aktualizacja w weekendy ;-)

piątek, 30 stycznia 2009

Kolejne koncerty .oSo.

Aktywność koncertowa wbrew recesji rozwija się całkiem nieźle. Po świątecznej przerwie zespół .oSo. zagrał 13 stycznia w warszawskiej Hard Rock Cafe, a w najbliższą niedzielę 1 lutego będziemy grali w NoMercy. Z kolei na 8 lutego planujemy w Saturatorze koncert razem z "grupą o niepokojącej nazwie RYZYKO", grającej - jak sami się określają - disco-pogo.

Dla wszystkich zastanawiających się dlaczego piszę o tym nieznanym z radiowych rozgłośni zespole, zamieszczam poniżej filmik z koncertowego nagrania z HRC z 13 stycznia (jeśli ktoś dysponuje dobrym łączem warto ustawić przy odtwarzaniu HQ):


Jeśli kogoś to interesuje to na stronie zespołu są do pobrania w dobrej jakości pliki .mp3 oraz okładki pierwszej płyty. Można sobie ściągnąć i samemu wypalić płytę. Jeśli natomiast ktoś chce mieć oryginalną tłoczoną płytę - można ją zamówić za 10 zł plus koszty wysyłki ;-) To nie jest tekst komercyjny, bo żeśmy tą płytę nagrali samodzielnie i samodzielnie wytłoczyli za własne pieniądze ;-) Dlatego rzadko można nas usłyszeć w radiu ;-)

wtorek, 27 stycznia 2009

Droga do Buchary

<<< poprzedni odcineknastępny odcinek >>>

Po bliskim spotkaniu z materialną kulturą wyznawców Zaratustry nadszedł czas by posilić ciało. Kierowca zatrzymał się w przydrożnej knajpie, których w Uzbekistanie nie ma wcale tak dużo. Zamówiliśmy lagmon i szaszłyki, do tego piwo i herbatę. Trzech wesołych panów z poważnymi brakami w uzębieniu zaczepiło nas z sąsiedniego stolika. Wypytali skąd jesteśmy, jak nam się podoba Uzbekistan i na koniec poprosili nas byśmy zrobili im zdjęcie. "Tylko go nie wyrzucajcie! – Oczywiście, że nie wyrzucimy!" Jednym słowem standardowa wymiana uzbeckich uprzejmości.

Gdy przynieśli posiłek, na parking zajechała kawalkada samochodów. Okazało się, że w knajpie wyprawiane jest wesele. Cała rodzina, jak zobaczyła obcokrajowców, zaciągnęła nas do wspólnego zdjęcia. Ponoć przynosi to szczęście. Pan młody rzeczywiście wyglądał na szczęśliwego, ale panna młoda niestety wręcz przeciwnie. Obfite falbany ślubnej sukni odwracały uwagę od twarzy, ale nie potrafiły zamaskować podszytego nutą trochę smutku, trochę przerażenia, a trochę rezygnacji, nieobecnego wzroku. Po sesji fotograficznej wszyscy wtoczyli się na piętro knajpy, by na koniec pomachać nam z balkonu na pożegnanie.

Po obiedzie ruszyliśmy w dalsza drogę. Była to najdłuższa szosa bez zakrętów, jaką widziałem. Jechaliśmy do Buchary chyba z siedem godzin i przez te siedem godzin krajobraz w zasadzie się nie zmienił. Owszem, czasem było widać dolinę Amu-Darii i za nią rozległą pustynię po turkmeńskiej stronie granicy. Przez kilkadziesiąt kilometrów zbliżaliśmy się do dwu słupów dymu albo trąb powietrznych, które były sporym urozmaiceniem monotonii krajobrazu. Kilka razy minęliśmy nawet jakieś miejscowości. Poza tym przez ponad 400 kilometrów widać było tylko pustynne wydmy porośnięte rachitycznymi krzaczkami. Efektem ubocznym krajobrazu była nieopanowana senność wszystkich. Nie wiem jak wytrzymywał kierowca, ale każdy z nas spędził tą drogę śpiąc "na popielniczkę". Marcin później wspominał, że raz na kilkadziesiąt kilometrów się budził, sprawdzał widok, widok nie uległ żadnej zmianie, więc zasypiał dalej. Zaczął się nawet w pewnym momencie zastanawiać czy my się w ogóle poruszamy. Ja też już miałem wątpliwości, czy kiedykolwiek gdzieś dojedziemy, ale w pewnym momencie zaczęły się pojawiać przy drodze pojedyncze drzewa, następnie całe zagajniki, później nawet zielone pola i małe łąki. Coraz gęściej wyrastały także zabudowania. Widać było, że wjechaliśmy w inny świat.

Tak, przedmieścia Buchary stanowiły oazę na wszechogarniającym i obezwładniającym pustkowiu. Droga także stawała się coraz lepsza, rozdzieliła się na dwie jezdnie, pojawiły się spore ronda. Dojechaliśmy do centrum i sprawdziliśmy jakieś hotele, które zarekomendował nam nasz kierowca. Niestety niezbyt nam się spodobały, więc wyciągnęliśmy plecaki niedaleko głównego placu, zapłaciliśmy i się pożegnaliśmy. Była już siódma wieczorem, a kierowca twierdził, że jeszcze dzisiaj musi wrócić do Chiwy.

<<< poprzedni odcineknastępny odcinek >>>

piątek, 23 stycznia 2009

Sri Lanka - przygody z kierowcą

Nie wspominałem chyba jeszcze o naszych przygodach z kierowcą? Kierowca, którego wynajęliśmy, by objechać tzw. Lankijski Złoty Trójkąt był bardzo uprzejmy. Śmiesznie mówił po angielsku przeciągając każdą sylabę, jakby się zastanawiał nad każdym następnym słowem, namyślając się, czy to, co chce powiedzieć, to na pewno właściwe słowo. Było to trochę męczące, ale i tak miał nade mną spora przewagę: on mówił po angielsku, co w moim przypadku jest prawie niemożliwe ;-)

Plan był taki, że chcemy spać blisko sigirijskiej skały. Wyszukaliśmy w przewodniku kilka hoteli niedaleko "centrum" miejscowości i poprosiliśmy, by nas tam zawiózł. Kierowca, gdy usłyszał nazwę hotelu Flower Inn, zrobił przestraszoną minę i ostrzegł nas, żebyśmy absolutnie nie jechali do tego hotelu, bo tam mają bardzo złe jedzenie, które specjalnie jest zepsute, by chorzy turyści zostali w hotelu kilka dni dłużej. Nie mieliśmy powodu mu nie wierzyć, jednak lubię jednak na własne oczy przekonać się co to znaczy brudny hotel. Tym bardziej, że po przybytkach w środkowych Indiach już chyba niewiele rzeczy jest nas w stanie zniechęcić. Kierowca zaproponował, że zawiezie nas do innego hotelu, gdzie nie jest tak blisko centrum, w którym i tak nic nie ma, za to jest bardzo dobre jedzenie.

OK. Zatrzymaliśmy się po drodze, jakieś 10 km przed Sigiriją. Obejrzeliśmy. Standard był taki sobie, ceny również, więc stwierdziliśmy, że chcemy zobaczyć jeszcze cos innego. Zajechaliśmy do drugiego hotelu i było tam bardzo podobnie. OK. Wiemy jak jest w miejscach proponowanych przez kierowcę, zatem chcemy pojechać do Sigiriji, tym bardziej, że potrzebowałem dość pilnie zajrzeć do Internetu, a w centrum podobno była kafejka. Kierowca niestety zrozumiał, lub udał, że tak zrozumiał, że chcemy jeszcze dzisiaj wejść na skałę. Przejechaliśmy obok jednego hotelu, przejechaliśmy obok kafejki, a na znak protestu kierowca powiedział że to nie tutaj. Trochę zbaraniałem, ale dobrze. Gdy zaczął wjeżdżać na teren pałacowych ruin powiedzieliśmy stop.

- Gdzie my właściwie jedziemy?
- No do wejścia, przecież chcecie dzisiaj wejść skałę?
- Nie, my chcieliśmy wstąpić do hotelu Nilmini Lodge, który minęliśmy po drodze!
- Ale to jest ta sama firma, co ten hotel Flower Inn, o którym mówiłem, oni tam trują jedzenie!
- Ale ja chce zobaczyć ten hotel, poza tym potrzebuję Internet!
- Ale tam Internet nie działa i trują jedzenie!
- A nie możesz nas tam zawieźć?
- Mogę, ale tam jest nieczynne i trują jedzenie i nie należy tam wchodzić! Teraz jedziemy do wejścia, bo przecież mówiłeś, że chcecie dzisiaj zobaczyć Sigiriję!

W tym momencie byliśmy już tak zagotowani, że machnęliśmy ręką i kazaliśmy się zawieźć w cholerę do tego drugiego oglądanego hotelu. Tam było w miarę znośnie, a my byliśmy już tak głodni, że przestawaliśmy myśleć. Niestety, to nie był koniec. Na miejscu okazało się, że kuchnia jest już zamknięta i nie dostaniemy nic do jedzenia. Kierowca stwierdził, że w tym pierwszym hotelu można na pewno zjeść, więc zostawiliśmy tu rzeczy i podjechaliśmy na jedzenie. Na szczęście nie było daleko.

Hotel, w którym ostatecznie zostaliśmy:


Czekając na obiad postanowiliśmy poprosić kierowcę, by podwiózł nas ostatniego dnia, oprócz Arunadhapury, jeszcze do oddalonego o 10 km Mihintale oraz do Ridigamy, gdzie także trzeba było zboczyć z drogi o ok. 20 km. Samochód mieliśmy wynajęty na określony czas, a nie na kilometry, więc wydawało się to nie być problemem. Niestety było. Według kierowcy te dwa punkty oznaczały nadrobienie kilkudziesięciu kilometrów drogi, a umawialiśmy się na określone miejsca przed podróżą, które to miejsca zostały rzeczywiście pracowicie wypisane na kartce. Dodatkowy program wycieczki wymaga dopłacenia 5000 rupii (za jeden cały dzień płaciliśmy tyle) ale w ramach promocji on nas tam zabierze po zapłaceniu tylko 3000 rupii. Zdębieliśmy.

Przed podróżą właściciel samochodu chciał od nas całą kasę z góry. Na to nie mogliśmy się zgodzić, a facet opowiadał nam o honorze, o tym, że autor przewodników LonelyPlanet był u niego w hotelu Sharon Inn i w przewodniku wypisane są dla niego podziękowania, że on jest solidną firmą i że na Sri Lance wszędzie tak jest, że płaci się z góry. Nie mogliśmy z tym polemizować, bo był to pierwszy samochód, który wynajmowaliśmy. Jednak zgodzić się na to też nie było można. W końcu stanęło na tym, że za dwa dni zapłacimy teraz, a za jeden dzień po powrocie. Chcemy później jechać jeszcze dalej z Kandy do Nuwara Eliya, ale o tej wycieczce zdecydujemy po powrocie. Jednak w perspektywie był jeszcze jeden dodatkowy dzień wynajęcia tego samochodu. Chcieliśmy się powołać na wszystkie gadki o solidności, więc Gośka zadzwoniła zgodnie z sugestią kierowcy do szefa. Niestety, najpierw nie mógł rozmawiać, później nie mail czasu, a na koniec rzucił słuchawką. Faktycznie niezwykle solidna firma!

No dobrze, to wiemy na czym stoimy, jakakolwiek współpraca jest niemożliwa. Reszta podróży przebiegała w coraz gęściejszej atmosferze. Chcieliśmy by kierowca zatrzymał się w jakiejś przydrożnej knajpie gdzie będzie dużo ludzi (gwarancja dobrego jedzenia), więc zatrzymał się w jakimś przeraźliwie brudnym lokalu, gdzie much i komarów było tyle, że trudno było rozmawiać, nie mówiąc o jedzeniu. Gdy pokazywaliśmy po drodze jakieś miejsce, gdzie chcieliśmy, aby się zatrzymał, facet stwierdzał, że to jeszcze nie tutaj i jechał dalej. Bod koniec podróży mieliśmy serdecznie dość i kierowcy i jego szefa, o czym nie omieszkaliśmy po powrocie powiedzieć jego żonie (szef akurat był "nieobecny"). Żona lojalnie zwaliła wszystko na nieporozumienia komunikacyjne z kierowcą i przeprosiła nas w imieniu męża. Zabraliśmy plecaki i poszliśmy do sąsiedniego hotelu prowadzonego przez niezwykle sympatyczna rodzinę. Syn właścicielki miał terenowy samochód, którym zawiózł nas do Newara Eliya. O tym będzie później.

Finał sprawy był taki, że tydzień później dostałem z nieznanego numeru sms na mój lankijski telefon o dziwnej treści: „Poland people very fucking bad idiat mad pepole get out sri lanka. Future time kiled for lady. COLOMBO THAK”. Tylko dwie osoby na Sri Lance znały ten numer telefonu: nasz kierowca i jego szef...

;-)

czwartek, 22 stycznia 2009

Dziękuję za głosy

Dziękuję Wszystkim głosującym za Wasze głosy na mój blog.

Zgłosiłem swojego turystycznego bloga do konkursu Blog Roku (http://www.blogroku.pl) w kategorii "turystyka" i w głosowaniu czytelników blog zajął ostatecznie 15 miejsce. Nie ma na razie możliwości sprawdzenia ile dokładnie głosów zostało oddanych na bloga. Niestety do następnego etapu przechodzi tylko pierwsze 10 blogów.

Jeszcze raz dziękuję za wszystkie głosy!!!

wtorek, 20 stycznia 2009

XV Akcja GTWb - Powrót do przeszłości

Przeszłość wracająca w różnych formach dopada nas za rogiem. Czasem przybiera formy wulgarne, jak na przykład wspomnienie kapitalnego remontu mieszkania:



Czasem przybiera formę sztuki, która zaczepia nas na ulicy umożliwiając nam powrót do czasów kuglarzy i obieżyświatów, którzy prowadzili widownie w świat ludycznych przedstawień. Odgrzebałem gdzieś kilka fotek z warszawskiej Starówki latem 2005 roku. To był jeden z ostatnich razy, kiedy wybrałem się na pokazy Sztuki Ulicy. Wtedy dotarło do mnie po raz pierwszy uczucie starości: kurcze, mnie to przestało kręcić...



Aczkolwiek pokaz Węgrów, pomijając fakt, że znaczeniowo był kompletnie nieczytelny, wizualnie naprawdę przemawiał do wyobraźni:







kiedyś

słomiane dachy
ściany bielone wapnem
zęby czasu
zagryzają wargi

pamięć wykuta w skale
obrazy niezniszczalne
aż do końca
trzymają w napięciu

koła roweru
grzęzną w piasku
niedomówień
w środku lasu

pola i topole
były bardziej zielone
zawsze kiedyś
nigdy dzisiaj


poniedziałek, 12 stycznia 2009

Zoroastryjskie Forty

<<< poprzedni odcineknastępny odcinek >>>

W punkcie informacji turystycznej, umiejscowionym niedaleko wejścia do Khuna Ark dowiedzieliśmy się, że cena wycieczki samochodowej do fortów to 40 tys. somów za trzy forty, 50 tys. za 5 fortów i 60 tys. za 7 fortów. Uznaliśmy, że 5 fortów w zupełności nam wystarczy. Jednak dogadaliśmy się z naszą gospodynią, że jej znajomy zawiezie nas do 5 fortów, a potem już bez wracania do Chiwy pojedziemy do Buchary. Cena za całość wyniosła 130 tys. somów czyli ok. 220 zł

Po szybkim i skromnym śniadaniu zapakowaliśmy się do Nexii i ruszyliśmy w drogę. Po zatankowaniu i zjechaniu z głównej autostrady szosa była coraz węższa i coraz bardziej wyboista. Krajobraz stawał się coraz bardziej pustynny, choć cały czas przejeżdżaliśmy przez jakieś wioski. Domy były coraz uboższe, większość sprawiała wrażenie betonowych szkieletów po pożarze. W końcu dotarliśmy do miejsca, gdzie na środku pola wyrastał piaskowej barwy prostopadłościan. To był fort Kyzyl-Kala.

Nie mam zielonego pojęcia, jak te ruiny zachowały się do naszych czasów. Używane były bowiem do IV w. n.e., zatem niszczeją na słońcu i deszczu już od 1600 lat. Z bliska jest to kupa gliniastego wyschniętego pisaku, który kruszy się pod palcami. Zachował się całkiem nieźle zarys murów obronnych i wjazdowa brama. Gdzieniegdzie były nawet zasypane wejścia do podziemnych komór. Nie mogłem się powstrzymać i do jednej wszedłem, a raczej się wsunąłem, bo wysokość wejściowej szpary pozwalała przepuścić człowieka tylko na leżąco. Niestety jama miała tylko jakieś pięć metrów długości i kończyła się zasypanymi na amen odnogami.

Następny fort, Toprak-Kala, był widoczny ze szczytu Kyzyl-Kala. Niestety, żeby do niego dojechać musieliśmy pokonać kilka kilometrów po jakiś wyboistych polnych drogach, bo most na głównej szosie był akurat w remoncie. Toprak-Kala okazał się znacznie większym fortem, wręcz miastem, ze sporą fortecą oraz wielkim otaczającym podgrodziem. O ile podgrodzie można było zidentyfikować jedynie po obrysie resztek obronnego wału, o tyle fort był zachowany całkiem dobrze. Oczywiście biorąc pod uwagę budulec, czyli miejscową pustynną glinę.

Ze szczytu „czegoś” (trudno powiedzieć czy był to kiedyś fragment pałacu, zamku, czy wieży obserwacyjnej) można było dostrzec zarys zabudowań wraz z rozkładem pomieszczeń. W niektórych miejscach zachowało się nawet kilka komnat, które dawały wyobrażenie o jakości życia w forcie. Dookoła rozciągał się widok na pustynię, tylko w kierunku ledwo widocznego na horyzoncie Kyzyl-Kala falowały od rozgrzanego powietrza uprawne pola poprzecinane nawadniającymi kanałami.

Pojechaliśmy dalej w kierunku wspaniale położonego i magicznego fortu Ayaz-Kala. Składa się on z dwu fortec. Niższa, mała, umieszczona na samotnej skale sprawia wrażenie miniaturki, makiety zameczku posadowionego na środku pustyni dla zabawy dzieci olbrzymów. Za nią, na najwyższym wzniesieniu w okolicy rozciągają się ruiny sporego miasta. Ruiny większej fortecy to niestety tylko resztki murów obronnych otaczających wielkie klepisko. Natomiast widok dookoła... Bajka. Surowa bajka. Dość, powiedziałbym nawet, drastyczna bajka.

Na trzy strony świata rozciąga się lekko pofalowana, ale równinna pustka. Porośnięte małymi kępkami rachitycznych krzewów olbrzymie połacie piachu. Rozgrzane słońcem powietrze faluje tworząc złudzenie jezior. Susza i pył. Na północnym zachodzie horyzont kończy się na niewysokich, ale ostro zakończonych górach. Wzniesienia mają ten sam kolor, co pustynna równina. Na północnym wschodzie rozbity jest przeznaczony dla turystów stały obóz jurt. Za nim majaczy prawdziwe jezioro. Jest tak słone, że po powrocie z kąpieli trzeba natychmiast wziąć prysznic, bo wysychająca woda zostawia na skórze płaty soli. Marcin, który opowiadał o dojmującym doświadczeniu niekończącej się przestrzeni, jakie miał podczas 5-tygodniowej podróży po Mongolii, tutaj stwierdził, że pustka mongolskiego stepu nie jest tak wielka, jak tutejsze przestrzenie.

Obóz Ayaz-Kala-Yurt-Camp prowadzony jest przez sympatyczną uzbecką rodzinę. Jakiś czas temu odbyła się tutaj międzynarodowa konferencja UNESCO poswiecona ratowaniu Uzbeckiego rolnictwa od klęski zasolenia. Sól z wysychającego Aralu, sól z dwu wielkich pustyń położonych po obu stronach Amu-Darii zasypuje powoli tereny z wielkim trudem wydarte naturze dla życiodajnych upraw. Samo nawadnianie to po pierwsze za mało, po drugie jest ono prowadzone metodami zabójczymi dla równowagi wodnej w całym regionie. Wysychanie Morza Aralskiego jest tu najlepszym przykładem. Żeby przygotować obóz do konferencji postawiono budynek mieszczący salę spotkań, zainstalowano zestaw baterii słonecznych, wywiercono nowa studnię. Konferencja się skończyła, a obóz zyskał infrastrukturę pozwalającą funkcjonować tu cały rok.

Dla zainteresowanych zamieszczam lokalny plakat z namiarami na obóz (wystarczy kliknąć w obraz żeby powiększyć):


Z Ayaz-Kala pojechaliśmy do jeszcze dwu fortów: Kyrkyz-Kala i fortu, którego nazwy nie byłem w stanie zidentyfikować. Te dwa ostatnie forty wyglądały jak rozpuszczone w deszczu plażowe zamki na piasku. Nie można było rozpoznać nic, co w najmniejszy sposób mogło przypominać jakąkolwiek funkcję. Oczywiście poza obrysem murów obronnych. Zmęczeni upałem i pustynią pożegnaliśmy się z zoroastryjskimi fortami i pojechaliśmy w kierunku głównej autostrady prowadzącej do Buchary. Przed nami jeszcze ponad 400 km drogi.

<<< poprzedni odcineknastępny odcinek >>>

poniedziałek, 5 stycznia 2009

Polonnaruwa

Polonnaruwa przejęła rolę stolicy na przełomie tysiącleci i pełniła tą rolę przez około dwa stulecia. Przez ten czas zbudowano olbrzymie miasto, którego ruiny można oglądać dzisiaj. Rozsiane jest ono na tak dużym terenie, że pomimo jeżdżenia wynajętym samochodem nie objechaliśmy wszystkiego przez pół dnia. Ruinki nie są specjalnie okazałe, ale gdy człowiek sobie uświadamia, że są to czasy najstarszych romańskich kościołów w Polsce, to rzednie mina na widok misternie rzeźbionych ozdób w zachowanych fragmentach. Kolumnady w świątyniach, gładkie i doskonałe posągi Buddy, resztki rozległego pałacu, cały kompleks różnych świątyń w tutejszym świętym mieście... Patrząc na hindusko ubranych miejscowych turystów można sobie doskonale wyobrazić życie sprzed prawie tysiąca lat.





Nieco dalej pomiędzy drzewami prześwituje olbrzymia stupa wysoka i szeroka na kilkadziesiąt metrów. Obejście jej zajmuje całkiem sporo czasu, a człowiek na jej tle wygląda jak krasnoludek. Aż się wierzyć nie chce, że w środku nic nie ma poza duchowymi skarbami tego miejsca.



Dalej dotarliśmy do kolejnego śpiącego Buddy, który tym razem nie był pomalowany. Jest to najsłynniejszy Budda na wyspie, którego artyzm wykonania przejawia się między innymi w naturalnym ugięciu poduszki pod głową oraz w pięknie fałdów jego szaty, które zdają się poruszać w rytm oddechu śpiącego Świętego. Sen rzeczywiście wygląda na dość smaczny. Jest to o tyle zrozumiałe, że jest on pilnowany przez kilka innych posągów wykutych w tym samym kawałki skały.



Ciekawostką jest fakt, że świątynie, które od wieków niszczały teraz odzyskują powoli nawet drewniane zadaszenie. Odkrywam to dopiero teraz oglądając różne zdjęcia, na których widoczne są gołe ściany, a my oglądaliśmy ciemne kamienne wnętrza pod drewnianym stropem.

niedziela, 4 stycznia 2009

SDJ nr 1/2009

Najnowszy numer SDJ rozpoczyna seria artykułów dla programistów Java. Jeśli ktoś jest w temacie, na pewno warto do tego numeru zajrzeć. Ja niestety nie programuję w Javie, więc w zasadzie tą część przekartkowałem. Kartkowałem, kartkowałem, aż w końcu dokartkowałem do artykułu o pozycjonowaniu stron. Przetestowałem kilka systemów, co zaowocowało zmniejszeniem liczby odwiedzin na blogu (chyba muszę zatem z nich zrezygnować...), zaciekawił mnie więc opis kolejnego takiego systemu.

Po przydługim wstępie, autor w końcu opisuje tytułowy system Adder. Ku mojemu zaskoczeniu jest to system, który trzeba zainstalować na własnym hostingu. Nie wystarczy dodać jakiegoś skryptu do witryny, by partnersko umieszczać linki na innych stronach. To jest system niejako autonomiczny, nad którym właściciel ma pełną kontrolę. Niestety, konieczność własnego hostingu to nie jedyna wada. System niestety kosztuje. Ile? Tego autor nie podał, ale łatwo sprawdzić na stronie, że dożywotnia licencja to koszt 359 zł. Jednak jeśli będziemy chcieli zaktualizować program do nowej wersji trzeba będzie dopłacać.

Z artykułu nie dowiemy się także, jakie obciążenie generuje ten system dla serwera. Przy jakimś niedrogim, lub wręcz darmowym hostingu, z niskimi progami wykorzystania transferu i obciążenia, to może być kluczowa kwestia. I wtedy wielkie możliwości programu w zakresie rejestrowania się na innych stronach, a nawet na forach phpBB spala na panewce. Swoja drogą, ten system sprawi, że spamerskie fikcyjne konta userów na forach dyskusyjnych trafią pod strzechy. W sumie dla forów to też "pożytek": większa liczba użytkowników to większa popularność. Szkoda, że wśród botów. I w tym momencie wracamy do refleksji, że kontent to podstawa. Reszta jest informacyjnym szumem...

 


Igor Czajka - Copyright 2008. Wszystkie Prawa Zastrzezone.

mail do autora - Igor Czajka