aktualizacja w weekendy ;-)

piątek, 29 maja 2009

Pociągiem do Ella

Z Nuwara Eliya trzeba najpierw autobusem podjechać kilka kilometrów do Nanu-Oya. Z Nanu-Oya odchodzi pociąg do Ella. Wszystkie przewodniki oraz pan w informacji turystycznej w Colombo zachwalali kolejową trasę ze stolicy do Kandy. Nic to! Droga z Nanu-Oya do Ella to najpiękniejsza kolejowa trasa, jaką jechaliśmy w życiu! Tory kolejowe wiją się po porośniętych dżunglą stromych górach, co chwila wpadamy w kolejny krótki tunel, przejeżdżamy przez wiszący nad głęboką doliną potężny most. Na malutkich stacyjkach wsiadają i wysiadają kolorowi ludzie. Bajka.


Z okien pociągu rzadko jest daleki widok. Horyzont jest z reguły zasłonięty mgłą. Pomiędzy kolejnymi tunelami przejeżdżamy przez odmienne światy. Każda dolina sprawia wrażenie, jak by była porośnięta zupełnie inną roślinnością. Mijamy wielkie drzewiaste paprocie i całą masę niezidentyfikowanych gatunków egzotycznych drzew. Czekałem tylko, kiedy zobaczę za którymś krzakiem głowę jurajskiego gada...


Z dżungli wyjeżdżamy znowu na herbaciane plantacje. W oddali widać kolejne kolorowe ubrania zbieraczek, czasem idą wzdłuż torów wracając do domu z koszami herbaty na plecach.


To była magiczna droga.

wtorek, 26 maja 2009

Pola herbaciane

Nie pojechaliśmy w końcu na Pik Adama. Nie starczyło czasu i energii. Nie było dobrego połączenia. Wszystkie znaki nam mówiły „odpuśćcie sobie”. No to sobie odpuściliśmy. Wybraliśmy się zamiast tego na okoliczne plantacje herbaty. Malownicze wzgórza porośnięte równo przystrzyżonymi krzakami, których liście zaparzamy sobie niemal codziennie. Byłem zaskoczony jak grube są to liście! Podobnie jak byłem zaskoczony paroma innymi informacjami.


Mianowicie herbata rośnie na dużych wysokościach. Im wyżej - tym lepsza. Takie z wysokości 1200-1500 m npm. to najpośledniejsze gatunki. Te rosnące i zbierane powyżej 2000 m npm. są najlepsze. Oglądane na zdjęciach we wszystkich folderach reklamowych, pięknie ubrane w kolorowe sari kobiety zbierające z uśmiechem na ustach młode listki herbaty, w rzeczywistości należą do najbiedniejszej grupy społecznej na Sri Lance. Większość z nich to Tamilki, które przyjechały z Indii kontynentalnych na przełomie XIX i XX stulecia. Do dzisiaj ich status niewiele się poprawił.


Niewątpliwie domy na plantacjach wyglądają dużo lepiej niż w środkowych Indiach, a mieszkańcy nie wyglądają na beznadziejnie zrozpaczonych, niemniej taki widok jak na powyższym zdjęciu nie należy do rzadkości, a raczej stanowi normę.


W fabryce Pedro Estate, ponoć najstarszej na całej wyspie, zaopatrzyliśmy się w herbatę w fabrycznym sklepiku. Niestety nie udało się obejrzeć ponad stuletnich, ciągle działających maszyn, bo była niedziela, ale i tak widoki wokół fabryki nie należały do brzydkich...

wtorek, 19 maja 2009

Planet Doc Review - filmy

Festiwal filmów dokumentalnych dobiegł końca. Ponad setka filmów, więc jak sobie wyrobić zdanie? Trzeba dokonać wyboru, zdając się trochę na przypadek, trochę na czubek nosa, jak podczas podróży autostopem – nigdy nie wiesz gdzie dojedziesz, choć cel rzekomo obrany. Zatem dobry los, który nie jest przyjacielem bezczynnych, obdarował nas kilkoma filmami, które warto zapamiętać oraz kilkoma, o których spokojnie można zapomnieć. Nie było filmu, który mógłbym wyróżnić jako zdecydowanie najlepszy, zatem pozwolę sobie na, w oczywisty sposób subiektywny, przegląd tego co zobaczyłem.

Zasmakuj ubóstwa” to zrobiony przez narcystycznego Holendra film o największym bogactwie naturalnym Afryki: ubóstwie. Myśleliście kiedyś w ten sposób o tym zjawisku? Międzynarodowa pomoc docierająca do państw afrykańskich stanowi nieraz największy procent dochodu narodowego tychże państw. Niestety, w interesie wielu organizacji, zarówno finansowych, jak i charytatywnych, jest... utrzymywanie tam biedy. Bank Światowy co prawda udziela Kongu pożyczki, ale pomoc uzależnia od zgody tamtejszego rządu na wydobywanie diamentów przez międzynarodowe korporacje. Zysk zostaje w kieszeniach przedsiębiorców z Europy. Organizacje humanitarne rozdają żywność, ale równocześnie utrzymują armię urzędników i mnożą koszty administracyjne – 70–90 proc. ich budżetów pochłania samo organizowanie „pomocy”. Podobnie jest z siłami ONZ – jaką rolę w środku afrykańskiej dżungli mogą spełniać niemówiący po angielsku Pakistańczycy? Biali farmerzy tworzą gigantyczne plantacje, gdzie robotnicy zarabiają pół dolara na trzy dni. Pracując ponad siły przez wiele lat, nie są w stanie zapewnić pożywienia swoim dzieciom, które umierają na ich oczach (czego świadkiem jest bezradny Martens). Najbardziej szokująca jest postawa Lekarzy bez Granic – w filmie pada sugestia, że oni również czerpią materialne korzyści z pracy w regionie, gdzie życie ludzkie nie ma żadnej ceny. Zarabiają na tym także fotoreporterzy – dzienniki z całego świata wciąż chętnie płacą za zdjęcia trupów bądź zgwałconych kobiet. Co można zrobić dla żyjących w nędzy mieszkańców Afryki? Można próbować ich przekonać, żeby nauczyli się czerpać radość z tego co mają, żeby zaakceptowali swój stan, którego zmienić nic nie może i żeby nauczyli się czerpać dochód ze swojej sytuacji. Jeśli pojedziesz do krajów trzeciego świata powinieneś zawsze płacić za zrobienie egzotycznego zdjęcia głodującego dziecka. Jego fotogenicznie spuchnięty brzuch jest jedynym co ma. Wspomniany na wstępie narcyzm autora, który zbyt często kieruje kamerę na siebie, można odczytać jako zwrócenie uwagi na jeszcze jeden, dość oczywisty i może dlatego nie zawsze pamiętany, aspekt humanitarnej działalności: pomagając nędzarzom kupujesz sobie swoje dobre samopoczucie.

Pozostałe filmy traktujące o biedzie i krańcach cywilizacji nie wybiegły moim zdaniem poza schemat dokumentalnego filmu, który mówi to co wszyscy i tak wiemy: zagłada naszej planety rozgrywa się na naszych oczach. „Na innej planecie” jest zbiorem luźnych scen z tezą. „O wodzie, ludziach i żółtych kanistrach” ogląda się znacznie lepiej, ale i autorzy pracowali pod kierunkiem doświadczonego producenta.

Bardzo ciekawym filmem był dokument „Idź diable precz” pokazujący społeczną rewolucję w afrykańskiej Liberii, gdzie długoletnią wojnę domową zakończył bunt kobiet. W efekcie tyran został obalony, rozpisano wybory, a prezydentem kraju została właśnie kobieta. Niezwykłe jak na afrykańskie realia i bardzo budujące. Powinni ten film pokazywać w objazdowych kinach w Afryce.

Bardzo ciekawy był set azjatycki. Po nudnawej realizacyjnie, choć interesującej tematycznie „Barbie z Damaszku”, wpadliśmy na „Afgańskiego Idola”. Historia czwórki pretendentów dosyć mocno porusza nasze liberalne głowy, uświadamiając jak silne mogą być ograniczenia kultury, w której jesteś wychowany. Zbyt śmiałe podrygiwanie w rytm muzyki jest karygodnym tańcem, a gdy z włosów jednej z uczestniczek spada chustka – jej los w programie jest przesądzony. Grozi jej nawet za to śmierć, ale na szczęście przez najgorętszy okres ukrywa się przed potencjalnymi zamachowcami i dzisiaj dalej śpiewa, choć nie w telewizji a na weselach.

Film „Królowa i ja” w zamierzeniu autorki miał być filmem o żyjącej żonie ostatniego szacha Iranu. Jego dzieje znane są u nas z książki Kapuścińskiego Szahinszach. Historia królowej opowiedziana jest przez jej krajankę, która w młodości uważała się za komunistkę, lecz po rewolucji Chomeiniego szybko rozczarowała się do nowej władzy. Rozczarowanie zostało przypieczętowane śmiercią jej brata, którego powiesili w wieku 17 lat. Wychowana w slumsach nienawidziła szacha, a teraz chciała się dowiedzieć jak po latach zapatruje się na tamto życie była królowa. Jest to zatem historia dwu kobiet, z dwu biegunów społecznej hierarchii. Już samo to jest ciekawe, jednak film pokazuje coś więcej. Pod koniec jego realizacji pomiędzy reżyserka a królową zawiązuje się nić sympatii. Królowa uwodzi rozmówczynię tak samo, jak uwodzi całe otoczenie. W niezauważalny sposób kupuje sobie przychylność uprzejmością. Autorka zdaje sobie z tego sprawę, dzieli się z widzem swoimi wątpliwościami, a jednak nie umie lub nie chce się temu przeciwstawić. Chciałaby wykrzyczeć swoją frustrację i nienawiść, a zdobywa się na delikatne zadanie kilku trudnych pytań na sam koniec. Jest to nie tylko film o żonie Szacha, nie tylko historia kontrastu odmiennych biografii. Jest to także, a może przede wszystkim film o korupcji przychylności za pomocą uprzejmości.

Najbardziej autentycznym filmem tego przeglądu, oczywiście z filmów które widziałem, jest niewątpliwie „Birma VJ”. Niezwykle poruszający dokument nakręcony konspiracyjnie małymi kamerkami video przez Birmańczyków w Birmie. Siatka kilkudziesięciu osób, z kamerami ukrytymi w torbach, kręciła bardzo nieliczne protesty Birmańczyków przeciwko panującej dyktaturze. Jedno-osobowe manifestacje pacyfikowane dosłownie w ciągu 15 sekund. Czasem odnieść można wrażenie, że na ulicy agentów służb bezpieczeństwa jest co najmniej tyle samo co przechodniów. Powoli protest się rozszerza, aż następuje przełom, gdy do gry wchodzą buddyjscy mnisi. Jednak oni również zostaną spacyfikowanie w najbardziej brutalny sposób. Siły rządowe nie cofną się przed strzelaniem ostrą amunicją w demonstrujących duchownych, co zostaje uwiecznione na dysydenckich video-kamerach. Porażający dokument na żywo, który wgniata w fotel, wyciska łzy i zaciska pięści. Polecam wszystkim obrońcom Tybetu, żeby zwrócili uwagę na znacznie gorsze prześladowania niż na Dachu Świata. Birmańczycy nie mają sławnego na cały świat Dalajlamy.

Jako odskocznia od kwestii podnoszących ciśnienie, polecić mogę gorąco film „Inteligentna nagość” traktujący o artystycznej parze: Edward Weston i Charis Wilson. Gdy poznali się w 1934 roku, on był uznanym artystą, a ona – nastolatką czerpiącą pełnymi garściami z życia kalifornijskiej bohemy. Dziś 90-letnia staruszka opowiada ze swadą, humorem i odrobiną nostalgii o najpiękniejszych latach swego życia. Jej nagie portrety to osobny rozdział w dziele Westona. To historia ich 12-letniego związku zaklęta w celuloidowy papier. Fascynacja naturalną cielesnością, mieszaniną niewinności i wyuzdania współgra z wielkim tematem Westona – naturą. To, że historię artysty opowiada jego partnerka i współpracownica, ujawnia nowe treści. Jesteśmy świadkami tego, jak Charis – początkowo tylko modelka i obiekt artystycznej fascynacji – staje się muzą i współtwórcą. Widzimy jak artysta zmaga się z tym, że przedmiot jego sztuki staje się niezależnym podmiotem. Pada pytanie o to, czy po dwóch stronach obiektywu może panować równowaga sił. Oprócz historii głębokiego związku dwójki artystów, dostajemy możliwość dotknięcia tajemnicy. Ze zdjęć wyziera coś, co każdy nazywa inaczej. Jeden z portretów interpretowany jest jako emanacja siły i śmiałości, inny krytyk widzi w nim spokój i zadumę, można w nim zobaczyć zmęczenie i głębię – jedno jest pewne: jest w tym coś, co trudno nazwać, ale można poczuć. Kapitalnie udało się połączyć narrację 90-letniej śwarnej babci z nakręconymi inscenizacjami, które są ustylizowane na kręcone amatorską kamerą sprzed 70 lat. Świetnie ucharakteryzowani aktorzy sprawiają, że widz ma poczucie uczestniczenia w opowiadanych przypadkach niejako z pierwszej ręki, jakby rzeczywiście towarzyszył bohaterom przyjaciel z amatorską kamerą. Pomimo typowego amerykańskiego schematu filmu dokumentalnego z gadającymi głowami w roli głównej dostajemy w prezencie możliwość dotknięcia Tajemnicy. Nie jest to częsty przypadek.

Na koniec wspomnę tylko „Odgłosy robaków - zapiski mumii”, który jest zaprzeczeniem wszystkiego, co stanowiło o wysokiej jakości poprzedniego filmu. W zamierzeniu film o tajemnicy. Film o powolnym i świadomym umieraniu z głodu. Wolna i silna wola spożytkowana na rozstanie się z życiem. Wrażenia z głodówki zapisywane w dzienniku. Powoli coraz silniej zbliżają się do archetypów najróżniejszych kulturowych odniesień. Pojawiają się znaczące sny, pojedyncze postacie, szmer wielu głosów – umierający nie wie czy to halucynacje czy odgłosy tamtego świata. Tuż przed końcem mamy informację białym świetle... Wbity w fotel i zaszokowany religijnymi doświadczeniami ateisty dostaję od reżysera na końcu w głowę demaskacją mistyfikacji: to jest literacka kreacja na podstawie autentycznego faktu. Taki przypadek miał rzeczywiście miejsce. Raz w Japonii, raz w Niemczech. Jednak to, co jest najbardziej istotne w tym wizualnie miałkim filmie – zapis dziennika umierania – okazuje się literackim przetworzeniem. Zatem tekst pozostaje zapisem kulturowej mitologicznej sytuacji, pozbawiony dokumentalnej treści, a ja jako widz czuję się oszukany. Film powinien być pokazywany na festiwalu filmowej poezji eksperymentalnej, a nie na przeglądzie dokumentu. Pełna artystyczna porażka zamykająca dostęp do oceanu interpretacji.

I tyle jeśli chodzi o filmy. O stronie technicznej festiwalu, który pod tym względem przekroczył wszelkie granice braku profesjonalizmu napisałem w poprzednim poście.

piątek, 15 maja 2009

Planet Doc Review - organizacyjna porażka

Zacinające się filmy, niezsynchronizowane napisy i niedziałające mikrofony to znak firmowy festiwali filmowych organizowanych w warszawskiej Kinotece. Wielkie nazwiska, wybitny repertuar, ciekawe osobowości stanowią niezwykły kontrast dla technicznego partactwa. To zdumiewające, z jak wielkim lekceważeniem organizatorzy festiwalu podchodzą do oczywistych wydawałoby się podstawowych spraw technicznych. Można by różnego rodzaju wpadki wytłumaczyć i próbować usprawiedliwiać brakiem doświadczenia, ale festiwale i przeglądy organizowane są już od wielu lat, a poziom i rodzaj problemów wcale się nie zmienia.

Czy naprawdę tak trudno sprawdzić film przed jego puszczeniem? Sprawdzić czy Płyta DVD przywieziona z drugiej półkuli jest prawidłowo odtwarzana w warszawskim odtwarzaczu? Rozumiem zaskoczenie przy jednym z pierwszych filmów, ale jeśli piąty film z rzędu zacina się w tym samym miejscu z powodu nieobsługiwania przez odtwarzacz drugiej warstwy DVD to zakrawa na paranoję! Taki stan rzeczy miał miejsce przy jednym z przeglądów dalekowschodniego kina.

Planet Doc Review nie ustrzega się tych samych, ciągle nierozwiązanych problemów. Napisy pokazują zupełnie co innego niż słowa aktorów. W trakcie niemal każdej dyskusji z reżyserem przestaje działać mikrofon. Gdy już jest przynoszony rzekomo działający, jest nieużywany pomimo protestów anglojęzycznej publiczności, która tez jest zainteresowana wypowiedziami gościa. Wygląda to wszystko tak, jak by organizatorzy zatrudnili przypadkowych przechodniów, którzy posługują się sprzętem kupionym na pchlim targu. Doprawdy położone w świetnym miejscu kinowy kompleks kulturalny, ze świetnymi pomysłami i znakomitym repertuarem mógłby naprawdę odrobinę zadbać także o te bardziej przyziemne organizacyjne sprawy. Kwestie finansowe nie mają tu nic do rzeczy. Jeśli tani bezprzewodowy mikrofon nie działa można użyć pięciokrotnie tańszego mikrofonu kablowego z odpowiednio długim kablem. Żeby zsynchronizować napisy z filmem trzeba po prostu go wcześniej obejrzeć, a synchronizacji może dokonać osoba z minimalna znajomością obsługi komputera.

Pokonanie tych pozornie nieprzekraczalnych trudności jest możliwe. Udowadnia to za każdym razem inny polski festiwal Nowe Horyzonty, którego pokazy zawsze są dopięte na ostatni guzik, obojętnie czy odbywają się w warszawskim Muranowie, czy dalekim Cieszynie. Natomiast o fakcie, że w kinotekowym barku od jakiegoś czasu nie można dostać ani kawy ani żadnego innego batonika - wspominać o tym w powyższym kontekście chyba nie warto...

wtorek, 12 maja 2009

Bucharskie wesele

Poprzedniego dnia wieczorem Marcin dogadał kierowcę, który miał nas zawieźć do Samarkandy. Droga miała zająć około pięciu godzin, więc umówiliśmy się na 13:00. Do tego czasu mieliśmy jeszcze trochę czasu dla siebie. Z samego rana poszliśmy więc zwiedzić Ark od środka. Łapani przez „przewodników”, okręcani na wszystkie możliwe strony przez bileterki, zaczepiani przez nachalnych sprzedawców pamiątek przeszliśmy w końcu przez piekielna bramę, która z zewnątrz wyglądała na opustoszałą. Wrażenie było mieszaniną przeczucia atmosfery inicjacji starożytnej karawany oraz typowego sowieckiego siermiężnego naciągania.

Twierdza wewnątrz zrobiła na mnie dość przygnębiające wrażenie. Oprócz niewielkiego dziedzińca nad bramą i kilku niewielkich zaułków nie było tutaj nic. Nie chodzi przy tym o to ze nie było nic ciekawego. Nie było nic! Za rzędem budynków mieszczących muzeum Buchary był goły plac. Bez żadnych ruin, bez pozostałości, po prostu plac nierównej ziemi wypełniający szczelnie mury obronne twierdzy. Wewnątrz muzeum oprócz licznych klasycznych eksponatów przedstawiających broń, instrumenty muzyczne i inne przedmioty codziennego użytku obejrzeć można było także ciekawe fotografie. Oto piękna kolorowa fotografia rodziny emira Buchary, albo dzieci słuchających z uwaga starego nauczyciela. Patrząc na te niezwykle wyraźne fotografie można sobie było uświadomić jak niedawno odszedł ten świat środkowoazjatyckiej cywilizacji. Inna, pochodząca z początków XX wieku fotografia, umieszczona przy samym wejściu, przypominała dlaczego nie wolno lekceważyć „bratniego” rosyjskiego narodu. To wtedy powstały widoczne do dzisiaj uszkodzenia welesetletnich bucharskich zabytków.

Oglądając po drodze liczne i wszechobecne stragany, facetów tkających słynne bucharskie dywany, pamiątki po czasach dawnych i tych właśnie dopiero co minionych, dotarliśmy do najstarszego meczetu w mieście, a może i w całej Centralnej Azji - Maghoki-Attar. Ponoć miejsce to stanowiło trzon Buchary już na początku ery sogdyjskiej, czyli w okolicach piątego wieku przed nasza erą. Później była tu świątynia buddyjska, zastąpiona około piątego wieku naszej ery przez świątynię zoroastryjską. Gdy Arabowie najechali te tereny około ósmego wieku, świątynia Zaratustry została zniszczona, a na tym miejscu powstał meczet. Jedne źródła podają że stało się to w X, inne że dopiero w XII wieku. Niepozorny z zewnątrz budynek mieści dzisiaj muzeum dywanów, które wygląda jak zwykły sklep. Dla niewprawnego oka wrażenie robi poziom posadzki umieszczony około dwu, a może i trzech metrów poniżej poziomu gruntu na zewnątrz. Gruby osad historii.

Po krótkim odpoczynku przy posiłku na naszym ulubionym placu, poszliśmy zobaczyć jeszcze Char Minar, czyli malutki meczet z czterema minaretami. Po drodze natknęliśmy się na dziwne zbiegowisko, które okazało się przygotowaniami do wesela. Najpierw grupa kolorowo ubranych kobiet, każda z zawiniątkiem w ręku. Pomiędzy nimi skołowana panna młoda. Nieco dalej, ale osobno, grupa mężczyzn w garniturach i uzbeckich czapkach na głowach przygotowywała pana młodego. Trochę postaliśmy, ale ponieważ długo się nic nie działo, poszliśmy dalej szukać poczwórnego minaretu. Gdy wracaliśmy trafiliśmy akurat na wejście gości do domu weselnego. Przy akompaniamencie lokalnych instrumentów, w sporym zgiełku odbywały się dziwne rytuały, których znaczenie próbowaliśmy odszukać w zagrzebanych głęboko w pamięci przedwyjazdowych lekturach. Ludzie byli bardzo serdeczni, roześmiani i usilnie starali się nas zaprosić do stołu. Doszło do tego, że weszliśmy do środka, ale na posiłek już nie chcieliśmy zostać. Stoły wcale nie były zbyt suto zastawione, ot trochę bogatsza impreza. To co było najważniejsze, to wspólny udział w licznych obrzędach, których nie będę tutaj opisywał. Można bowiem o wszystkim przeczytać w znakomitej książeczce „Życie codzienne w Samarkandzie”, którą niedługo osobno opiszę.

Poniżej nakręcony aparatem fotograficznym rzut ogólny na "salę weselną" wraz z akompaniamentem grajków witających wchodzących za chwile gości:


Char Minar był natomiast mocno rozczarowujący. Malutki budynek, z umieszczonym wewnątrz sklepem pamiątek. Najciekawszy był spacer wąskimi uliczkami Bucharskiej starówki, gdzie trudno spotkać jakiegoś turystę, za to można przypadkowo nadziać się na uzbeckie wesele.

Znalazłem jeszcze stronkę, gdzie można obejrzeć sobie panoramy Bucharskich zabytków.

piątek, 8 maja 2009

Na targu w Nuwara Eliya

Nasz hotel w Nuwara Eliya był chyba najbardziej wypasionym hotelem, w jakim spaliśmy w trakcie tej podróży. Urządzony w kolonialnym stylu, z kominkiem (którego jednak nie rozpaliliśmy, choć w nocy było całkiem chłodno!) z zewnątrz nie sprawiał wrażenia jakiegoś najwyższego standardu. Właściciel był całkiem miły, czuliśmy zresztą do niego wdzięczną sympatię, z powodu ratowania z opresji naszego kierowcy.


Wieczorem zaczynało się chmurzyć, ale poranek znowu był słoneczny. Poszliśmy zjeść śniadanie do miasta. Trafiliśmy do knajpy, gdzie wszyscy klienci patrzyli na nas jakbyśmy mieli co najmniej zielone czułki zamiast uszu. Energiczny "kelner" nakładał ręką na metalowe talerze grube naleśniki. Do tego dostaliśmy miseczki z porządnie ostrymi sosami i po butelce coli. Cena, podobnie jak standard była miejscowa. Za śniadanie dla dwu osób zapłaciliśmy 130 rupii czyli nieco ponad 1$. Był to chyba nasz najtańszy posiłek. Po śniadaniu poszliśmy sprawdzić dalsze połączenia i przespacerować się po okolicy. Trafiliśmy na miejscowy bazar, gdzie weseli sprzedawcy machali do nas byśmy zrobili im zdjęcie.


Na rozłożonych na ziemi straganach było mnóstwo różnych warzyw i owoców, z których rozpoznawaliśmy tylko niektóre. Kilka rodzajów krótkich bananów, dziwnie wyglądająca cebula, ananasy czy kokosy jeszcze byłem w stanie rozpoznać. jednak do czego służyły dziesiątki innych warzyw - nie byliśmy w stanie dociec. Tym bardziej że sprzedawcy posługiwali się angielskim ograniczonym w zasadzie do liczebników. Niemniej bazar był bardzo ciekawy i potrzeba obejrzenia egzotycznego handlu została w pełni zaspokojona.

wtorek, 5 maja 2009

 


Igor Czajka - Copyright 2008. Wszystkie Prawa Zastrzezone.

mail do autora - Igor Czajka