aktualizacja w weekendy ;-)

wtorek, 8 grudnia 2009

Muzeum Muncha w Oslo

Norwegia - jakoś przyblokowałem się po tej podróży. Może blokadę spowodowało trzytygodniowe napięcie za kierownicą samochodu? Bo przecież nie nadmiar wrażeń natury estetycznej? W bardziej egzotycznych regionach oprócz przyrody atakowała nas egzotyka odmiennej kultury. W Norwegii praktycznie nie mieliśmy do czynienia z kulturą, poza niemieckimi i holenderskimi camperami okupującymi każdy możliwy parking. Przyroda też, pomimo że nieco inna, to jednak niezbyt różniła się od tego co można zaobserwować zimowych górach. Być może blokada wcale nie została spowodowana czerwcowym wyjazdem, lecz natłokiem rzeczy, które spadły na ramiona moje tuż przed wyjazdem jak i długo po nim? W zasadzie do dzisiaj ten stan permanentnego narastania problemów do rozwiązania trwa nieprzerwanie, rozszerzając się niczym wszechświat aż do ponownego BigBangu, który będzie końcem wszystkiego i wszystkiego początkiem. Tajemnica pozostanie nierozwiązana, bo przestałaby być tajemnicą, zatem nie pozostaje nic innego jak skomentować nieco szerzej kilka zdjęć, które pozostały po podróży.

( Tak swoją drogą, to nawet nie zauważyłem, kiedy minęło te pół roku. Znamienne też, że nikomu nie przeszkadzała moja tutaj nieobecność ;-) )

Zanim jednak przejdę do fotorelacji, pozwolę sobie na dwa słowa na temat Muzeum Muncha, które odwiedziliśmy w Oslo. Jestem zapalonym fanem słynnego "Krzyku". Jest to dla mnie obraz genialny, który z biegiem czasu stał się ikoną popkultury, przez co stracił swoją wagę jako dzieło sztuki, zyskując sławę celebryty (a co!). Reprodukowany na znaczkach pocztowych, okładkach, przetwarzany przez niezliczona liczbę artystów, przerabiany na tysiące sposobów, dla mnie ma jakąś tajemniczą moc, która sprawia, że jest mi bliski niczym najlepszy przyjaciel, który rozumie i czuje to co mówię o moich emocjach. Lęk i przerażenie światem obok spokoju przechodniów, piekło rozgrywające się na niebie i dookoła widoczne tylko dla centralnej postaci, przenikający do szpiku rzeczywistości krzyk, którego nikt nie słyszy. Można by tak pisać bez końca, nie odkrywając niczego, co nie byłoby wcześniej opisane. Być w Oslo i nie zobaczyć "Krzyku" na żywo byłoby świętokradztwem.


1893 - Edward Munch - Krzyk - olej, tempera i pastel na kartonie 91 x 73.5 cm

Trudno było odnaleźć muzeum, które było poza mapką zamieszczona w przewodniku, w końcu jednak się udało. Bilety, bramki, klimatyzacja; obrazy. W miarę zdobywania kolejnych eksponatów w zimnej kolekcji wrażeń przepełniam się coraz większą blazą. Jednak rozczarowanie jakiego doświadczyłem po wyjściu z muzeum Muncha było jednym z większych rozczarowań, jakie miałem w życiu. Nie dziwię sie wcale łatwości, z jaką złodzieje parę lat temu wynieśli z muzeum słynny "Krzyk". Ten obraz na żywo niestety nie ma w sobie nic z całej głębi, którą przeczuwamy patrząc na jego reprodukcje. Jest to idealny przykład dla wszelkich teorii braku, jako czynnika wzbogacającego, niedoskonałości jako elementu wartościowego. "Krzyk" na reprodukcji jest tajemniczy i intrygujący, "Krzyk" na żywo jest jedynie bohomazem namalowanym niewprawną ręką malarza, który swoje niechlujstwo nazywa impresjonizmem.

Co więcej, nie dotyczy to tylko "Krzyku". Dotyczy to w zasadzie wszystkich obrazów prezentowanych na wystawie. Nie ma cienia artystycznej doskonałości VanGogha czy Wyspiańskiego. Jedna jedyna "Madonna" broni się znakomicie, a jest to obraz, który na reprodukcjach nie poruszył mnie wcale. Natomiast na żywo prezentuje się doskonale, stanowi arcydzieło, na którym każde pociągnięcie pędzla ma znaczenie i estetyczną wagę. I to było równie wielkie zaskoczenie, które zrównoważyło estetyczne odczucia z tej wystawy.


1894-95 - Edward Munch - Madonna - olej na płótnie 91 x 70.5 cm

Na koniec pokażę jeszcze cztery obrazy, które zatrzymały mnie choć na chwilę. Tak jak w przypadku "Madonny" ograniczenia reprodukcji nie wzbogacają doznań, natomiast w oryginale maja w sobie to coś, co sprawia, że dostrzegający wzrok zaczyna szukać racjonalno-estetycznego uzasadnienia dla specyficznego rodzaju przeczucia jakie rodzi dostrzegany widok.


1919 - Edward Munch - Autoportret (w rozpaczy) - olej na płótnie 151 x 130 cm


1897 - Edward Munch - Pocałunek - olej na płótnie 99 x 81 cm


1895-1902 - Edward Munch - Wampir - drzeworyt w połączeniu z litografią 38.5 x 55.3 cm

Poniższy "Żółty bal" bawi się perspektywą, co jest dostrzegalne z wiekszej odległości. Gdy patrzymy na obraz pod kątem z lewej strony to bal leży w innym kierunku niż gdy będziemy go obserwować ze strony prawej. Stara sztuczka, stosowana w średniowieczu przy malowaniu kolumn w kościołach oraz sprawiająca, że portretowana osoba wodzi za nami oczami.


1911-12 - Edward Munch - Żółty bal - olej na płótnie 131 x 160 cm

I tyle. Polecić wystawę mogę wszystkim tym, którzy szukają zrozumienia mechanizmów świata sztuki, który nie koniecznie kieruje się artystycznymi wartościami, równie często absorbując dokonania pozaartystyczne, jeśli tylko można to wykorzystać do budowania intratnej legendy. Nie polecam natomiast wystawy tym, którzy szukają estetycznych doznań i dla których negatywna weryfikacja sławnego dzieła jest dojmująco przykra. Najlepszym podsumowaniem wrażenia wywartego przez całość zbiorów jest zacytowane przez Gośkę zdanie z Gombrowicza: "no jak zachwyca, jak nie zachwyca"...

2 komentarze:

  1. Ja też z drżeniem serca - będąc w Oslo - czekałam na moment kiedy zobaczę oryginalny "Krzyk" (no bo skoro reprodukcja wywołuje takie wrażenie,to oryginał musi zwalać z nóg!!). I też doznałam rozczarowani a. Te obrazy,które pokazujesz na zdjęciach-zwłaszcza "Madonna"-są rzeczywiście najciekawsze,ale zapomniałeś jeszcze o jednym..To portret Dagny Przybyszewskiej! Mnie się bardzo podobał!! Kobieta utkana z mgły...

    OdpowiedzUsuń
  2. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń

 


Igor Czajka - Copyright 2008. Wszystkie Prawa Zastrzezone.

mail do autora - Igor Czajka