aktualizacja w weekendy ;-)

piątek, 23 stycznia 2009

Sri Lanka - przygody z kierowcą

Nie wspominałem chyba jeszcze o naszych przygodach z kierowcą? Kierowca, którego wynajęliśmy, by objechać tzw. Lankijski Złoty Trójkąt był bardzo uprzejmy. Śmiesznie mówił po angielsku przeciągając każdą sylabę, jakby się zastanawiał nad każdym następnym słowem, namyślając się, czy to, co chce powiedzieć, to na pewno właściwe słowo. Było to trochę męczące, ale i tak miał nade mną spora przewagę: on mówił po angielsku, co w moim przypadku jest prawie niemożliwe ;-)

Plan był taki, że chcemy spać blisko sigirijskiej skały. Wyszukaliśmy w przewodniku kilka hoteli niedaleko "centrum" miejscowości i poprosiliśmy, by nas tam zawiózł. Kierowca, gdy usłyszał nazwę hotelu Flower Inn, zrobił przestraszoną minę i ostrzegł nas, żebyśmy absolutnie nie jechali do tego hotelu, bo tam mają bardzo złe jedzenie, które specjalnie jest zepsute, by chorzy turyści zostali w hotelu kilka dni dłużej. Nie mieliśmy powodu mu nie wierzyć, jednak lubię jednak na własne oczy przekonać się co to znaczy brudny hotel. Tym bardziej, że po przybytkach w środkowych Indiach już chyba niewiele rzeczy jest nas w stanie zniechęcić. Kierowca zaproponował, że zawiezie nas do innego hotelu, gdzie nie jest tak blisko centrum, w którym i tak nic nie ma, za to jest bardzo dobre jedzenie.

OK. Zatrzymaliśmy się po drodze, jakieś 10 km przed Sigiriją. Obejrzeliśmy. Standard był taki sobie, ceny również, więc stwierdziliśmy, że chcemy zobaczyć jeszcze cos innego. Zajechaliśmy do drugiego hotelu i było tam bardzo podobnie. OK. Wiemy jak jest w miejscach proponowanych przez kierowcę, zatem chcemy pojechać do Sigiriji, tym bardziej, że potrzebowałem dość pilnie zajrzeć do Internetu, a w centrum podobno była kafejka. Kierowca niestety zrozumiał, lub udał, że tak zrozumiał, że chcemy jeszcze dzisiaj wejść na skałę. Przejechaliśmy obok jednego hotelu, przejechaliśmy obok kafejki, a na znak protestu kierowca powiedział że to nie tutaj. Trochę zbaraniałem, ale dobrze. Gdy zaczął wjeżdżać na teren pałacowych ruin powiedzieliśmy stop.

- Gdzie my właściwie jedziemy?
- No do wejścia, przecież chcecie dzisiaj wejść skałę?
- Nie, my chcieliśmy wstąpić do hotelu Nilmini Lodge, który minęliśmy po drodze!
- Ale to jest ta sama firma, co ten hotel Flower Inn, o którym mówiłem, oni tam trują jedzenie!
- Ale ja chce zobaczyć ten hotel, poza tym potrzebuję Internet!
- Ale tam Internet nie działa i trują jedzenie!
- A nie możesz nas tam zawieźć?
- Mogę, ale tam jest nieczynne i trują jedzenie i nie należy tam wchodzić! Teraz jedziemy do wejścia, bo przecież mówiłeś, że chcecie dzisiaj zobaczyć Sigiriję!

W tym momencie byliśmy już tak zagotowani, że machnęliśmy ręką i kazaliśmy się zawieźć w cholerę do tego drugiego oglądanego hotelu. Tam było w miarę znośnie, a my byliśmy już tak głodni, że przestawaliśmy myśleć. Niestety, to nie był koniec. Na miejscu okazało się, że kuchnia jest już zamknięta i nie dostaniemy nic do jedzenia. Kierowca stwierdził, że w tym pierwszym hotelu można na pewno zjeść, więc zostawiliśmy tu rzeczy i podjechaliśmy na jedzenie. Na szczęście nie było daleko.

Hotel, w którym ostatecznie zostaliśmy:


Czekając na obiad postanowiliśmy poprosić kierowcę, by podwiózł nas ostatniego dnia, oprócz Arunadhapury, jeszcze do oddalonego o 10 km Mihintale oraz do Ridigamy, gdzie także trzeba było zboczyć z drogi o ok. 20 km. Samochód mieliśmy wynajęty na określony czas, a nie na kilometry, więc wydawało się to nie być problemem. Niestety było. Według kierowcy te dwa punkty oznaczały nadrobienie kilkudziesięciu kilometrów drogi, a umawialiśmy się na określone miejsca przed podróżą, które to miejsca zostały rzeczywiście pracowicie wypisane na kartce. Dodatkowy program wycieczki wymaga dopłacenia 5000 rupii (za jeden cały dzień płaciliśmy tyle) ale w ramach promocji on nas tam zabierze po zapłaceniu tylko 3000 rupii. Zdębieliśmy.

Przed podróżą właściciel samochodu chciał od nas całą kasę z góry. Na to nie mogliśmy się zgodzić, a facet opowiadał nam o honorze, o tym, że autor przewodników LonelyPlanet był u niego w hotelu Sharon Inn i w przewodniku wypisane są dla niego podziękowania, że on jest solidną firmą i że na Sri Lance wszędzie tak jest, że płaci się z góry. Nie mogliśmy z tym polemizować, bo był to pierwszy samochód, który wynajmowaliśmy. Jednak zgodzić się na to też nie było można. W końcu stanęło na tym, że za dwa dni zapłacimy teraz, a za jeden dzień po powrocie. Chcemy później jechać jeszcze dalej z Kandy do Nuwara Eliya, ale o tej wycieczce zdecydujemy po powrocie. Jednak w perspektywie był jeszcze jeden dodatkowy dzień wynajęcia tego samochodu. Chcieliśmy się powołać na wszystkie gadki o solidności, więc Gośka zadzwoniła zgodnie z sugestią kierowcy do szefa. Niestety, najpierw nie mógł rozmawiać, później nie mail czasu, a na koniec rzucił słuchawką. Faktycznie niezwykle solidna firma!

No dobrze, to wiemy na czym stoimy, jakakolwiek współpraca jest niemożliwa. Reszta podróży przebiegała w coraz gęściejszej atmosferze. Chcieliśmy by kierowca zatrzymał się w jakiejś przydrożnej knajpie gdzie będzie dużo ludzi (gwarancja dobrego jedzenia), więc zatrzymał się w jakimś przeraźliwie brudnym lokalu, gdzie much i komarów było tyle, że trudno było rozmawiać, nie mówiąc o jedzeniu. Gdy pokazywaliśmy po drodze jakieś miejsce, gdzie chcieliśmy, aby się zatrzymał, facet stwierdzał, że to jeszcze nie tutaj i jechał dalej. Bod koniec podróży mieliśmy serdecznie dość i kierowcy i jego szefa, o czym nie omieszkaliśmy po powrocie powiedzieć jego żonie (szef akurat był "nieobecny"). Żona lojalnie zwaliła wszystko na nieporozumienia komunikacyjne z kierowcą i przeprosiła nas w imieniu męża. Zabraliśmy plecaki i poszliśmy do sąsiedniego hotelu prowadzonego przez niezwykle sympatyczna rodzinę. Syn właścicielki miał terenowy samochód, którym zawiózł nas do Newara Eliya. O tym będzie później.

Finał sprawy był taki, że tydzień później dostałem z nieznanego numeru sms na mój lankijski telefon o dziwnej treści: „Poland people very fucking bad idiat mad pepole get out sri lanka. Future time kiled for lady. COLOMBO THAK”. Tylko dwie osoby na Sri Lance znały ten numer telefonu: nasz kierowca i jego szef...

;-)

2 komentarze:

  1. Fajna historia ;)
    Pozdrawiam.
    Marta

    OdpowiedzUsuń
  2. Teraz jest już śmiesznie, ale co się nastresowalismy to nasze ;-)))))

    OdpowiedzUsuń

 


Igor Czajka - Copyright 2008. Wszystkie Prawa Zastrzezone.

mail do autora - Igor Czajka