aktualizacja w weekendy ;-)

wtorek, 8 grudnia 2009

Muzeum Muncha w Oslo

Norwegia - jakoś przyblokowałem się po tej podróży. Może blokadę spowodowało trzytygodniowe napięcie za kierownicą samochodu? Bo przecież nie nadmiar wrażeń natury estetycznej? W bardziej egzotycznych regionach oprócz przyrody atakowała nas egzotyka odmiennej kultury. W Norwegii praktycznie nie mieliśmy do czynienia z kulturą, poza niemieckimi i holenderskimi camperami okupującymi każdy możliwy parking. Przyroda też, pomimo że nieco inna, to jednak niezbyt różniła się od tego co można zaobserwować zimowych górach. Być może blokada wcale nie została spowodowana czerwcowym wyjazdem, lecz natłokiem rzeczy, które spadły na ramiona moje tuż przed wyjazdem jak i długo po nim? W zasadzie do dzisiaj ten stan permanentnego narastania problemów do rozwiązania trwa nieprzerwanie, rozszerzając się niczym wszechświat aż do ponownego BigBangu, który będzie końcem wszystkiego i wszystkiego początkiem. Tajemnica pozostanie nierozwiązana, bo przestałaby być tajemnicą, zatem nie pozostaje nic innego jak skomentować nieco szerzej kilka zdjęć, które pozostały po podróży.

( Tak swoją drogą, to nawet nie zauważyłem, kiedy minęło te pół roku. Znamienne też, że nikomu nie przeszkadzała moja tutaj nieobecność ;-) )

Zanim jednak przejdę do fotorelacji, pozwolę sobie na dwa słowa na temat Muzeum Muncha, które odwiedziliśmy w Oslo. Jestem zapalonym fanem słynnego "Krzyku". Jest to dla mnie obraz genialny, który z biegiem czasu stał się ikoną popkultury, przez co stracił swoją wagę jako dzieło sztuki, zyskując sławę celebryty (a co!). Reprodukowany na znaczkach pocztowych, okładkach, przetwarzany przez niezliczona liczbę artystów, przerabiany na tysiące sposobów, dla mnie ma jakąś tajemniczą moc, która sprawia, że jest mi bliski niczym najlepszy przyjaciel, który rozumie i czuje to co mówię o moich emocjach. Lęk i przerażenie światem obok spokoju przechodniów, piekło rozgrywające się na niebie i dookoła widoczne tylko dla centralnej postaci, przenikający do szpiku rzeczywistości krzyk, którego nikt nie słyszy. Można by tak pisać bez końca, nie odkrywając niczego, co nie byłoby wcześniej opisane. Być w Oslo i nie zobaczyć "Krzyku" na żywo byłoby świętokradztwem.


1893 - Edward Munch - Krzyk - olej, tempera i pastel na kartonie 91 x 73.5 cm

Trudno było odnaleźć muzeum, które było poza mapką zamieszczona w przewodniku, w końcu jednak się udało. Bilety, bramki, klimatyzacja; obrazy. W miarę zdobywania kolejnych eksponatów w zimnej kolekcji wrażeń przepełniam się coraz większą blazą. Jednak rozczarowanie jakiego doświadczyłem po wyjściu z muzeum Muncha było jednym z większych rozczarowań, jakie miałem w życiu. Nie dziwię sie wcale łatwości, z jaką złodzieje parę lat temu wynieśli z muzeum słynny "Krzyk". Ten obraz na żywo niestety nie ma w sobie nic z całej głębi, którą przeczuwamy patrząc na jego reprodukcje. Jest to idealny przykład dla wszelkich teorii braku, jako czynnika wzbogacającego, niedoskonałości jako elementu wartościowego. "Krzyk" na reprodukcji jest tajemniczy i intrygujący, "Krzyk" na żywo jest jedynie bohomazem namalowanym niewprawną ręką malarza, który swoje niechlujstwo nazywa impresjonizmem.

Co więcej, nie dotyczy to tylko "Krzyku". Dotyczy to w zasadzie wszystkich obrazów prezentowanych na wystawie. Nie ma cienia artystycznej doskonałości VanGogha czy Wyspiańskiego. Jedna jedyna "Madonna" broni się znakomicie, a jest to obraz, który na reprodukcjach nie poruszył mnie wcale. Natomiast na żywo prezentuje się doskonale, stanowi arcydzieło, na którym każde pociągnięcie pędzla ma znaczenie i estetyczną wagę. I to było równie wielkie zaskoczenie, które zrównoważyło estetyczne odczucia z tej wystawy.


1894-95 - Edward Munch - Madonna - olej na płótnie 91 x 70.5 cm

Na koniec pokażę jeszcze cztery obrazy, które zatrzymały mnie choć na chwilę. Tak jak w przypadku "Madonny" ograniczenia reprodukcji nie wzbogacają doznań, natomiast w oryginale maja w sobie to coś, co sprawia, że dostrzegający wzrok zaczyna szukać racjonalno-estetycznego uzasadnienia dla specyficznego rodzaju przeczucia jakie rodzi dostrzegany widok.


1919 - Edward Munch - Autoportret (w rozpaczy) - olej na płótnie 151 x 130 cm


1897 - Edward Munch - Pocałunek - olej na płótnie 99 x 81 cm


1895-1902 - Edward Munch - Wampir - drzeworyt w połączeniu z litografią 38.5 x 55.3 cm

Poniższy "Żółty bal" bawi się perspektywą, co jest dostrzegalne z wiekszej odległości. Gdy patrzymy na obraz pod kątem z lewej strony to bal leży w innym kierunku niż gdy będziemy go obserwować ze strony prawej. Stara sztuczka, stosowana w średniowieczu przy malowaniu kolumn w kościołach oraz sprawiająca, że portretowana osoba wodzi za nami oczami.


1911-12 - Edward Munch - Żółty bal - olej na płótnie 131 x 160 cm

I tyle. Polecić wystawę mogę wszystkim tym, którzy szukają zrozumienia mechanizmów świata sztuki, który nie koniecznie kieruje się artystycznymi wartościami, równie często absorbując dokonania pozaartystyczne, jeśli tylko można to wykorzystać do budowania intratnej legendy. Nie polecam natomiast wystawy tym, którzy szukają estetycznych doznań i dla których negatywna weryfikacja sławnego dzieła jest dojmująco przykra. Najlepszym podsumowaniem wrażenia wywartego przez całość zbiorów jest zacytowane przez Gośkę zdanie z Gombrowicza: "no jak zachwyca, jak nie zachwyca"...

wtorek, 9 czerwca 2009

Na północ! - Norwegia

Miałem napisać coś o wyprawie na krańce świata, podróży do ojczyzny Wikingów, którzy rzekomo przynieśli nam zręby państwowości; miałem napisać o powstających z kolan trollach, przez wieki przygniecionych ciężarem lodowców, a teraz niczym wieloryb wynurzających się z morskich otchłani rozgrzewanych ożywczym tchnieniem Golfsztromu. Miałem, ale zabrakło mi czasu. Jutro z rana wyjeżdżam i muszę kończyć przygotowania.

Jak zwykle już zapraszam do obserwacji podróży do Norwegii na blipie. Jeśli zasięg i możliwości naładowania komórki mi pozwolą oczywiście. Raczej nie będziemy szukać elektrycznego gniazdka.

Do zobaczenia za trzy tygodnie!

wtorek, 2 czerwca 2009

Mariusz Szczygieł - Gottland

Czesi nie mają u nas dobrej prasy. I nie chodzi mi o ich prezydenta, czy inne aktualne sprawy. Chodzi mi o to, że pepiki widziani są u nas jako oportuniści oddający bez jednego wystrzału swoje ziemie i swoją wolność. Tak, pod tym względem są nietypowymi Słowianami. Wydają się być racjonalni i pragmatyczni aż do bólu. A raczej na granicy bólu. Tak żeby jak najmniej bolało.

Zbiór reportaży Mariusza Szczygła dość drastycznie psuje ten obraz. Zdajemy sobie w trakcie lektury sprawę z tego, że czeska walka z rzeczywistością prowadzona jest na śmierć i życie na nieco innych poziomach. Obecne przygody Wałęsy zdają się być niewinną igraszką w porównaniu z tym, co musieli przechodzić Czesi w trakcie swojej historii. Opowiedziane bez emocji historie kilkunastu osób chwytają za gardło dopiero po zamknięciu książki. Terror strachu i bezsens codzienności obezwładnia jak kolejny ślepy korytarz labiryntu.

Oczywiście można czynić porównania, można znowu zacząć się licytować na krzywdy i porażki jak stare babcie w lekarskiej poczekalni. Można jednak także zatrzymać się na chwilę na szarej mgle pozornie spokojnej czeskiej egzystencji i... nic nie powiedzieć. Głos więźnie w gardle, ale nie z powodu poruszenia tragedią, paraliżu wzruszenia czy z powodu drastyczności opisu. Duszna atmosfera czeskiego świata lat komunizmu odkłada się w czytelniku jak THC trzymając jeszcze długo po odstawieniu książki na półkę.

Nie spodziewałem się po Mariuszu Szczygle takiego tekstu.

Mariusz Szczygieł, "Gottland"

piątek, 29 maja 2009

Pociągiem do Ella

Z Nuwara Eliya trzeba najpierw autobusem podjechać kilka kilometrów do Nanu-Oya. Z Nanu-Oya odchodzi pociąg do Ella. Wszystkie przewodniki oraz pan w informacji turystycznej w Colombo zachwalali kolejową trasę ze stolicy do Kandy. Nic to! Droga z Nanu-Oya do Ella to najpiękniejsza kolejowa trasa, jaką jechaliśmy w życiu! Tory kolejowe wiją się po porośniętych dżunglą stromych górach, co chwila wpadamy w kolejny krótki tunel, przejeżdżamy przez wiszący nad głęboką doliną potężny most. Na malutkich stacyjkach wsiadają i wysiadają kolorowi ludzie. Bajka.


Z okien pociągu rzadko jest daleki widok. Horyzont jest z reguły zasłonięty mgłą. Pomiędzy kolejnymi tunelami przejeżdżamy przez odmienne światy. Każda dolina sprawia wrażenie, jak by była porośnięta zupełnie inną roślinnością. Mijamy wielkie drzewiaste paprocie i całą masę niezidentyfikowanych gatunków egzotycznych drzew. Czekałem tylko, kiedy zobaczę za którymś krzakiem głowę jurajskiego gada...


Z dżungli wyjeżdżamy znowu na herbaciane plantacje. W oddali widać kolejne kolorowe ubrania zbieraczek, czasem idą wzdłuż torów wracając do domu z koszami herbaty na plecach.


To była magiczna droga.

wtorek, 26 maja 2009

Pola herbaciane

Nie pojechaliśmy w końcu na Pik Adama. Nie starczyło czasu i energii. Nie było dobrego połączenia. Wszystkie znaki nam mówiły „odpuśćcie sobie”. No to sobie odpuściliśmy. Wybraliśmy się zamiast tego na okoliczne plantacje herbaty. Malownicze wzgórza porośnięte równo przystrzyżonymi krzakami, których liście zaparzamy sobie niemal codziennie. Byłem zaskoczony jak grube są to liście! Podobnie jak byłem zaskoczony paroma innymi informacjami.


Mianowicie herbata rośnie na dużych wysokościach. Im wyżej - tym lepsza. Takie z wysokości 1200-1500 m npm. to najpośledniejsze gatunki. Te rosnące i zbierane powyżej 2000 m npm. są najlepsze. Oglądane na zdjęciach we wszystkich folderach reklamowych, pięknie ubrane w kolorowe sari kobiety zbierające z uśmiechem na ustach młode listki herbaty, w rzeczywistości należą do najbiedniejszej grupy społecznej na Sri Lance. Większość z nich to Tamilki, które przyjechały z Indii kontynentalnych na przełomie XIX i XX stulecia. Do dzisiaj ich status niewiele się poprawił.


Niewątpliwie domy na plantacjach wyglądają dużo lepiej niż w środkowych Indiach, a mieszkańcy nie wyglądają na beznadziejnie zrozpaczonych, niemniej taki widok jak na powyższym zdjęciu nie należy do rzadkości, a raczej stanowi normę.


W fabryce Pedro Estate, ponoć najstarszej na całej wyspie, zaopatrzyliśmy się w herbatę w fabrycznym sklepiku. Niestety nie udało się obejrzeć ponad stuletnich, ciągle działających maszyn, bo była niedziela, ale i tak widoki wokół fabryki nie należały do brzydkich...

wtorek, 19 maja 2009

Planet Doc Review - filmy

Festiwal filmów dokumentalnych dobiegł końca. Ponad setka filmów, więc jak sobie wyrobić zdanie? Trzeba dokonać wyboru, zdając się trochę na przypadek, trochę na czubek nosa, jak podczas podróży autostopem – nigdy nie wiesz gdzie dojedziesz, choć cel rzekomo obrany. Zatem dobry los, który nie jest przyjacielem bezczynnych, obdarował nas kilkoma filmami, które warto zapamiętać oraz kilkoma, o których spokojnie można zapomnieć. Nie było filmu, który mógłbym wyróżnić jako zdecydowanie najlepszy, zatem pozwolę sobie na, w oczywisty sposób subiektywny, przegląd tego co zobaczyłem.

Zasmakuj ubóstwa” to zrobiony przez narcystycznego Holendra film o największym bogactwie naturalnym Afryki: ubóstwie. Myśleliście kiedyś w ten sposób o tym zjawisku? Międzynarodowa pomoc docierająca do państw afrykańskich stanowi nieraz największy procent dochodu narodowego tychże państw. Niestety, w interesie wielu organizacji, zarówno finansowych, jak i charytatywnych, jest... utrzymywanie tam biedy. Bank Światowy co prawda udziela Kongu pożyczki, ale pomoc uzależnia od zgody tamtejszego rządu na wydobywanie diamentów przez międzynarodowe korporacje. Zysk zostaje w kieszeniach przedsiębiorców z Europy. Organizacje humanitarne rozdają żywność, ale równocześnie utrzymują armię urzędników i mnożą koszty administracyjne – 70–90 proc. ich budżetów pochłania samo organizowanie „pomocy”. Podobnie jest z siłami ONZ – jaką rolę w środku afrykańskiej dżungli mogą spełniać niemówiący po angielsku Pakistańczycy? Biali farmerzy tworzą gigantyczne plantacje, gdzie robotnicy zarabiają pół dolara na trzy dni. Pracując ponad siły przez wiele lat, nie są w stanie zapewnić pożywienia swoim dzieciom, które umierają na ich oczach (czego świadkiem jest bezradny Martens). Najbardziej szokująca jest postawa Lekarzy bez Granic – w filmie pada sugestia, że oni również czerpią materialne korzyści z pracy w regionie, gdzie życie ludzkie nie ma żadnej ceny. Zarabiają na tym także fotoreporterzy – dzienniki z całego świata wciąż chętnie płacą za zdjęcia trupów bądź zgwałconych kobiet. Co można zrobić dla żyjących w nędzy mieszkańców Afryki? Można próbować ich przekonać, żeby nauczyli się czerpać radość z tego co mają, żeby zaakceptowali swój stan, którego zmienić nic nie może i żeby nauczyli się czerpać dochód ze swojej sytuacji. Jeśli pojedziesz do krajów trzeciego świata powinieneś zawsze płacić za zrobienie egzotycznego zdjęcia głodującego dziecka. Jego fotogenicznie spuchnięty brzuch jest jedynym co ma. Wspomniany na wstępie narcyzm autora, który zbyt często kieruje kamerę na siebie, można odczytać jako zwrócenie uwagi na jeszcze jeden, dość oczywisty i może dlatego nie zawsze pamiętany, aspekt humanitarnej działalności: pomagając nędzarzom kupujesz sobie swoje dobre samopoczucie.

Pozostałe filmy traktujące o biedzie i krańcach cywilizacji nie wybiegły moim zdaniem poza schemat dokumentalnego filmu, który mówi to co wszyscy i tak wiemy: zagłada naszej planety rozgrywa się na naszych oczach. „Na innej planecie” jest zbiorem luźnych scen z tezą. „O wodzie, ludziach i żółtych kanistrach” ogląda się znacznie lepiej, ale i autorzy pracowali pod kierunkiem doświadczonego producenta.

Bardzo ciekawym filmem był dokument „Idź diable precz” pokazujący społeczną rewolucję w afrykańskiej Liberii, gdzie długoletnią wojnę domową zakończył bunt kobiet. W efekcie tyran został obalony, rozpisano wybory, a prezydentem kraju została właśnie kobieta. Niezwykłe jak na afrykańskie realia i bardzo budujące. Powinni ten film pokazywać w objazdowych kinach w Afryce.

Bardzo ciekawy był set azjatycki. Po nudnawej realizacyjnie, choć interesującej tematycznie „Barbie z Damaszku”, wpadliśmy na „Afgańskiego Idola”. Historia czwórki pretendentów dosyć mocno porusza nasze liberalne głowy, uświadamiając jak silne mogą być ograniczenia kultury, w której jesteś wychowany. Zbyt śmiałe podrygiwanie w rytm muzyki jest karygodnym tańcem, a gdy z włosów jednej z uczestniczek spada chustka – jej los w programie jest przesądzony. Grozi jej nawet za to śmierć, ale na szczęście przez najgorętszy okres ukrywa się przed potencjalnymi zamachowcami i dzisiaj dalej śpiewa, choć nie w telewizji a na weselach.

Film „Królowa i ja” w zamierzeniu autorki miał być filmem o żyjącej żonie ostatniego szacha Iranu. Jego dzieje znane są u nas z książki Kapuścińskiego Szahinszach. Historia królowej opowiedziana jest przez jej krajankę, która w młodości uważała się za komunistkę, lecz po rewolucji Chomeiniego szybko rozczarowała się do nowej władzy. Rozczarowanie zostało przypieczętowane śmiercią jej brata, którego powiesili w wieku 17 lat. Wychowana w slumsach nienawidziła szacha, a teraz chciała się dowiedzieć jak po latach zapatruje się na tamto życie była królowa. Jest to zatem historia dwu kobiet, z dwu biegunów społecznej hierarchii. Już samo to jest ciekawe, jednak film pokazuje coś więcej. Pod koniec jego realizacji pomiędzy reżyserka a królową zawiązuje się nić sympatii. Królowa uwodzi rozmówczynię tak samo, jak uwodzi całe otoczenie. W niezauważalny sposób kupuje sobie przychylność uprzejmością. Autorka zdaje sobie z tego sprawę, dzieli się z widzem swoimi wątpliwościami, a jednak nie umie lub nie chce się temu przeciwstawić. Chciałaby wykrzyczeć swoją frustrację i nienawiść, a zdobywa się na delikatne zadanie kilku trudnych pytań na sam koniec. Jest to nie tylko film o żonie Szacha, nie tylko historia kontrastu odmiennych biografii. Jest to także, a może przede wszystkim film o korupcji przychylności za pomocą uprzejmości.

Najbardziej autentycznym filmem tego przeglądu, oczywiście z filmów które widziałem, jest niewątpliwie „Birma VJ”. Niezwykle poruszający dokument nakręcony konspiracyjnie małymi kamerkami video przez Birmańczyków w Birmie. Siatka kilkudziesięciu osób, z kamerami ukrytymi w torbach, kręciła bardzo nieliczne protesty Birmańczyków przeciwko panującej dyktaturze. Jedno-osobowe manifestacje pacyfikowane dosłownie w ciągu 15 sekund. Czasem odnieść można wrażenie, że na ulicy agentów służb bezpieczeństwa jest co najmniej tyle samo co przechodniów. Powoli protest się rozszerza, aż następuje przełom, gdy do gry wchodzą buddyjscy mnisi. Jednak oni również zostaną spacyfikowanie w najbardziej brutalny sposób. Siły rządowe nie cofną się przed strzelaniem ostrą amunicją w demonstrujących duchownych, co zostaje uwiecznione na dysydenckich video-kamerach. Porażający dokument na żywo, który wgniata w fotel, wyciska łzy i zaciska pięści. Polecam wszystkim obrońcom Tybetu, żeby zwrócili uwagę na znacznie gorsze prześladowania niż na Dachu Świata. Birmańczycy nie mają sławnego na cały świat Dalajlamy.

Jako odskocznia od kwestii podnoszących ciśnienie, polecić mogę gorąco film „Inteligentna nagość” traktujący o artystycznej parze: Edward Weston i Charis Wilson. Gdy poznali się w 1934 roku, on był uznanym artystą, a ona – nastolatką czerpiącą pełnymi garściami z życia kalifornijskiej bohemy. Dziś 90-letnia staruszka opowiada ze swadą, humorem i odrobiną nostalgii o najpiękniejszych latach swego życia. Jej nagie portrety to osobny rozdział w dziele Westona. To historia ich 12-letniego związku zaklęta w celuloidowy papier. Fascynacja naturalną cielesnością, mieszaniną niewinności i wyuzdania współgra z wielkim tematem Westona – naturą. To, że historię artysty opowiada jego partnerka i współpracownica, ujawnia nowe treści. Jesteśmy świadkami tego, jak Charis – początkowo tylko modelka i obiekt artystycznej fascynacji – staje się muzą i współtwórcą. Widzimy jak artysta zmaga się z tym, że przedmiot jego sztuki staje się niezależnym podmiotem. Pada pytanie o to, czy po dwóch stronach obiektywu może panować równowaga sił. Oprócz historii głębokiego związku dwójki artystów, dostajemy możliwość dotknięcia tajemnicy. Ze zdjęć wyziera coś, co każdy nazywa inaczej. Jeden z portretów interpretowany jest jako emanacja siły i śmiałości, inny krytyk widzi w nim spokój i zadumę, można w nim zobaczyć zmęczenie i głębię – jedno jest pewne: jest w tym coś, co trudno nazwać, ale można poczuć. Kapitalnie udało się połączyć narrację 90-letniej śwarnej babci z nakręconymi inscenizacjami, które są ustylizowane na kręcone amatorską kamerą sprzed 70 lat. Świetnie ucharakteryzowani aktorzy sprawiają, że widz ma poczucie uczestniczenia w opowiadanych przypadkach niejako z pierwszej ręki, jakby rzeczywiście towarzyszył bohaterom przyjaciel z amatorską kamerą. Pomimo typowego amerykańskiego schematu filmu dokumentalnego z gadającymi głowami w roli głównej dostajemy w prezencie możliwość dotknięcia Tajemnicy. Nie jest to częsty przypadek.

Na koniec wspomnę tylko „Odgłosy robaków - zapiski mumii”, który jest zaprzeczeniem wszystkiego, co stanowiło o wysokiej jakości poprzedniego filmu. W zamierzeniu film o tajemnicy. Film o powolnym i świadomym umieraniu z głodu. Wolna i silna wola spożytkowana na rozstanie się z życiem. Wrażenia z głodówki zapisywane w dzienniku. Powoli coraz silniej zbliżają się do archetypów najróżniejszych kulturowych odniesień. Pojawiają się znaczące sny, pojedyncze postacie, szmer wielu głosów – umierający nie wie czy to halucynacje czy odgłosy tamtego świata. Tuż przed końcem mamy informację białym świetle... Wbity w fotel i zaszokowany religijnymi doświadczeniami ateisty dostaję od reżysera na końcu w głowę demaskacją mistyfikacji: to jest literacka kreacja na podstawie autentycznego faktu. Taki przypadek miał rzeczywiście miejsce. Raz w Japonii, raz w Niemczech. Jednak to, co jest najbardziej istotne w tym wizualnie miałkim filmie – zapis dziennika umierania – okazuje się literackim przetworzeniem. Zatem tekst pozostaje zapisem kulturowej mitologicznej sytuacji, pozbawiony dokumentalnej treści, a ja jako widz czuję się oszukany. Film powinien być pokazywany na festiwalu filmowej poezji eksperymentalnej, a nie na przeglądzie dokumentu. Pełna artystyczna porażka zamykająca dostęp do oceanu interpretacji.

I tyle jeśli chodzi o filmy. O stronie technicznej festiwalu, który pod tym względem przekroczył wszelkie granice braku profesjonalizmu napisałem w poprzednim poście.

piątek, 15 maja 2009

Planet Doc Review - organizacyjna porażka

Zacinające się filmy, niezsynchronizowane napisy i niedziałające mikrofony to znak firmowy festiwali filmowych organizowanych w warszawskiej Kinotece. Wielkie nazwiska, wybitny repertuar, ciekawe osobowości stanowią niezwykły kontrast dla technicznego partactwa. To zdumiewające, z jak wielkim lekceważeniem organizatorzy festiwalu podchodzą do oczywistych wydawałoby się podstawowych spraw technicznych. Można by różnego rodzaju wpadki wytłumaczyć i próbować usprawiedliwiać brakiem doświadczenia, ale festiwale i przeglądy organizowane są już od wielu lat, a poziom i rodzaj problemów wcale się nie zmienia.

Czy naprawdę tak trudno sprawdzić film przed jego puszczeniem? Sprawdzić czy Płyta DVD przywieziona z drugiej półkuli jest prawidłowo odtwarzana w warszawskim odtwarzaczu? Rozumiem zaskoczenie przy jednym z pierwszych filmów, ale jeśli piąty film z rzędu zacina się w tym samym miejscu z powodu nieobsługiwania przez odtwarzacz drugiej warstwy DVD to zakrawa na paranoję! Taki stan rzeczy miał miejsce przy jednym z przeglądów dalekowschodniego kina.

Planet Doc Review nie ustrzega się tych samych, ciągle nierozwiązanych problemów. Napisy pokazują zupełnie co innego niż słowa aktorów. W trakcie niemal każdej dyskusji z reżyserem przestaje działać mikrofon. Gdy już jest przynoszony rzekomo działający, jest nieużywany pomimo protestów anglojęzycznej publiczności, która tez jest zainteresowana wypowiedziami gościa. Wygląda to wszystko tak, jak by organizatorzy zatrudnili przypadkowych przechodniów, którzy posługują się sprzętem kupionym na pchlim targu. Doprawdy położone w świetnym miejscu kinowy kompleks kulturalny, ze świetnymi pomysłami i znakomitym repertuarem mógłby naprawdę odrobinę zadbać także o te bardziej przyziemne organizacyjne sprawy. Kwestie finansowe nie mają tu nic do rzeczy. Jeśli tani bezprzewodowy mikrofon nie działa można użyć pięciokrotnie tańszego mikrofonu kablowego z odpowiednio długim kablem. Żeby zsynchronizować napisy z filmem trzeba po prostu go wcześniej obejrzeć, a synchronizacji może dokonać osoba z minimalna znajomością obsługi komputera.

Pokonanie tych pozornie nieprzekraczalnych trudności jest możliwe. Udowadnia to za każdym razem inny polski festiwal Nowe Horyzonty, którego pokazy zawsze są dopięte na ostatni guzik, obojętnie czy odbywają się w warszawskim Muranowie, czy dalekim Cieszynie. Natomiast o fakcie, że w kinotekowym barku od jakiegoś czasu nie można dostać ani kawy ani żadnego innego batonika - wspominać o tym w powyższym kontekście chyba nie warto...

wtorek, 12 maja 2009

Bucharskie wesele

Poprzedniego dnia wieczorem Marcin dogadał kierowcę, który miał nas zawieźć do Samarkandy. Droga miała zająć około pięciu godzin, więc umówiliśmy się na 13:00. Do tego czasu mieliśmy jeszcze trochę czasu dla siebie. Z samego rana poszliśmy więc zwiedzić Ark od środka. Łapani przez „przewodników”, okręcani na wszystkie możliwe strony przez bileterki, zaczepiani przez nachalnych sprzedawców pamiątek przeszliśmy w końcu przez piekielna bramę, która z zewnątrz wyglądała na opustoszałą. Wrażenie było mieszaniną przeczucia atmosfery inicjacji starożytnej karawany oraz typowego sowieckiego siermiężnego naciągania.

Twierdza wewnątrz zrobiła na mnie dość przygnębiające wrażenie. Oprócz niewielkiego dziedzińca nad bramą i kilku niewielkich zaułków nie było tutaj nic. Nie chodzi przy tym o to ze nie było nic ciekawego. Nie było nic! Za rzędem budynków mieszczących muzeum Buchary był goły plac. Bez żadnych ruin, bez pozostałości, po prostu plac nierównej ziemi wypełniający szczelnie mury obronne twierdzy. Wewnątrz muzeum oprócz licznych klasycznych eksponatów przedstawiających broń, instrumenty muzyczne i inne przedmioty codziennego użytku obejrzeć można było także ciekawe fotografie. Oto piękna kolorowa fotografia rodziny emira Buchary, albo dzieci słuchających z uwaga starego nauczyciela. Patrząc na te niezwykle wyraźne fotografie można sobie było uświadomić jak niedawno odszedł ten świat środkowoazjatyckiej cywilizacji. Inna, pochodząca z początków XX wieku fotografia, umieszczona przy samym wejściu, przypominała dlaczego nie wolno lekceważyć „bratniego” rosyjskiego narodu. To wtedy powstały widoczne do dzisiaj uszkodzenia welesetletnich bucharskich zabytków.

Oglądając po drodze liczne i wszechobecne stragany, facetów tkających słynne bucharskie dywany, pamiątki po czasach dawnych i tych właśnie dopiero co minionych, dotarliśmy do najstarszego meczetu w mieście, a może i w całej Centralnej Azji - Maghoki-Attar. Ponoć miejsce to stanowiło trzon Buchary już na początku ery sogdyjskiej, czyli w okolicach piątego wieku przed nasza erą. Później była tu świątynia buddyjska, zastąpiona około piątego wieku naszej ery przez świątynię zoroastryjską. Gdy Arabowie najechali te tereny około ósmego wieku, świątynia Zaratustry została zniszczona, a na tym miejscu powstał meczet. Jedne źródła podają że stało się to w X, inne że dopiero w XII wieku. Niepozorny z zewnątrz budynek mieści dzisiaj muzeum dywanów, które wygląda jak zwykły sklep. Dla niewprawnego oka wrażenie robi poziom posadzki umieszczony około dwu, a może i trzech metrów poniżej poziomu gruntu na zewnątrz. Gruby osad historii.

Po krótkim odpoczynku przy posiłku na naszym ulubionym placu, poszliśmy zobaczyć jeszcze Char Minar, czyli malutki meczet z czterema minaretami. Po drodze natknęliśmy się na dziwne zbiegowisko, które okazało się przygotowaniami do wesela. Najpierw grupa kolorowo ubranych kobiet, każda z zawiniątkiem w ręku. Pomiędzy nimi skołowana panna młoda. Nieco dalej, ale osobno, grupa mężczyzn w garniturach i uzbeckich czapkach na głowach przygotowywała pana młodego. Trochę postaliśmy, ale ponieważ długo się nic nie działo, poszliśmy dalej szukać poczwórnego minaretu. Gdy wracaliśmy trafiliśmy akurat na wejście gości do domu weselnego. Przy akompaniamencie lokalnych instrumentów, w sporym zgiełku odbywały się dziwne rytuały, których znaczenie próbowaliśmy odszukać w zagrzebanych głęboko w pamięci przedwyjazdowych lekturach. Ludzie byli bardzo serdeczni, roześmiani i usilnie starali się nas zaprosić do stołu. Doszło do tego, że weszliśmy do środka, ale na posiłek już nie chcieliśmy zostać. Stoły wcale nie były zbyt suto zastawione, ot trochę bogatsza impreza. To co było najważniejsze, to wspólny udział w licznych obrzędach, których nie będę tutaj opisywał. Można bowiem o wszystkim przeczytać w znakomitej książeczce „Życie codzienne w Samarkandzie”, którą niedługo osobno opiszę.

Poniżej nakręcony aparatem fotograficznym rzut ogólny na "salę weselną" wraz z akompaniamentem grajków witających wchodzących za chwile gości:


Char Minar był natomiast mocno rozczarowujący. Malutki budynek, z umieszczonym wewnątrz sklepem pamiątek. Najciekawszy był spacer wąskimi uliczkami Bucharskiej starówki, gdzie trudno spotkać jakiegoś turystę, za to można przypadkowo nadziać się na uzbeckie wesele.

Znalazłem jeszcze stronkę, gdzie można obejrzeć sobie panoramy Bucharskich zabytków.

piątek, 8 maja 2009

Na targu w Nuwara Eliya

Nasz hotel w Nuwara Eliya był chyba najbardziej wypasionym hotelem, w jakim spaliśmy w trakcie tej podróży. Urządzony w kolonialnym stylu, z kominkiem (którego jednak nie rozpaliliśmy, choć w nocy było całkiem chłodno!) z zewnątrz nie sprawiał wrażenia jakiegoś najwyższego standardu. Właściciel był całkiem miły, czuliśmy zresztą do niego wdzięczną sympatię, z powodu ratowania z opresji naszego kierowcy.


Wieczorem zaczynało się chmurzyć, ale poranek znowu był słoneczny. Poszliśmy zjeść śniadanie do miasta. Trafiliśmy do knajpy, gdzie wszyscy klienci patrzyli na nas jakbyśmy mieli co najmniej zielone czułki zamiast uszu. Energiczny "kelner" nakładał ręką na metalowe talerze grube naleśniki. Do tego dostaliśmy miseczki z porządnie ostrymi sosami i po butelce coli. Cena, podobnie jak standard była miejscowa. Za śniadanie dla dwu osób zapłaciliśmy 130 rupii czyli nieco ponad 1$. Był to chyba nasz najtańszy posiłek. Po śniadaniu poszliśmy sprawdzić dalsze połączenia i przespacerować się po okolicy. Trafiliśmy na miejscowy bazar, gdzie weseli sprzedawcy machali do nas byśmy zrobili im zdjęcie.


Na rozłożonych na ziemi straganach było mnóstwo różnych warzyw i owoców, z których rozpoznawaliśmy tylko niektóre. Kilka rodzajów krótkich bananów, dziwnie wyglądająca cebula, ananasy czy kokosy jeszcze byłem w stanie rozpoznać. jednak do czego służyły dziesiątki innych warzyw - nie byliśmy w stanie dociec. Tym bardziej że sprzedawcy posługiwali się angielskim ograniczonym w zasadzie do liczebników. Niemniej bazar był bardzo ciekawy i potrzeba obejrzenia egzotycznego handlu została w pełni zaspokojona.

wtorek, 5 maja 2009

wtorek, 21 kwietnia 2009

Manuela Gretkowska - Polka

Niech Was nie zwiedzie tytuł. Wiedziałem o czym teoretycznie jest Polka. To książka o ciąży, o dziewięciomiesięcznym życiu we dwójkę z nowym człowiekiem. Myślałem jednak że będzie to pretekst to refleksji nad kondycją, nad losem, nad Bóg-wie-czym-tam-jeszcze związanym z macierzyństwem statystycznej Polki. Na przykładzie tej konkretnej wybranej i opisanej matki-polki. Niestety. Polka to imię córki Gretkowskiej, a książka nie wykracza poza tą prywatną sferę ciążową. Znowu przykra konstatacja: Gombrowicz wyznaczył w mojej głowie zbyt wysoką poprzeczkę dla dziennika.

Nie wiem czy rzeczywiście, jak pisze Gretkowska w dialogu ze swoim nieślubnym mężem, nikt dotąd nie napisał książki o ciąży. Być może. Niemniej nie mam poczucia, by artystycznie autorka wyszła z tej próby obronną ręką. Wręcz przeciwnie. Pomimo kilku wysilonych i jakby wyrwanych z kontekstu dywagacji estetyczno-mitologicznych jest to niestety „tylko” zapis ciążowych dolegliwości.

Aczkolwiek nie przeczę, jest w tym wiele interesującego. Autorka nie stara się kreować żadnych koturnów, mamy do czynienia z zupełnie normalną kobietą, której inteligencja i błyskotliwość wcale nie pomagają w radzeniu sobie z normalną fizjologią. Nazwanie po imieniu wszystkich humorów, zachcianek i sposobów radzenia sobie z nimi; opisy fizycznych dolegliwości i ich obrazowa interpretacja; sposoby na zachowanie mimo wszystko normalnego życia (przecież ciąża to nie choroba)... Wszystko przyprawione sporą dozą, czasem czarnego, humoru czyta się o wiele lepiej niż nudną „Obywatelkę”. Jednak po autorce erudycyjnych popisów z „Kabaretu metafizycznego” oczekiwałem jednak trochę więcej. Ale trudno, nie zawsze jest kawior.

Mimo wszystko chyba mogę polecić, w pierwszej kolejności facetom, z zastrzeżeniem jednak, żeby od tej książki trzymały się z daleka wszystkie dziewczyny, które z różnych powodów ciąży się boją. ;-)

Manuela Gretkowska, "Polka", wyd. W.A.B., 2007, s. 346.

piątek, 17 kwietnia 2009

Bucharskie zabytki

<<< poprzedni odcinek

Ranek był dla Gośki jeszcze dość trudny. Nie miała odwagi opuścić hotelu, ale i tak czuła się już znacznie lepiej. Śniadanie zjedliśmy zatem tylko we trójkę, żartując z ryżowej diety rekonwalescentki. Jednak jej niespokojny duch nie pozwolił na zbyt długie próżnowanie. Nerwica zwiedzania dała o sobie znać (wszak w planie mamy tylko niecałe 3 dni na Bucharę!) i od południa rzuciliśmy się w studiowanie miejskich zabytków z przewodnikiem w ręku. Pomyślałem sobie, że miałem szczęście dostać od losu jeden wolny dzień na niezobowiązujące szwędanie się po okolicy połączone z chłonięciem atmosfery, bo teraz znowu gnaliśmy na złamanie karku. Oczywiście na tyle, na ile pozwalało osłabione zatruciem ciało…

Po krótkim spacerze głównym deptakiem dotarliśmy do najsłynniejszego placu Buchary, między meczetem Kalon a medresą Mir-i-Arab, gdzie stoi także piękny Kalon Minaret. Ten minaret został wybudowany w 1127 roku i przez prawie 800 lat nie wymagał żadnej naprawy. Dopiero Rosjanie nieco go uszkodzili podczas artyleryjskiego ostrzału miasta. Efekty można obejrzeć na zdjęciach wiszących w miejscowym muzeum w twierdzy Ark. Minaret nazywano także Wieżą Śmierci, bo ostateczne wyroki realizowano tu spychając skazańca z wysokiej na 47 metrów platformy – dzisiaj widokowej. Nie wiadomo, czy to ta funkcja, czy też wygląd budowli sprawił, że Czyngis Chan postanowił ją oszczędzić, dzięki czemu przetrwała do naszych czasów.

Nieco dalej, mijając grube mury miejskiej twierdzy, przysiedliśmy na krótki odpoczynek, lagmon i herbatę dokładnie w tym samym miejscu, w którym kilkadziesiąt lat wcześniej odpoczywał Kapuściński. W opisywanym przez niego drewnianym meczecie Bolo-Hauz już nie ma bilardowych stołów, lecz tak jak przed wiekami, wierni muzułmanie znowu kłaniają się w kierunku Mekki. Między gałęziami przebłyskuje brama Arki, gdzie w małym niezniszczonym fragmencie zabudowań ostało się muzeum bucharskiego chanatu.

Ociekając potem potoczyliśmy się w kierunku mauzoleum szacha Ismaila I Samanidy. Ukończony w 905 roku mały budynek przetrwał prawie nienaruszony do dzisiaj tylko dlatego, że był przez większość czasu zasypany pustynnym piaskiem. Dzisiaj to małe arcydzieło z terakotowych szarych cegieł stoi sobie spokojnie w centrum całkiem ładnego parku. Aż się wierzyć nie chce, że przez wieki burzliwe życie, bazarowe targi i wojenne zawieruchy toczyły się kilkanaście metrów wyżej, na suchych pustynnych wydmach.

Wracając do miasta zajrzeliśmy jeszcze do medresy Abdullah Khan, gdzie bardzo towarzyski dziadek koniecznie chciał nam opowiedzieć o historii tego miejsca. Obejrzeliśmy całkiem ładna makietę całej Buchary, jednak w trakcie tego oglądania dziadek nie powiedział nic ponad to, co już i tak wiedzieliśmy, więc uprzejmie acz stanowczo podziękowaliśmy za opowieści i wyrwaliśmy się na dach potwornie zrujnowanej budowli.

O zachodzie słońca spotkaliśmy się z Marcinem i Aldoną, znowu przy drewnianym meczecie. Czajhana na powietrzu była bardzo sympatyczna, pomimo plastikowych stolików. Chmary czarnych ptaków krążyły nad drzewami, tworząc kontrastujący ze spokojem knajpy nastrój grozy. Po kolacji zrobiliśmy sobie jeszcze nocna sesje fotograficzną, bo do Buchary także dotarł zwyczaj kolorowego podświetlania budynków. Gośka powoli zapominała o żołądkowych dolegliwościach. Po południu następnego dnia czekała nas podróż do Samarkandy.

Jeszcze inny opis Buchary

<<< poprzedni odcinek

wtorek, 14 kwietnia 2009

Droga do Nuwara Eliya

Gdy wyszliśmy z botanicznego ogrodu, kupiliśmy dwie koszulki od ulicznych sprzedawców. Ceny były przyzwoite, sprzedawcy mili, bez żalu daliśmy się naciągnąć. Kierowca z uśmiechem pomachał do nas ręką, nie wykazując cienia zniecierpliwienia. Poczuliśmy się jak na wakacjach. Bez pospiechu i na luzie. Co za odmiana po tych kilku nerwowych dniach.

Ravi zaproponował, że zawiezie nas do niedrogiej przydrożnej knajpy na wczesny lunch. Zgodziliśmy się, wyobrażając sobie kolejna spelunę, jaka proponował nam poprzedni kierowca. Knajpka była bardzo przyjemna, czysta i schludna. Obiad kosztował 180 rupii czyli ok. 1,5$ i za to było kilka dań rozłożonych na misach szwedzkiego... ups, przepraszam, lankijskiego stołu. Jedzenie było pyszne, pomimo, że ostrzejsze niż zwykle. Ravi jednak wyrażał się lekceważąco, twierdząc, że jedzenie tutaj to "jedzenie dla starych ludzi", bo jest zupełnie bez smaku - przystosowali je po prostu specjalnie pod turystów. W domu Ravi je dużo ostrzejsze jedzenie i wtedy jest naprawdę dobre. Pomimo rzekomej turystyczności tego miejsca, zarówno Ravi i wiele innych osób jadło bez używania sztućców - palcami. Nad nami kelner się zlitował i dostaliśmy zestaw noży i widelców ;-)



Po posiłku dotarliśmy w końcu na pierwsze przełęcze. Droga wiła się pod górę niemalże ślimakami. Robiło się coraz chłodniej, aż w pewnym momencie trzeba było założyć polary. Sama Nuwara Eliya jest położona na wysokości ponad 1800 m npm. zaś żeby do niej dojechać trzeba było się przebić przez przełęcz powyżej 2000 m. Ravi pokazał nam po drodze fabryki herbaty i spytał czy chcemy się w którejś zatrzymać? Okazało się, że każda fabryka umożliwia zwiedzanie części produkcji, by turysta mógł zobaczyć jak przygotowuje się herbaciane listki i kupić w fabrycznym sklepiku od razu parę paczek herbaty. Zatrzymaliśmy się w fabryce Mackwoods. Obejrzeliśmy fabrykę, kupiliśmy herbatę i pojechaliśmy dalej. Po drodze, pomimo zamglonego nieba, widoki były przepiękne.


Gdy wczesnym wieczorem dojechaliśmy do Nuwara Eliya, Ravi był już wyraźnie zmęczony. Na jednym z rond pojechał pod prąd, zobaczył to policjant i próbował go zatrzymać. Ravi nie był pewien, czy to pojedyncze machniecie lizakiem było do niego czy nie, więc po chwili namysłu, powoli pojechał dalej, rozglądając się za hotelem dla nas. Niestety, policjant trochę się zdenerwował, dogonił nas i zabrał Raviemu prawo jazdy, każąc zgłosić się na posterunek. Na szczęście było to pod hotelem, którego właściciel znał miejscowego komendanta. Po rozpakowaniu, pożegnaliśmy się z Ravim, a hotelarz wsiadł do samochodu i razem z kierowca pojechali na posterunek. Później się dowiedzieliśmy, że sprawa skończyła się dobrze, tylko Ravi do Kandy wracał już po ciemku...

piątek, 10 kwietnia 2009

Ogród botaniczny Peradeniya

Gdy rozpoczynaliśmy rozmowy o wycieczce w pierwszym hotelu w Kandy, właściciel bardzo zachwalał nam ogród botaniczny niedaleko Kandy. Postanowiliśmy sprawdzić, czy rzeczywiście jest tak wspaniały, jak go opisywał hotelarz. Zajechaliśmy pod bramę i weszliśmy do środka. Ogród rzeczywiście był bajkowy, aczkolwiek być może wygórowane oczekiwania sprawiły po raz kolejny, że nie padliśmy na kolana. Szpalery niesamowicie wysokich palm, białe antylopy (albo inaczej się nazywające rogate-kopytne), gęste bambusowe zagajniki i zakochane pary ściskające się pod każdym krzakiem. Wyglądało to tak, jakby ten ogród był jedynym miejscem w okolicy, gdzie dozwolone było potrzymanie ukochanej za rękę (lub co innego). Klimat zupełnie jak w chiwskim minarecie ;-)




Oprócz wspanialej flory, oprócz palm, agaw, ponoć największego figowca na świecie, można było spotkać także dziwne dla europejczyka okazy fauny. Nas najbardziej zafrapowały stada nietoperzy wielkości myszołowa, tłumnie obwieszających wielkie lankijskie drzewa niewiadomej nazwy. Przenikliwie piszczące, podczas lotu wydawały niepokojący dźwięk ciężko bijącymi powietrze skrzydłami. Można było się poczuć jak na prawdziwym horrorze, albo jak w krainie Narnii czy jakiejkolwiek innej krainie z mrocznej baśni.



Oprócz moich zdjęć - tylko dla wytrwałych - kawałek znalezionego w necie filmu z wizyty jakiejś hinduskiej z wyglądu rodziny w tym botanicznym ogrodzie:


wtorek, 7 kwietnia 2009

Manuela Gretkowska - Obywatelka

Z czystej poznawczej ciekawości sięgnąłem po tą książkę. Spodziewałem się znaleźć opis podstawowej mrówczej pracy przy organizowaniu od podstaw nowej partii politycznej. Mniej interesowały mnie ploteczki z podwórka, bardziej spojrzenie na organiczną pracę przez laika, który z polityką nie miał do tej pory nic wspólnego.

Partia Kobiet założona przez Gretkowską budziła we mnie mieszane uczucia. Nie jestem szowinistą, kiedyś nawet uważałem się za feministę, ale dojrzałem i nabrałem dystansu. Feminizm jak każda utopijna ideologia miesza ludziom w głowach i robi im wodę z mózgu. Gretkowską natomiast uważam za jedną z bardziej inteligentnych i błyskotliwych osób na naszym polskim podwórku. Zatem pierwszą naturalną dla mnie interpretacją było odczytanie tej hecy jako artystycznego happeningu. Sławny plakat tylko to potwierdzał.

Jaki obraz wyłania się z dziennika, pamiętnika opisującego codzienność tej rocznej przygody? Spodziewałem się szczerze mówiąc więcej refleksji na temat politycznego światka. Dostałem obraz osoby, która zmaga się na co dzień z ludzkimi słabościami i ambicjami, zarówno swoimi jak i innych. Często ulega emocjom, często nie stara się zrozumieć racji rozmówcy, często po prostu nie potrafi ich zrozumieć. Jest w tym bardzo ludzka, tym bardziej że zdaje sobie z tego sprawę bo dobrze to opisuje. Można sobie uświadomić jak niewiele potrzeba, by wpaść w zacietrzewienie i przestać przyjmować argumenty eskalując konflikt. To bardzo cenna nauka.

Z drugiej strony książka jest niestety tylko dziennikiem. Zapisem działań, z którego poza konstatacją złożoności i trudności związanych z grupowym działaniem nie wynosi się żadnej głębszej refleksji o naturze ludzkiej. Dzienniki Gombrowicza wyznaczyły baaardzo wysoką poprzeczkę. W dodatku książka jest niestety nudnawa i gdyby nie to, że poznajemy kulisy wydarzeń które jeszcze pamiętamy to jednak nie były ani te wydarzenia ani te kulisy na tyle fascynujące, by trzymać czytelnika z wypiekami na twarzy przez te trzysta stron.

Jednym słowem – dla koneserów. ;-)

Manuela Gretkowska, "Obywatelka", wyd. Świat Książki, 2008, s. 318

piątek, 3 kwietnia 2009

Sierociniec dla słoni - Pinnawala

Nie wiem czemu Gośka tak się uparła na ten sierociniec dla słoni w Pinnawala. Być może miały na to wpływ opowieści Michała, a może po prostu rzeczywiście w słoniach jest coś przyciągającego jak... a może to sama Ganeśa ciągnęła nas do tego miejsca? Nie wiem, niemniej jednak mój spory sceptycyzm zamienił się na równie spory entuzjazm.





Entuzjazm wywołało obcowanie z tymi wielkimi zwierzętami, choć nie da się ukryć, że cały cyrk wokół tego napawał rezerwą. Opiekunowie wyłudzający pieniądze za robienie zdjęć, popisy różnych figur, jakie mogą zrobić słonie, łańcuchy na nogach co bardziej krnąbrnych zwierząt... Pamiętać jednak należy, że w tym miejscu nie są więzione dzikie słonie, tylko trzymane są zwierzęta z różnych względów ułomne. Słonie osierocone lub poważnie okaleczone na skutek różnego rodzaju wypadków: przy pracy, na ulicy, w wybuchu miny itp. Pobyt tutaj nie jest dla nich tragedia a wybawieniem, jakkolwiek komercyjnie by to nie wyglądało. Tak przynajmniej jest to przedstawiane na miejscu.



Po karmieniu słonie zostały zaprowadzone do rzeki, gdzie odbywało się zbiorowe ich mycie. Słonie nie wyglądały na zainteresowane czystością, woląc obsypywać się piaskiem pobieranym z grzbietu sąsiada. Niektóre osobniki samodzielnie robiły sobie prysznic za pomocą trąby. Opiekunowie wybierali kilka najbrudniejszych słoni, kazali im się położyć i myli je szczotkami. Wyglądało to wszystko dość efektownie nawet pomimo tłumu turystów oblegających okolicę.





Na koniec jeszcze fragment harców dość rozbrykanego słonia cierpiącego na ADHD (dźwięk usunąłem, bo i tak było słychać tylko szum wody. Może kiedyś się zbiorę, by podłożyć jakąś muzyczkę pod te tańce na ekranie):



 


Igor Czajka - Copyright 2008. Wszystkie Prawa Zastrzezone.

mail do autora - Igor Czajka