aktualizacja w weekendy ;-)

wtorek, 24 marca 2009

Ravi Desappriya - nasz drugi kierowca

Po powrocie do Kandy i niesympatycznej rozmowie o kierowcy w hotelu Sharon Inn, już po zmroku zarzuciliśmy plecaki na plecy i poszliśmy szosą w dół. Gdyby spojrzenie mogło zabijać, nie mógłbym spisywać teraz tych wspomnień. Kierowca też był świadomy niemocy swojego wzroku, więc dwa dni później przysłał nam zabójczo brzmiącego sms-a. Ten jednak też nic nam nie zrobił. Doskonale rozumiem rozgoryczenie tego kierowcy, który działał pewnie dokładnie tak, jak ustalił ze swoim szefem. Pech sprawił, że turyści trafili na żonę szefa, która jako Europejka nie była w stanie zrozumieć niuansów trudnego turystycznego biznesu i wściekła się na męża, który odreagował na bogu ducha winnym pracowniku. No ale trudno. Życie to nie bajka i tak jak teraz kryzys dotyka wszystkich, tak ta sytuacja też nie była przyjemna dla nikogo.

Minęliśmy ze dwa małe hoteliki i zatrzymaliśmy się przy bardzo ładnym domu, gdzie z werandy zapraszała nas cała rodzina. Pokój ładny i czysty, zostajemy. Teraz tylko trzeba znaleźć samochód. Okazuje się, że Ravi, kuzyn właścicielki, który akurat u niej gości, ma terenowy samochód i może nas zawieźć gdzie chcemy, jeśli nie przeszkadza nam to, że jest to odkryty samochód, w którym trochę wieje. To nie jest dla nas problemem, jednak cena za dzień, zbliżona do ceny poprzedniego samochodu, nie zadowala nas i po zostawieniu bagaży idziemy szukać innego samochodu. Niestety, inne samochody nie były tańsze. Gdy wróciliśmy, kierowca ciągle czekał na naszą decyzję. W końcu wytargowaliśmy dla równego rachunku 5 tys. rupii (ok. 40$) za całodzienna wycieczkę i przystąpiliśmy do ustalania harmonogramu.

Pochyliliśmy się nad mapą, by wynegocjować najlepszą trasę. Chcieliśmy zobaczyć sierociniec dla słoni, ogród botaniczny i dojechać do Nuwara Eliya. Ogród botaniczny otwierają dopiero o dziewiątej. A w sierocińcu o dziesiątej rano jest karmienie słoni. Ogród botaniczny jest po drodze do sierocińca, jednak pojechanie najpierw do sierocińca, a następnie do ogrodu kolosalnie wydłuża trasę. Nie chcemy olać ogrodu, więc w końcu z ciężkim sercem Ravi zgadza się na nadłożenie drogi. Jednak żeby dotrzeć do Newara Elya przed zmrokiem, musimy powinniśmy wyjechać z Kandy o 6 rano.
- O rany tak wcześnie! - jęknęła Gośka.
- No to właśnie dobrze - zdziwił się Ravi - przecież rano najlepiej się podróżuje! Jeszcze nie jest gorąco, jest przyjemnie rześko i to jest najlepszy czas na podróżowanie!

Ravi nie dość, że z problemu potrafił zrobić zaletę, to wykazywał się zakorzenionym głęboko w duszy pacyfizmem. Podczas rozmowy fruwały wokół nas stada owadów, przyciągnięte światłami domu. Zarówno Gośka jak i ja odruchowo klepaliśmy małe muszki, które siadały nam na rękach. Ravi starał się nie reagować, ale w końcu nie wytrzymywał i przerywał rozmowę delikatnymi prośbami:
- Don't kill them! Don't kill them! One nie zrobią ci krzywdy, zobacz - i mówiąc to nadstawiał palec, by chodzące po stole muszki mogły na niego wejść. Pokazywał nam w ten sposób, że te muszki naprawdę są nieszkodliwe i też chcą żyć, i żebyśmy im żyć pozwolili. Bardzo nas tym ujął i wspominamy to ze śmiechem do dzisiaj, gdy pojawia się w okolicy jakaś biedronka albo inny pająk.



Z Ravim spędziliśmy cały dzień, nigdy nie zaoponował gdy chcieliśmy się gdzieś zatrzymać, albo jeszcze coś zobaczyć. Do Nuwara Eliya dojechaliśmy późnym wieczorem, a facet musiał jeszcze wrócić do Kandy. Nie usłyszeliśmy jednak cienia skargi. Ravi poprosił nas jedynie, aby opowiedzieć o nim naszym znajomym i reklamować jego stronę internetową. Jeśli będziecie chcieli zrobić sobie wycieczkę nie tylko wokół Kandy, ale jakiś dłuższy trekking po licznych lankijskich parkach narodowych - z całym sercem mogę polecić Raviego, którego uczynność, cierpliwość i uprzejmość gwarantuje naprawdę duży komfort: http://www.srilankatrekking.com

0 komentarzy:

Prześlij komentarz

 


Igor Czajka - Copyright 2008. Wszystkie Prawa Zastrzezone.

mail do autora - Igor Czajka