice, gładko wchodzi w zupełnie inną, pełną wazeliny manierę wobec dziennikarki. Sytuacji nie rozbrajają też alternatywne klisze nie należącej do grupy, dziewczyny jednego z aktorów. Dopiero mieszkaniec Oświęcimia wprowadza narrację, która jest nie do przełknięcia dla wszystkich pozostałych dyskutantów.

Oświęcim jest dla niego placem zabaw z dzieciństwa, które to dzieciństwo było naznaczone pomnikiem zbrodni. Nie mów mi o Hitlerze - woła do oburzonej dziewczyny - z Hitlerem sobie poradzimy, powiedz mi o sobie. Co z nami robi Auschwitz? Auschwitz jako ikona popkultury. Auschwitz jako symbol religijny. Wydarzenie zneutralizowane pomnikiem zorganizowanej racjonalnej przemocy. To nie jest wcale coś odległego i abstrakcyjnego. Wychowałem się patrząc na te budynki.

Na zapleczu dworca dwie tajemnicze postacie podglądają za pośrednictwem przemysłowych kamer wszystko, co się dzieje w poczekalni. Sami o sobie mówią Nocni Grafficiarze. Bawią się w nadawanie swoich sensów pozornie nieistotnym gestom obserwowanych osób. Czy gesty te nabierają znaczenia razem ze słowami z offu? Czy słowa z offu są jedynie odbiciem sensu gestów? Podglądanie daje władzę, co zostaje uwidocznione w scenie realizacji zakładu między Grafficiarzami. Wiedza uzyskana z inwigilacji umożliwia skuteczną manipulację, skuteczne uwiedzenie: widza, słuchacza, partnera. Wystarczy odrobina zmysłu obserwacji i chęć słuchania. Bardzo mocna autodemaskacja własnej metody twórczej. Być może także jeden z wielu powodów, dla którego metoda Lupy jest tak mocno odrzucana. Mechanizm wypierania broni przed prawdą o mechanizmach sprawowania i ulegania władzy w środowisku Panoptikonu. Nie trzeba budować systemu opresji opisywanego przez Foucault’a, wystarczy powszechne podłączenie do internetu.


Na ekranach zawieszonych nad widownią widzimy widownię na żywo, podgląd sceny i nagrane wcześniej improwizacje. Wszak to czego nie pokazali w telewizji nie istnieje. Oglądając na ekranie scenę Poczekalni reżyser zdaje się urealniać całą sytuację. Kamera jednak zagląda również w inne, nawet najintymniejsze miejsca. Dworcowa ubikacja, sala prób, sypialnia, a nawet pokój podglądających wszystko Nocnych Grafficiarzy. Trudno przy tym wyczuć, czy aktorzy mówiący do umieszczonej w łazienkowym lustrze kamery zdają sobie sprawę z jej istnienia, czy rozmawiają z samym sobą? Wszyscy jesteśmy w Truman Show, nie wyłączając nawet jego twórców. Jednak przekonujemy się wkrótce, że władza podglądaczy jest iluzoryczna.

Wobec obezwładniającej niemocy radzenia sobie z rzeczywistością, na którą przecież wpływ jest ograniczony, reagujemy na różne sposoby. Dojrzałe małżeństwo wypracowało sobie przeciwstawne, ale komplementarne metody zagłuszania. On jest gorącym wulkanem, który w nieustających erupcjach czynnej agresji walczy o panowanie. Fiasko wysiłków generuje frustrację, która dodatkowo karmi agresję. Ona zaś uprawia agresję bierną, pozornie przyznając rację mężowi i za pomocą drwiny nieustannie go upokarza wykorzystując energię jego złości. Wszyscy pozostali także głuszą ból istnienia za pomocą różnych form agresji o różnym nasileniu intensywności. Jedynie Nocni Grafficiarze wydają się być zdystansowani wobec tej powszechnej frustracji, jednak wobec zagrażającej życiu przemocy także oni zostają postawieni pod ścianą i zrównani w swojej niemocy wobec przemocy ze wszystkimi pozostałymi gośćmi Poczekalni.

Użyty na scenie pistolet, jest czymś więcej niż symbolem opresji męskiego panowania. Pistolet jest tu Naturą, z którą się nie negocjuje - wymachiwanie szabelką wobec burzy może skończyć się spaleniem przez piorun. Nieracjonalna, pozbawiona refleksji przemoc, jak śmierć zrównuje wszystkich pod ścianą przeznaczenia. Nawet istniejąca poza czasem staruszka stoi w jednym szeregu ze studentami i grafficiarzami. Jednak to ona przełamuje w końcu impas i wychodzi, tak po prostu, swoją obojętnością neutralizując agresora. Z drugiej strony przychodzi na myśl scena z American Beauty, gdzie pistolet również jest metodą neutralizacji frustracji spowodowanej porażką nietrafnej interpretacji i brakiem możliwości akceptacji świata.


Następujące potem rozprężenie wywołuje u bohaterów falę bagatelizacji. Wyluzuj, zdenerwował się nieco za mocno, nic się nie stało - każdy na swój sposób próbuje zracjonalizować brak oporu wobec ołowianej przemocy. I tylko jedna ze studentek pyta tonem pełnym oburzenia, kierując swoje słowa ni to w przestrzeń ni to do publiczności: jak to? nic się nie stało? facet nas tu upokorzył, groził nam bronią, strzelał do nas i nic? Podeptał naszą godność, mierzył do nas z pistoletu, a my mamy wyluzować? Czy naprawdę to nic nie znaczy? Naprawdę nie mamy potrzeby nic zrobić? Naprawdę możemy dalej normalnie żyć?

Okazuje się, że godność jest fikcją wobec doświadczenia totalnego upokorzenia. Ignorancja stała się sposobem ratowania własnej tożsamości. Auschwitz jest zneutralizowanym pomnikiem, współczesna przemoc nie wymaga już nawet pomnikowej neutralizacji. Współczesne upokorzenie upokarza się samo i samo się reprodukuje. Nikt za nic nie odpowiada, bo nic się nie dzieje: gdy w końcu przyjeżdża na stację pociąg, oprawca tak samo jak jego ofiary, bez słowa wsiada do wagonu...

W Poczekalni zostają jedynie Nocni Grafficiarze. Zostają z niezmiennie i zawsze aktualnym pytaniem: i co teraz? Odpowiedź jest do bólu szczera i paradoksalnie najbardziej adekwatna: nie wiem, nie wiem.

Poczekalnia.0 na stronie wrocławskiego Teatru Polskiego
Jacek Cieślak rozmawia z Krystianem Lupą o Poczekalni.0

wtorek, 4 października 2011

Koprofagi Jana Klaty


Kontestacja jest wpisana w System. Każdy rekwizyt potrzebny do manifestowania kontestacji można kupić normalnie w sklepie. Ćwieki, glany, pacyfki, gwiazdy szatana, trupie czaszki, skóry z frędzlami, kowbojskie kapelusze itd. itp. Do wyboru do koloru każda subkultura jest kolejną niszą do zagospodarowania w celu powiększania PKB. Kulturowe formatowanie, standaryzacja subkulturowej różnorodności jest dostosowaniem do masowej produkcji. Ale rękodzieło także ma swoją niszę. Jeśli subkultura wymaga ręcznie wykonanych rekwizytów, rynek także zapewni niepowtarzalność jednostkowych elementów. Miśnieńska porcelana i kostur wędrującego hippisa zaspokajają tą samą potrzebę wyjątkowości, generując manufakturową produkcję unikatowych przedmiotów.

To samo dzieje się na poziomie idei, których różnorodność ma na celu wciągnięcie w obręb Systemu absolutnie wszystkich. Buntownicy, wyrobnicy i ich nadzorcy. Wszystko, by zagospodarować ludzką energię, zmaksymalizować wykorzystanie indywidualności, zabezpieczyć stan względnej równowagi. System jednak wymaga także nieustannego rozedrgania. Równowaga usypia, wywołuje apatię i nudę; łatwo o przeoczenie realnego zagrożenia, gdy teoretycznie wszystkie bramki są obstawione przez sprawdzonych goryli. Organizm ludzki wobec mikroorganizmowej sterylności reaguje alergiami - system immunologiczny musi trenować, a wobec braku realnych zagrożeń atakuje niegroźne w normalnych warunkach, obojętne białka.

Dlatego Haldin, który przyszedł do Razumowa ze skrzydłami anioła, twierdzi, że jego dusza wcieli się po śmierci w kogoś innego, bo działania takich jak on są niezbędne dla zachowania równowagi. Trzy miesiące rządów zabitego ministra to trzydzieści lat odrabiania strat! Terroryzm Haldina wynika z troski o społeczeństwo. Z troski o społeczeństwo Razumow denuncjuje Haldina, który następnie jest likwidowany przez aparat państwowy również z troski o społeczeństwo. Terroryzm dla społeczeństwa jest jak sól, konserwuje i usprawnia, ale w nadmiarze zniesmacza i szkodzi.


Denuncjacja towarzysza poznanego na jednym z tajnych zebrań, na które Razumow poszedł z czystej ciekawości, wynikała z wewnętrznej niezgody na terrorystyczne metody preferowane przez dyskusyjną grupę. Denuncjacja zostaje wykorzystana przez tajne służby państwa do wciągnięcia Razumowa do dalszej agenturalnej pracy. Kto raz zabił ten mordercą jest do końca życia. Szantaż odnosi skutek i widzimy Razumowa na zebraniach socjalistycznego aktywu rozprawiającego o światowej rewolucji w luksusowym szwajcarskim kurorcie. Oczywiście z troską o społeczeństwo.

Druga część spektaklu Jana Klaty opowiada historię angielskiego tajnego agenta, który wymyślił sobie, że jego praca, motywowana oczywiście troską o społeczeństwo, ma służyć zapobieganiu zbrodniom. Jako wiceprzewodniczący tajnej organizacji nadzoruje gimnastykę członków trenujących rewolucyjne hasła w rodzaju "reset systemu!", "wyzwolenie mas pracujących!", "krew na ulicach!". Pilnuje, by działalność nie wychodziła poza to skandowanie haseł. Okazuje się jednak, że mocodawcy agenta nie oczekują od niego kanalizowania społecznej frustracji, a faktycznych terrorystycznych działań. Im bardziej bezsensownych i niepojętych tym lepiej, bowiem tylko akt wykraczający poza granice rozumienia może być skutecznym narzędziem wywołującym strach i przerażenie. Strach, którego pielęgnacja jest nie tylko uzasadnieniem dla istnienia środków nadzoru, ale przede wszystkim jest czynnikiem konstytuującym społeczeństwo. To strach bowiem spaja grupę i zmusza do współdziałania. Jednostka bezradna wobec rzeczywistości podporządkowuje się zasadom grupy, oddaje część swojej wolności za cenę osobistego bezpieczeństwa. Pielęgnacja strachu i wirtualizacja zagrożeń. Joseph Conrad zdaje się antycypować w swoich powieściach późniejsze o ponad 100 lat analizy Baudrillarda i innych postmodernistów.


Co ciekawe, tych ogólnych cywilizacyjnych refleksji, tego kolejnego głosu w toczącej się od samego początku dyskusji nad kształtem mechanizmów rządzących społeczeństwem, nie psuja liczne aluzje do współczesności. Dramatyczne nieme narracje aktorów z kolażem muzycznych klasyków społecznego buntu lat 70-tych oraz radzieckimi kronikami filmowymi w tle. Tyrady oficera służb specjalnych na temat konieczności zorganizowania zamachu totalnego z przesuwającym się na filmie Zeppelinem pomiędzy budynkami Nowego Yorku. Te zabiegi otwierają sfery skojarzeń i odniesień równie oczywistych, jak obracające się pod sufitem trybiki wielkiego mechanizmu. Na początku drugiej części Verloc udziela też odpowiedzi na pytanie: po co jest policja? Otóż policja, tłumaczy niedorozwiniętemu Steviemu, jest po to, by ci, którzy nic nie mają, nie zabrali czegoś tym, którzy mają. W dalszej części gdaczące niczym kury po zniesieniu jajka policjantki wymieniające wrażenia ze zbierania rozrzuconych szczątków zamachowca, dosyć wymownie ilustrują definicję Verloca.

Osobisty dramat bohaterów dwu historii jest jedynie fabularnym tłem dla przedstawienia wzajemnych zależności, powiązań i pokrewieństw między, antagonistycznymi wydawałoby się, stronami społecznego konfliktu. Jawią się one niczym yin i yang, niczym bliźniacze twarze gnostycznego nierozstrzygalnego sporu, który konstytuuje świat, zapewnia jego ruch i trwanie, zgodnie z twierdzeniem Wolanda, że bez Szatana nie byłoby Chrystusa, że zło jest niezbędne do zaistnienia dobra. Z tej sytuacji nie ma ucieczki. Dobre intencje rzadko prowadzą do dobrego końca. Nie ma też dobrych rozwiązań. Idee i samo życie to balansowanie linoskoczka.

Koprofagi czyli znienawidzeni ale niezbędni - na podstawie powieści Josepha Conrada "W oczach zachodu" i "Tajny agent"
reżyseria: Jan Klata

czwartek, 11 sierpnia 2011

Mariusz Wilk - Wilczy Notes

Człowiek biedzi się, trudzi, poci, układa zdania w zręby opowieści, wykuwa kamień metafory. Walczy z flautą weny lub ze sztormem odniesień i skojarzeń. Cyzeluje perły, dobiera barwy, a gdy dojdzie wreszcie do końca żanru to czytelnik wsiądzie na traktor i przetartą tropą przejedzie jak basza w ciągu dnia jednego. Jakże łatwo nie docenić lat kilku starań, gdy w parę godzin połyka się opowieść! Jakże łatwo przeoczyć dotknięcie prawdy między pobieżnie przerzuconymi wierszami! Taka to niesprawiedliwość „wynagradzana” przechodzeniem jakości w ilość. Tysiące literackich turystów, niedbale rzucających okiem na arcydzieła czasu nie do odwrócenia. Owoc znojnego trudu jednego autora.

Wilczy notes zatrzymuje, chwyta, maluje - jakże spłycające są te wszystkie standardowe opisania lektury? Czytelnik dostaje oprawioną perłę, by zawiesić oko i schować do sejfu biblioteki. Tymczasem żanr ten niebezpieczny, potrafi porwać aż za kres czasu i przestrzeni, łącząc przeszłość z teraźniejszością, północ ze wschodem, mróz polarnej bryzy z ogniem lanego w gardło szyła. Niczego nie można być pewnym w tej rzeczywistości o własnych prawach, niczym w sąsiedztwie białej magmy Solaris. W tych warunkach sowa wskazująca kierunek do lądu na środku zamglonego morza ani nie dziwi ani nie budzi niepokoju.

Wilk często posługuje się rosyjskimi słowami twierdząc, że przekładanie ich na polskie odpowiedniki nie ma sensu, bo tak naprawdę polskie słowa opisują inną rzeczywistość, albo po prostu brak jest adekwatnych odpowiedników w naszym języku. Kilka przykładów jak ze znanych skądinąd pojęć Wilk wyłuskuje to, co czytelne dla Ruskich, wcale oczywiste dla inostranców już nie jest.

Dier'mokratija - zamiast diemokratija, czyli: demo­kracja. Od słowa diermo - gówno. Podobnie prichwatizacija - od słowa prichwatit’ - zagarnąć, ukraść, wziąć, co leży bezpańsko. Ot, jak ruski język, gibki i plastyczny, jedną dwiema głoskami zmienia pojęcia zachodniego świata i nadaje im swoje, ruskie znaczenie, przystosowane do rosyjskiej rzeczywistości. 
Dien'gi - pieniądze. Słowo dien'gi przyszło do języ­ka ruskiego z tatarszczyzny, wraz z innymi pojęciami finansowymi, i jest śladem mongolskiego systemu po­datkowego, któremu równego, twierdzi Heller, nie znała feudalna Europa. Dziś dien'gi przypominają ikony nowej wiary: kapitalizmu a’la Russe. Tak, tak, albowiem jak z niewiary można było w Rosji religię uczynić, a wodza ateizmu zabalsamować i jego szczątki, niczym moszczi (relikwie), bałwochwalić, tak po utracie wiary w socja­lizm, naturalną koleją rzeczy, postsowieckie chłysty po­kłoniły się antychrystowi - kapitalizmowi - jęły dien'gi bałwochwalić. Przy tym zauważmy, że dien'gi są do cudów podobne: wszyscy o nich mówią, a mało kto je widzi... 
Mat, matierszczina - wulgaryzmy, przekleństwa. Ruski mat, dobitny i przebogaty, to swego rodzaju język w języku, gdzie jednym słowem można wyrazić... wszystko. Nigdy nie zapomnę przepięknego świtu w Troickiej Zatoce na Anzerze, dokąd przyszliśmy na jachcie nocą - było cicho, aż niemo, i pachniało jedliną, morze w słońcu się srebrzyło, nad Golgotą krążył orzeł... raptem Losza wychynął z luku, przeciągnął się, oczy zmrużył i wyrzekł z zachwytem w głosie: - Jebat’ moi uszi!
Szyło (dosłownie: szydło) – spirytus przemysłowy, używany do mycia silników, szyn, etc. Pity duszkiem, żga mózg jak szydło - stąd nazwa. Potem się rozlewa białym światłem po żyłach i poraża na jakiś czas, trzymając pijącego w niemym zachwycie, jak po kokainie.
Ale myliłby się ten, kto by posądzał autora o zainteresowanie jedynie szyłem i matierszcziną. Wilk wciąga i jeśli tylko pozwolić mu rozwinąć frazę, jeśli skupić się na tym co mówi, wchodzi się w ten świat z rękami i nogami i nagle odkrywa, że tak jak autor, niczego już nie jest się pewnym ze swych dotychczasowych przekonań. Człowiek dostrzega ilość bzdur piramidalnych wokół siebie w tym najwspanialszym ze światów, dostrzega każdą kliukwę, którą chcą mu sprzedać jako prawdę objawioną. Ulega magii narracji nie tracąc z oczu możliwości, że znowu robiony jest w konia. Lecz nie ma to znaczenia, bo uzbrojonyś już w wiedzę, że to co najważniejsze, to jest to, co ukryte pomiędzy wierszami. Pomiędzy wierszami opowieści, pomiędzy wierszami życia, pomiędzy wierszami prawdy. Najprawdziwsze jest to, co nie opowiedziane.

Pomimo lat spędzonych na rosyjskiej Północy Wilk nigdy nie przestaje być obcym, innym, osobnym. W definicji pojęcia inostraniec tak opisuje swoje refleksje na jego temat:
W Rosji, jak chyba nigdzie, inostrancy czują się p o s t r o n n i. W ich wspomnieniach, zapiskach, dziennikach podróży powtarza się, niczym refren, motyw ruskiej podejrzliwości, szpiegomanii i ledwie tajonej agresji wobec przybyszów z obcych krajów. Sam to odczułem nieraz, zwlaszcza w tak zwanej ruskiej głubinkie, tam wystarczy inny styl bycia lub akcent, żeby wzbudzić nieufność. Zapewne duch kolektywizmu nie może ścierpieć niczego, co kupy się nie trzyma. Warto zauważyć, że nie tyle narodowość, wiara czy język określają twoją przynależność do kolektywu, ile wspólna dola (cela, zona) i ten sam pan (państwo). Rosja jest krajem wielu narodów i kultur, różnojęzycznym, a niewiary w niej więcej niż kultów i sekt, zatem to nie twoja narodowość wzbudza tutaj niechęć, lecz to, że możesz w każdej chwili stąd wyjechać, i nie twoje przekonania czy wiara są przedmiotem sądów, lecz to, że żyjesz wedle swojego widzimisię i z boku się przypatrujesz tutejszemu życiu. Należy sięgnąć do etymologii słowa inostraniec, aby w pełni rzecz pojąć. Albowiem strana w języku starosłowiańskim, skąd do ruskiego przyszła, oznaczała s t r o n ę, a dopiero później w kraj się zamieniła, wyraz zaś inoj, czyli i n n y, powstał z prasłowiańskiego inъ, czyli jeden lub sam (stąd -› inok). Zatem inostraniec to nie tylko cudzoziemiec, ale ktoś z innej strony - nie trzyma naszej! - pojedynczy, nie taki jak wszyscy. Postronny.
Zajrzałem w prozę Wilka, trochę za namową Marii Janion, która podtrzymuje w Niesamowitej Słowiańszczyźnie bardzo pochlebną opinię Giedroycia. Wchodząc w lekturę o Rosji miałem nadzieję lepszego zrozumienia Polski. Pijanej, zakompleksionej, chaotycznej i kłótliwej. Ale też dumnej, bitnej i wytrwałej. Nadzieja jak to nadzieja, trwa spokojnie niewzruszona czekając na lepsze czasy. Tymczasem między wilczymi wierszami znaleźć można sporo refleksji ogólniejszej natury, jak na przykład konstatacje Josepha de Maistre, który w 1811 roku pisał do hrabiego Rumiancewa:
„W dzisiejszych czasach, kiedy obie kotwice – religia i rabstwo – jednocześnie przestają dzierżyć wasz okręt, sztormy go mogą unieść i rozbić. Należy rozważyć, nim się cośkolwiek podejmie w sprawie zniesienia poddaństwa, czasem wystarczy najmniejsze ustępstwo prawne, by się zaczęła bieda: najpierw to będzie moda, potem namiętność, w końcu szał. I, począwszy z ustawy, buntem się zakończy. W następstwie tak niespodziewanej wolności poddani przejdą zrazu od zabobonów do ateizmu, od tępego posłuszeństwa do niepohamowanej samowoli. Swoboda działa na takie natury jak mocne wino i szybko uderza do głowy, nieprzywykłej do niego." 
Przypomnę, iż Joseph de Maistre był posłem króla Sar­dynii przy dworze Aleksandra I w latach 1802-1817, ponad­to myślicielem, pisarzem i wnikliwym komentatorem, za­równo intryg politycznych, jak i teatru wojennego Europy. Przy tym oglądał świat z dystansu, niczym operę buffo, co sam przyznawał na marginesach oficjalnych depesz. I nic dziwnego, wszak widział kaprysy fortuny, które unicestwia­ły dynastie, armie i miasta, nikczemność bohaterów, wiarołomność sług. Jego listy z Sankt Petersburga dają nie tylko obraz epoki, brzemiennej w wydarzenia, takie choćby, jak pochód Napoleona na Rosję czy próba reform Aleksandra I, ale także komentarz do niej, jak szpicrutą cięty. Cytowane wyżej słowa pochodzą z Zapisków o wolności, tyczących projektu Sperańskiego, jednego z pierwszych rosyjskich reformatorów, który proponował, by wszyscy poddani cara byli równi wobec prawa, a wszystkie instancje władzy, od gminy wiejskiej począwszy, były wybieralne...
Na zakończenie jeszcze jeden satyryczny fragment, w którym rzeczywistość, jaka by ona nie była, opisywana jest przez Wilka z niezmienną sympatią i jednocześnie dystansem:
W Zimowej Zołoticy trafiliśmy na grabież o takim rozmachu, że chłopaki, zapomniawszy o zwałowisku, zaga­pili się. Na kosie u wejścia w rzekę sterczała barka, którą przybój wyrzuci! z morza. Jak się potem wyjaśniło, kapi­tan był tak pijany, że się w farwater nie zmieści!. Na barce wieziono produkty dla kołchozu, częściowo już na przyszłą zimę; cukier, mąkę, olej, konserwy i wódkę! Informacja o wódce przebiegła po wsi jak iskra, Muzyki skoczyli do lo­dzi, nie zważając na sztorni, Rzecz jasna, nie do wspólnej ak­cji ratowniczej, a po szakalemu rwać zdobycz. Tymczasem barkę przechyliło i woda zaczęła zalewać luki. Czasu było mało, przybój narastał. Muzyki wtargnęli na pokład, żywo kułakami młócąc. W morze poleciały worki z cukrem, wor­ki z mąką, jakieś kartony, pudła, byle do wódki się dobrać. Ktoś wpadł do wody, kogoś przygniotło. Po brzegu biegała tłusta kobieta, załamując ręce. To kierowniczka sklepu, zarządzająca składami kołchozu. Wreszcie znaleźli gorzałkę. Wybuchła draka. Każdy chciał skrzynkę wytaszczyć, a łuki małe, tylko po jednym wypuszczają. Parę skrzynek uronili w morze i kilka twarzy rozbili do krwi, zanim przyszli po rozum do głowy i w kolejce grabież dokończyli. Po czym się rozpłynęli na łódkach jak zwidy i gdyby nie resztki tektury, pływające wokół barki, to pomyśleć by można, że to był wątek fabularny, a nie kawałek życia. 
Później pili, na umór, do prosiaczego wizgu. Zołotica zahulała. W nocy sztormić przestało, z morza wstała mgła, weszła w rzekę i po wsi się rozpełzła. Lepka, szara breja, pełna skowytów i kwików, które po wodzie się niosły. Nad ranem mgła osiadła i obnażyła rzeczywistość, skacowaną. Na rzece pływały puste butelki, szczątki skrzynek, nadpa­lony materac, kawałki styropianu, drewniana łódź do góry dnem, zupełnie nowe sieci, rozmokła paczka białomorów, okulary przeciwsłoneczne z plastiku, rozpruty waciak, czer­wona boja, tytułowa strona „Prawdy Siewiera", zewłok psa, plamy ropy... Podnieśliśmy kotwice.
Tak, warto zerknąć przez ramię Wilkowi, warto niuchnąć zapachu jego pióra. Wilczy notes zaczyna się od przepisu na przyrządzenie czerniła (inkaustu), według sołowieckiego receptariusza z XVI wieku. Samodzielne przyrządzenie czerniła było kiedyś warunkiem rozpoczęcia pisania. Bez wysiłku nie ma efektu. Bez cierpliwości można poparzyć podniebienie.

Mariusz Wilk, Wilczy Notes, Wydawnictwo Literackie

piątek, 24 czerwca 2011

Czy Mickiewicz jest ponadczasowy?

Mickiewiczowskie Dziady to jak najbardziej współczesna sztuka. Przekonałem się o tym w Bydgoszczy, oglądając spektakl wyreżyserowany przez Pawła Wodzińskiego w Teatrze Polskim. Geniusz autora tekstu połączył się z wyczuciem reżysera, który stworzył dzieło posiadające siłę lodu rozsadzającego naczynie. Spokojnie, po cichu, opakowanie zimnej lawy pęknie i będziemy mogli zstąpić do głębi.


Żona wyciągnęła mnie do Bydgoszczy, a ja potulnie podreptałem nie pytając o kontekst i powody tej teatralnej wycieczki. Zapytałem tylko o tytuł, nie czytając żadnych recenzji, bo i tak Jej rekomendacja miała większe znaczenie niż jakiekolwiek prasowe enuncjacje. Podczas przedstawienia oczy otwierały mi się coraz szerzej w zdumieniu, jak bardzo współczesnym autorem jest Mickiewicz. Nic nie zostało z romantycznego patetyzmu i wzniosłości, tak dzisiaj jałowej i wręcz kontrskutecznej w procesie mówienia o rzeczywistości. Patrzyłem na sceny autentyczne i niemal przeniesione z ulicy. Lecz jakże inna to ulica niż to, co można zobaczyć na bogatych deptakach, czy w rodzinnych serialach.

Pierwsza część. Grupa osób kręcąca się pomiędzy namiotami rozpoczyna dziwną ceremonię. Sami nie do końca wiedzą czy chcą to robić, nie do końca wiedzą co mają robić, nawet prowadzący ceremonię Guślarz czyta polecenia i zaklęcia z kartki. Trudno na początku wyczuć, czy jest to wycieczka nastolatków, którzy postanowili się zabawić w odtworzenie starych obrzędów, czy jest to obóz bezdomnych, czy jeszcze inna grupa zagubiona w lasach. W trakcie ceremonii początkowo niechętna do współpracy grupa rozkręca się, by przy wizycie ducha folwarcznego pana bezlitośnie zmasakrować jego kukłę w odpłacie wszystkich bestialstw, jakich ten dopuścił się za życia. W tej mocnej, niepokojącej siłą agresji scenie objawiona jest cienka granica między demonem a próbującą go okiełznać zbiorowością. Na końcu ceremonii pojawia się gość w jasnym garniaku, który potraktowany jako niema zjawa nagrywa zaklęcia Guślarza na swój telefon komórkowy, dobitnie i przejmująco uświadamiając faktyczną obcość równoległych światów, pomiędzy którymi nie ma kontaktu, a tym bardziej komunikacji czy porozumienia.


Wrzucane jako przerywniki, czytane przez współczesnych Europejczyków w oryginalnych językach, wypowiedzi sprzed 200-300 lat, autorstwa wybitnych europejskich intelektualistów, takich jak Wolter, Heine i inni, wbijają w fotel. Opisują one kraj nad Wisłą, Niemnem i Dnieprem jako kraj ciemnoty i plugastwa, gdzie miejscowi nie potrafią zorganizować żadnych kanałów komunikacyjnych umożliwiających handel, gdzie chłopu rozmawiającemu z panem brakuje tylko ogona, by mógł nim merdać, gdzie czas się zatrzymał a ludzie żyją jak dziesięć wieków temu. Przy czytaniu wyświetlanych na ścianie tłumaczeń, po pierwszym odruchu buntu na ubliżające kalumnie filozofów i podróżników rodzi się refleksja, że w zasadzie te opinie w nieco zmiękczonej postaci można usłyszeć i dzisiaj. Zasmucające, że te opinie mają najczęściej o sobie samych mieszkańcy opisywanego kraju nad Wisłą.

Jak bardzo jesteśmy uzależnieni od opinii innych? Jak łatwo przejmujemy te klisze? Wpatrzeni w zachodnie komentarze, dzisiaj nawet bardziej niż kiedyś, nie traktujemy poważnie niczego, co dzieje się u nas, dopóki nie zostanie to skrytykowane za granicą. Jeśli coś nie jest zauważone na Zachodzie, to w kraju też nie istnieje. A przecież wiele z tego, co jest najważniejsze z naszego Polskiego Ducha, jest najzwyczajniej w świecie niedostępne dla ludzi z zewnątrz. Podobnie jak w przypadku każdej innej zbiorowości, żeby poznać kulturę trzeba w nią dość głęboko wniknąć. Nie wystarczy obejrzeć kilku przypadkowo widzianych ceremonii. Problem polega na tym, że zmasakrowana XX-wiecznymi totalitaryzmami, polska inteligencja wyobcowała się ze swojego narodu jak ten etnograf-amator, który z kpiącym uśmieszkiem w kącikach ust, podstawia dyktafon pod usta autochtonów, dołączając do legionu kolonistów dzikich obszarów barbarii.

Druga część dzieje się znowu w niejednoznacznej scenografii. Być może jest to przytułek dla bezdomnych, gdzie nocują ci, którzy nie dorobili się własnych namiotów widocznych w części pierwszej. Na pewno szukają swoich sposobów na poradzenie sobie ze smutną rzeczywistością, rozmawiają piosenkami, udają wysiloną radość, tańcząc wpadają w depresję, albo rzucają wyzwanie Bogu jak Konrad. Zagrana z wielką pasją Wielka Improwizacja nie ma nawet cienia szkolnego patosu. Konrad udaje chojraka, nad którego nie masz cwaniaka, miota się od kpin z rzeczywistości do groteskowej manifestacji woli mocy, z której nie zostaje nic poza potem i łzami. Na nic zaklęcia, na nic krzyki, rząd dusz nie zaistnieje, a Bóg pozostanie niemy. Pomimo podpalenia sceny nie będzie gorejącego krzewu. Romantyczny mit jest jałowy, patos jest groteskowy, to co naprawdę ważne dzieje się gdzie indziej.


Można oczywiście na upartego odebrać formę tej Wielkiej Improwizacji, jako jej dość przewrotne uwznioślenie. Reżyser zdaje się polemizować z publicystami głównego nurtu pokazując im bezdomnego, jako ostatni bastion narodowych mitów. Kpicie i szydzicie z patetycznych oszołomów, podczas gdy tak naprawdę szydzicie z własnej tradycji, z własnej kultury. Traktujecie ludzi odwołujących się do narodowych symboli jak wykluczonych bezdomnych, podczas gdy tak naprawdę to oni przechowują i przenoszą wartości stanowiące istotę narodu. To wy, krytycy, jesteście tą lawą, zimną i plugawą, podczas gdy prawdziwa głębia kryje się w tych postponowanych przez was ludziach.

Tak, to pewnie zbyt daleko idące odczytanie, tym bardziej, że Bal u Senatora jest jedyną częścią, która jawnie nawiązuje do warszawskiego Pałacu Namiestnikowskiego. Nawijający po francusku Nowosilcow gra w golfa mandarynkami na dziedzińcu odgrodzonym metalowymi barierkami, a tłumek klakierów bije mu brawo bez względu na efekty. Zza barierek przychodzą różne Rollisonowe błagając o litość dla swoich dzieci, dwór jest jednak niewzruszony. Gdy podczas balu pomiędzy tańczących sztywno gości Namiestnika wchodzą zza tej samej barierki milczące postacie z części pierwszej, dwór dziwi się nieco, ale generalnie wszyscy starają się nie zwracać uwagi na tą jakże kuriozalną i niegodną nawet mrugnięcia okiem aberrację miejscowego elementu. Postacie mieszają się ze sobą i tańczą w jednej przestrzeni, każdy swój odrębny taniec. Pozorny egalitaryzm współczesności to tak naprawdę równoległe światy istniejące w tej samej przestrzeni, ale bez wzajemnego kontaktu.


Całość przedstawienia kończy klamra odtwarzających ceremonie Dziadów postaci w maskach, którzy w licznych wioskach cerkiewkach kaplicach powtarzają, wyznaczony rytmem przyrody, rytuał porządkujący świat, definiujący relacje żywych poprzez relacje z umarłymi. Te marginalne zjawiska pozwolą przetrwać światu, który na obrzeżach cywilizacji transferuje w przyszłość wartości, dzięki którym cywilizacja w ogóle powstała. To świat Namiestników odejdzie w niebyt. To co istotne przetrwa w leśnej głuszy.

***

Jakże byłem zdziwiony gdy, już po wizycie w Bydgoszczy, wyszperałem sobie w internecie różne prasowe recenzje! Okazało się, że na przykład według Anny Tarnowskiej z Gazety Wyborczej Wodziński „pokazał Polaków jako naród, który chce żyć przeterminowanym mitem”. Albo że według Jacka Cieślaka z Rzeczpospolitej „najważniejszym rekwizytem spektaklu w bydgoskim Teatrze Polskim są metalowe barierki, takie jakie dzieliły demonstrantów przed Pałacem Prezydenckim po katastrofie smoleńskiej.” Zaś reżyser „siadł okrakiem na barykadzie polsko-polskiej wojny i pokazuje, co się dzieje po obu stronach.” To bardzo ciekawe. Łukasz Drewniak w Przekroju popłynął najdalej: „W świetnych bydgoskich "Dziadach" Wodziński pyta o racje wściekłych i wykluczonych. No i mamy "Dziady" posmoleńskie. Pawłowi Wodzińskiemu pierwszemu udało się pokazać, jak jedna opcja polityczna - albo raczej ruch ludowy - zawłaszcza tradycję polskiego romantyzmu.” Zauważa jednak słusznie, że „gorzkie i obraźliwe słowa Strahlenberga, Smitha, Heinego, Woltera i Fryderyka II czytają po francusku, angielsku i niemiecku sfilmowani Europejczycy. A my łapiemy się na tym, że dziś używamy podobnych słów, patrząc na obrońców krzyża z Krakowskiego Przedmieścia.” Jednak musi dodać wyjaśniająco, że „Wodziński odkrywa straszliwe, brzydkie oblicze polskiego romantyzmu. Aż chce się zawołać: "Spieprzajcie, Dziady!". Ale upiory, które odżyły, nie chcą słuchać.”

Jestem pod wrażeniem przenikliwości polskiej krytyki. Warto zajrzeć do tych recenzji, bo pokazują one wyraźnie, że Wodzińskiemu udało się stworzyć spektakl, pod którym mogą podpisać się bardzo różne opcje. Można przekonać się, jak łatwo wejść w klisze i poznawcze schematy. Jak łatwo ulec własnym stereotypom, przesądom i zabobonom. Są barierki spod Pałacu? No to spektakl jest o Krzyżu pod Pałacem. Jest agresja wobec kukły dworskiego pana? No to w opinii Joanny Derkaczew z Gazety Wyborczej na pewno są „Cudaki spod krzyża, sentymentalni menele z hipisowską czy punkową przeszłością, emigranci domagający się miejsca w starej, wygodnie urządzonej Europie - oni nie mają oporów, by formułować dziś roszczenia i dawać wyraz emocjom. […] "Romantyzm" w ich wykonaniu […] to romantyzm wściekły, brutalny, pełen niszczycielskiej furii.” Jedni dostrzegą w przedstawieniu krytykę ksenofobicznej struktury romantycznego mitu, inni próbę naszkicowania genezy polskiej oikofobii. Jest duża szansa, że tych różnorodnych odczytań będzie znacznie więcej, bo to po prostu dobra sztuka.

Komentarze intelektualistów epoki Mickiewicza dołączone do spektaklu pełnią bardzo ważną rolę. Mam wrażenie, że siła tych krzywdzących uprzedzeń na temat środka Europy, wypowiadanych przez zachodnich Europejczyków polega nie tyle na demaskowaniu zacofania naszych terenów, ile na demaskowaniu barbarzyństwa samych autorów takich opinii, ich ksenofobii, zamknięcia i ograniczonych możliwości intelektualnych, które uniemożliwiają nawiązanie kontaktu z Innym. Tak, w spektaklu jest też niewątpliwie pierwotna agresja, ale bardziej niż diagnozę, można ją interpretować raczej jako przestrogę przed wybuchem zbyt długo tłumionej frustracji. Wcześniej czy później zostanie ona rozładowana, namiestnicy odejdą w niebyt, a ocalali zaczną odtwarzać to, co przetrwało na marginesach. Bo tylko na marginesach trwa jeszcze kontakt z naszymi umarłymi.

czwartek, 10 marca 2011

Wieczne niezakończenie

czyli przeciwko złudzeniu kulturowego uniwersalizmu rzecz o wykładzie prof. Leszka Kołakowskiego "Szukanie barbarzyńcy"

Tekst ten znalazłem w moim jakimś zamierzchłym archiwum. Wrzucam go tu tak dla pamięci, co ma się kurzyć w szufladzie ;-) Rzecz o wykładzie "Szukanie barbarzyńcy. Złudzenia uniwersalizmu kulturowego" wygłoszonego w College de France w marcu 1980 r. zamieszczony w zbiorze "Czy diabeł może być zbawiony i 27 innych kazań", Londyn 1984, ANEKS.

Zaczynając dyskusję dotyczącą tzw. kultury europejskiej, powinniśmy w pierwszym rzędzie zdefiniować przedmiot naszych rozważań. A jest to w tym przypadku zadanie wcale nie łatwe. Cóż to bowiem znaczy: "kultura europejska"? Niepodobna przecież dokładnie określić jej granic zarówno geograficznych jak i historycznych. Gdzie rozpoczyna się, a gdzie kończy? Czy Bizancjum, Rosja, niektóre kraje Ameryki Łacińskiej należą do tej samej historii? Czy narodziny tej kultury możemy zsynchronizować z Sokratesem, św. Pawłem, z prawem rzymskim czy ze spotkaniem z Nowym Światem? W przypadku każdej z wymienionych możliwości jest tyle samo argumentów za, jak i przeciw. Nie ma jednak wątpliwości, że jedność europejska wiązała się z wiarą chrześcijańską. Dzisiaj chrześcijańskość nie jest już na pewno w takim stopniu tą scalającą ideą Europy jak kiedyś. Dziś przynależność do tej kultury określa swoiste przywiązanie i przyznawanie się do określonej spuścizny kulturowej i filozoficznej. Siemiński określa Europejczyków jako specyficzną grupę społeczną, w skład której wchodzą wszyscy ci, którzy wyznają jakąś postać ideologii "europejskości", odnoszą się w swych sądach i czynach do wartości ponadlokalnych czy ponadnarodowych - właśnie "europejskich". Zauważa, że w XVIII i XIX w. sukcesy w ekspansji i podbojach innych cywilizacji osiągnęły poziom "pozwalający" Europejczykom utożsamić własną kulturę z cywilizacją w ogóle. W połączeniu z nacjonalistycznymi tendencjami europejskich historiografów podkreślających różnice między narodami przy pomijaniu "wspólności" dziedzictwa powstała sytuacja sprzyjająca rozwinięciu się postaw europocentrycznych. Pomogła również izolacja Starego Kontynentu od Nowego Świata: gdy na początku XX w. na Wystawie Światowej w Paryżu pojawiły się ekspozycje pokazujące wytwory podbitych kultur - ogólne zdziwienie wzbudził fakt, że "dzicy mogli w ogóle coś stworzyć".

Można zaryzykować stwierdzenie, że zasługą antropologii (po wielu etapach przejściowych i różnych "perturbacjach") było odwrócenie postaw wobec tzw. innych kultur o 180 stopni. Przyjęto pogląd o równoprawności wszystkich kultur oraz uznano dotychczasową politykę Europy za barbarzyńską. Wszelkie próby gloryfikacji czy wywyższenia europejskości zaczęto piętnować jako przejawy europocentryzmu. Pojęcie to zaczęło funkcjonować wyłącznie w pejoratywnym znaczeniu piętnującym bądź ideologię osiemnastowiecznych handlarzy niewolnikami, bądź doktryny dziewiętnastowiecznego, prymitywnego ewolucjonizmu. W swym zacietrzewieniu obrońcy tzw. innych kultur skłonni są negować własną cywilizację w imię wielkodusznego kulturowego uniwersalizmu. Niejako obroną europejskości zajmuje się prof. Leszek Kołakowski w swym wykładzie z 1980 roku "Szukanie barbarzyńcy - złudzenia uniwersalizmu kulturowego".

Główną tezą tekstu jest twierdzenie o braku możliwości ucieczki od postawy wartościującej wobec własnej kultury w sytuacji konfrontacji z "innymi". Autor stara się bronić idei swoiście pojmowanego europocentryzmu rozumianego tu jako wartościująca afirmacja kultury europejskiej. Wychodzi od zauważenia, iż "postawy nasze [w stosunku do innych kultur] są dwuznaczne i może nawet wewnętrznie sprzeczne: z jednej strony przyswoiliśmy sobie ów rodzaj uniwersalizmu, który powstrzymuje się od sądów oceniających rozmaite cywilizacje i ogłasza ich fundamentalną równość; z drugiej strony przez to, iż tę równość afirmujemy, afirmujemy zarazem wyłączność i nietolerancję każdej kultury z oddzielna, afirmujemy przeto coś, co w samym akcie tejże afirmacji, jak się chełpimy, właśnie przezwyciężyliśmy".

To, że w ogóle możliwa była konstatacja o równoprawności kultur i zauważenie własnego barbarzyństwa wynika z unikalnej cechy cywilizacji europejskiej: mianowicie ze zdolności do kwestionowania samej siebie. W tym między innymi upatruje Kołakowski główną siłę, ale także i zagrożenie dla tej kultury. Zbyt daleko idące bowiem kwestionowanie samej siebie prowadzić może do zanegowania w ogóle sensu jej istnienia. "Miotanie" się między dwiema skrajnościami, w tym przypadku negowanie wartości kultur obcych bądź swojej własnej jest według autora charakterystyczną cechą cywilizacji europejskiej. Przyjrzyjmy się jednak bliżej poglądom Kołakowskiego. Zauważa on, iż ktoś wypowiadając zdanie: "wszystkie kultury są równe" "chce powiedzieć bądź, że 1) sam żyje w pewnej szczególnej kulturze, a inne go nie obchodzą, bądź, że 2) nie ma absolutnych, niehistorycznych standardów, by jakąkolwiek kulturę osądzać, bądź wreszcie, że 3) standardy takie, przeciwnie, istnieją i że wedle tych standardów wszystkie formy wzajem niezgodne są tak samo prawomocne. [...] Uniwersalizm kulturalny [...] przeczy sam sobie jeśli, nie chcąc ulec pokusom barbarzyństwa, daje innym prawo do bycia barbarzyńcami". Sytuacja taka zachodzi na przykład gdy zgadzamy się na drakońskie kary w kulturze Islamu w myśl zasady, że - trudno - takie jest prawo koraniczne, trzeba respektować inne tradycje.

Inną "zgubną" w skutkach tendencją uniwersalizmu są utopijne próby łączenia przeciwieństw. Autor przytacza "proroctwa" Arnolda Toynbee opisujące ludzkość przyszłości jako spadkobierców myśli w takiej samej mierze Konfucjusza i Chrystusa, Buddy i Sokratesa, Lenina, Ghandiego i Washingtona. Wypowiedź ta w intencjach swych optymistyczna, sprawdzić się jednak może tylko w społeczeństwie podchodzącym z rezerwą do jakiejkolwiek idei; w społeczeństwie de facto bez idei, a więc barbarzyńskim. Nie można wszak być jednocześnie teistą i ateistą czy jednocześnie przeciwnikiem przemocy i entuzjastą przemocy.

Wyjściem, które proponuje Kołakowski jest przyjęcie poglądu, który nazywa tu uniwersalizmem niekonsekwentnym w połączeniu z także niekonsekwentnym sceptycyzmem. Pogląd, "który unika antynomii przez to, iż nie rozciąga się poza granicę, gdzie różnica między nim samym i barbarzyństwem jest zatarta. Tyle w tym kontekście powiedzieć, to przyświadczyć wyższość kultury europejskiej jako kultury, która wytworzyła i umiała przechować niepewność wobec swoich własnych norm".

Fundament tej postawy upatruje Kołakowski w religijności chrześcijańskiej. W chrześcijaństwie "podobnie jak we wszystkich wielkich religiach żyje nieuchronnie stałe napięcie między obrazem świata skończonego, który objawia Stwórcę i obrazem tegoż świata jako negacji Boga. [...] Główne problemy w dziejach dogmatów i antydogmatów mogą uchodzić za wariacje jednego tematu: człowieczeństwo Jezusa Chrystusa p r z e c i w k o jego boskości; wolność człowieka p r z e c i w k o łasce i predestynacji; kościół widzialny p r z e c i w k o niewidzialnemu; prawo p r z e c i w k o miłości; litera p r z e c i w k o duchowi; wiedza p r z e c i w k o wierze; zbawienie przez uczynki p r z e c i w k o zbawieniu przez wiarę; państwo p r z e c i w k o kościołowi; ziemia p r z e c i w k o niebu; Bóg-Stwórca p r z e c i w k o Bogu-absolutowi". To stałe napięcie pomiędzy materią i duchem zaowocowało w myśli europejskiej świadomością braku rozwiązań ostatecznych oraz konieczności nieustannego badania granic, poza którymi możliwe jest już tylko zatracenie wszelkiego sensu.

W dzisiejszych czasach, kiedy idee oświecenia zaczęły dochodzić do swoich granic, kiedy humanizm począł się przekształcać w moralny nihilizm, a "afirmacja osoby przechodzi niebywałą metamorfozę, z której wykluwa się jako teoria totalitarna", w tych czasach zaobserwować możemy po raz kolejny w dziejach europejskiej cywilizacji proces kwestionowania własnych wartości, by dojść do nowych rozwiązań. Przeczucia tych rozwiązań na razie jeszcze nie mamy, jednak według autora o przyszłość możemy być spokojni pod warunkiem dostrzeżenia naczelnej zasady. Europa "jeśli przetrwa nacisk barbarzyńców, to nie dzięki temu, że odkryje któregoś dnia rozwiązanie ostateczne, ale dzięki jasnej samowiedzy, że rozwiązań takich nie ma nigdzie; a to jest świadomość chrześcijańska. Chrześcijaństwo nie odnalazło i nie obiecywało żadnych trwałych rozwiązań dla losu doczesnego ludzi. Toteż pozwoliło nam uniknąć dylematu "optymizm - pesymizm", jeśli dylemat ten oznacza wybór między wiarą w rozwiązania ostateczne a rozpaczą. [...] Jest wszelako tradycją nauki chrześcijańskiej chronić nas przeciwko obojgu - przeciwko szaleńczej ufności w naszą nieskończoną zdolność do doskonalenia się i przeciwko samobójstwu".

Podsumowując można powiedzieć, iż główna siła kultury europejskiej leży w zdolności do kwestionowania samej siebie i w świadomości braku rozwiązań ostatecznych. Obecnie przeżywamy swego rodzaju przerost tegoż kwestionowania przy jednoczesnym istnieniu utopijnych ideologii zrównywania wszystkiego do jednego poziomu. Według Kołakowskiego nie można uciec od wartościowania. Autor opowiada się po stronie myśli europejskiej i broni jej cech i idei niezaprzeczalnie według niego pozytywnych. Humanizm, poszanowanie integralności osoby, dystans poznawczy i nieustanny, nigdy nie zakończony dialog to wartości z których Europejczyk, w szerokim sensie tego słowa, może być dumny i którym powinien być wierny, by móc ciągle odróżniać siebie od "barbarzyńców". Jest to tylko jedna z wielu konkluzji narzucających się po lekturze tekstu prof. Leszka Kołakowskiego.

27.I.1999

sobota, 19 lutego 2011

Otrycki Łącznik

Ten dzień zaczął się jeszcze przed świtem. Wiktor obudził się z silną potrzebą wyjścia z łóżka i rozpalenia w kominku. Trzaskające płomienie rozświetlały przestrzeń, w której energie tańczyły rytualny taniec przewracania porządku rzeczy na drugi bok. Nie było to łatwe, a ściśnięty żołądek był jedynym informatorem, że dzieje się coś, co nie dzieje się na co dzień. Świt przyszedł niepostrzeżenie, Wiktor po prostu w pewnym momencie zauważył, że pokój jest wypełniony dziennym światłem.

Wokół kominka walały się pozostałości nocnej imprezy. Otwarta puszka piwa na stole obok metalowego kubka i dwu szklanek herbaty. Taca z resztkami grzanek obok słoika z pomidorowym koncentratem. Skoncentrowana rzeczywistość osaczała każdego, kto przechodził obok. Kolejni imprezowicze docierali na miejsce wyznaczone im przez tańczące siły i zastygali wpatrzeni w przestrzeń za oknem lub w otchłań ognia.

Wiktor wyszedł na balkon. Pomimo sporego mrozu trwał opatulony kocami na ławce niczym Jańcio Wodnik cofający czas. Czasu nie udało się cofnąć, jednak czas przestał na moment płynąć. Południowe słońce po wyjściu nad linię drzew stanęło w miejscu roztapiając śnieg na łące przed balkonem i topiąc pozostałości wiktorowego racjonalizmu. Oczyszczona głowa zaczynała powoli odbierać sygnały z innego świata. Granice stawały się płynne, drzewa nabierały barw, ich ruch w rytm powiewów wiatru przestawał być przypadkowy. Barierka od balkonu także powoli traciła znaczenie.

Na łąkę wybiegł wilczur. Biegał niespokojnie od pieńka do pieńka zerkając co chwilę na Wiktora. Głos jego szczeknięć był liną rzuconą na ratunek. Był to głos Łącznika. Pies na łące – Pies-Łącznik. Pies łączył Wiktora z rzeczywistością. Łącznik nie pozwolił zerwać się z uwięzi. Czas znowu ruszył z miejsca.

Drzwi balkonowe otworzyły się, kolejne osoby wychodziły na papierosa. Ostre powietrze drażniło płuca. Wiktor wrócił do środka po kubek ciepłej herbaty. Gdy ponownie przyszedł na balkon z dymiącym napojem, słońce chowało się za horyzontem. Czas pracowicie nadrabiał zaległości…

 


Igor Czajka - Copyright 2008. Wszystkie Prawa Zastrzezone.

mail do autora - Igor Czajka