aktualizacja w weekendy ;-)

poniedziałek, 29 września 2008

Chiwa, cz.2

<<< poprzedni odcineknastępny odcinek >>>

Następnym celem po Pahlavon Mahmud Mauzoleum była Islom-Hodża Medresa oraz Minaret. Jeden z najmłodszych zabytków Chiwy, z początku XX w. Medresa, jak medresa, w sumie nic ciekawego poza architekturą nie odbiegającą od młodszych o nawet 800 lat budowli. Ciekawostką była możliwość przebrania się w historyczne szaty, z której to możliwości skwapliwie korzystają miejscowi pozując do balkonowych zdjęć z wielkim mieczem u pasa.

Obok medresy wybudowany jest najwyższy w Chiwie minaret. Jego wnętrze upodobały sobie zakochane pary, które dają upust swoim żądzom, rozbudzonym przez młode hormonalne burze. W efekcie liczni turyści przeciskają się na wąskich schodach nie tylko między sobą nawzajem. Trzeba również dokonywać nie lada akrobacji, by wyminąć splecione w ciemnościach liczne młode ciała. Dobrze, że mieliśmy ze sobą latarki, jednak i tak nie udało się przestudiować twarzy młodych zakochanych Uzbeków. Chłopcy kryli swoje twarze biustach swych wybranek, a wybranki w czarnych czuprynach swych wybranków. Ze szczytu minaretu można za to delektować się pełną panoramą okolic miasta. Niewielka przestrzeń zabudowy, otoczona zielonymi polami bawełny, kończy się całkiem niedaleko żółtym piaskiem pustyni.

Po opuszczeniu minaretu rozdzieliliśmy się i zaczęliśmy osobno szwędać się po mieście. Zahaczyliśmy o meczet piątkowy (Juma Mosque), którego sufit wsparty jest na dwustu kilkunastu drewnianych kolumnach. Kilka z nich to oryginalne egzemplarze z X wieku uratowane z wojennej zawieruchy. Jednak poza mroczną i chłodną atmosferą pośród lasu pięknie rzeźbionych filarów nie ma tu nic więcej. Absurdalnie w tym miejscu wyglądającego, jednego straganu z pamiątkami, nawet nie chcę wspominać. Szybko wróciliśmy na zalane upalnym słońcem suche uliczki, by dotrzeć do pałacu Tosh-Hovli, zwanego również Kamiennym.

Pałac ten powstał w XIX wieku jako bardziej reprezentacyjna alternatywa dla cytadeli Khuna Ark. Allach Kuli Khan nie był cierpliwym władcą. Kazał stracić pierwszego architekta, któremu nie udało się dotrzymać absurdalnego dwuletniego terminu ukończenia prac. Wybudowany ostatecznie w dziewięć lat kompleks ma dziewięć dziedzińców i sto pięćdziesiąt pokoi. Chan nie zrezygnował jednak z tradycji i najznamienitszych gości przyjmował w jurcie ustawionej na specjalnie do tego celu przygotowanym postumencie, na jednym z dziedzińców.

Po południu spotkaliśmy się znowu w knajpce, by co nieco przekąsić. Marcin Aldoną kupili wielkie czapy uzbeckie, spod których prawie nie było nas widać. Czekając na jedzenie zalegliśmy na poduchach jak na arabskich rysunkach i chłonęliśmy atmosferę orientu. W jadłospisie były w zasadzie tylko cztery dania: a) ryżowy płow z baraniną, b) szaszłyk barani, c) lagmon, czyli coś pośredniego miedzy zupą a spaghetti z baraniną i warzywami oraz d) sziorba czyli rosół z baraniny. Płow był na chiwski sposób mało warzywny i mało mięsny. W zasadzie to tłusty ryż z odrobiną marchewki i wspomnieniem po mięsie. Za to piwo było wyśmienite. Po obejrzeniu wszystkiego, co było do obejrzenia, wieczorem czekał nas jeszcze pokaz tradycyjnych uzbeckich tańców.

Na pokaz musieliśmy wejść do środka Alloquli Khan Medresa. Zasiedliśmy niedaleko francuskiej grupy, dostaliśmy piwo i zieloną herbatę – wedle gustu. Po chwili rozpoczął się pokaz. Dwu facetów, trzy kobiety, nastolatek i dziecko. Każdy grający na jakimś instrumencie. W zasadzie jakikolwiek taniec uskuteczniała tylko najmłodsza dwójka, reszta ograniczyła aktywność do odśpiewania kilku piosenek. Kolorowe ubrania wirowały w powietrzu, złote zęby błyszczały promieniach zachodzącego słońca. Mieliśmy mieszane uczucia. Mi podobała się muzyka. Dla Gośki kicz pokazu przekroczył granice akceptacji. Na pewno było dosyć śmiesznie. Jak się później okazało, tańce mogliśmy obejrzeć jeszcze tylko w Samarkandzie. Biorąc jednak pod uwagę fakt, że w Samarkandzie większość stanowią Tadżycy, jest duża szansa, że była to jedyna okazja zobaczenia uzbeckich tańców.

Po zielonej herbacie apetyt wrócił spory i trzeba było odwiedzić jeszcze jedną chiwską knajpę, by skonsumować kolejną porcję lagmona. Najwidoczniej po kilku pustynnych dniach nasze żołądki domagały się odnowienia zapasów energetycznych. Tym bardziej, że następnego dnia czekały na nas zoroastryjskie forty i długa droga do Buchary.

<<< poprzedni odcineknastępny odcinek >>>

czwartek, 25 września 2008

Kadżuraho

Ponieważ i tak prawie nikt tu nie zagląda, pozwolę sobie na wyrwany z kontekstu żarcik słowno-fotograficzny, który pozostawiając czytelnika całkowicie obojętnym, powiększy zawartość internetowego śmietnika słów. A zatem na psy...


z albumu Indie 2005
Oparta w cieniu kolumny
Chłonie swe chłodne dłonie
Gorący oddech na plecach
Nie daje wystygnąć lędźwiom

Blisko i wciąż coraz bliżej
Poprzekraczane granice
Ukołysane i smutne
I ukochane i chmurne

Tak
Zespolenie przeciwieństw
Tak
Usunięcie przestrzeni
Tak
Powrót do łona Natury
Tak

Żarliwym wzrokiem muskane
Niewydumane pozycje
Już nieistotne pytania
Co gdzie kiedy dlaczego

Zapamiętale kołyszą
Drobne i wielkie demony
Tak dojmująco ulotny
Święty smak słonej kropli

poniedziałek, 22 września 2008

Afrykański przypadek

Dziś wyjątkowo zamiast kolejnego odcinka relacji z Azji Środkowej, kilka słów o dwu filmach. Kilka dni temu, gdy jechałem pociągiem do pracy dostałem kolejną ulotkę o jakiejś pomocy na świecie. Już miałem ją wyrzucić do kosza, gdy dostrzegłem, że to jest informacja o weekendowej imprezie, a nie kolejna próba wstrząśnięcia moim sumieniem. Po przejrzeniu znalazłem informacje o pokazach filmowych w kinie Rejs w ramach II Forum Polskiej Współpracy Rozwojowej. W planach miałem co prawda ślub znajomych, ale była szansa dotarcia chociaż na ostatni film. Życie okazało się bardziej skomplikowane i w efekcie na ślub z wielkim żalem nie dotarłem, za to udało się dotrzeć na dwie ostatnie projekcje.

Pierwszy film, "Chłopiec z Bamiyan", opowiada o afgańskiej wiosce poprzez losy rodziny żyjącej w grotach otaczających ogromne posągi Buddy, wysadzone przez Talibów kilka lat temu. Dzieci z nieznikającym z twarzy uśmiechem pokazują nam ślady po antycznych rzeźbach. Poznajemy skomplikowaną afgańską rodzinę. Najpierw dziadek opowiada nam o swojej żonie, która po urodzeniu najmłodszego syna zmarła. Syn ma teraz 8 lat, ale dziadek ma też młodą córkę. Przyszedł więc do swojego znacznie młodszego ziomka i powiedział mu: ja jestem stary i samotnie wychowuję dwoje dzieci. Ty jesteś sam ze swoja matką. Dam ci swoją córkę za żonę, ale ty mi dasz swoja matkę za żonę. Tak też się stało i dwie rodziny połączyły się w miarę normalny organizm. Koneksje rodzinne są tym czynnikiem, który najbardziej zakłóca percepcję widza, jednak nie to w tym filmie jest najważniejsze. Dziadek opowiada historie Afganistanu.

Kiedyś w Afganistanie wszyscy żyli w zgodzie: Pasztunowie, Tadżycy, Uzbecy, Hazarowie. Mieszkali obok siebie i w zgodzie. Później przyjechali Rosjanie i wszystko się popsuło. Po Rosjanach przyszli Talibowie i psuli dalej. Do Bamiyan przyjeżdżało dużo ludzi, także z Europy, zostawiali tu pieniądze i jakoś dawało się przeżyć. Te posągi stały tu bardzo długo, ja nie wiem jak długo. Przyszli tu Talibowie i stwierdzili, że trzeba je zniszczyć bo obrażają Allaha. Teraz są Amerykanie i wygonią Talibów i kiedyś znowu tu będzie jak dawniej.

Opowieść dziadka, śmiech dziecka, nadzieja w oczach młodego ojca, pomimo wielkiej biedy, ci ludzie mają nadzieję. Nadzieja podbudowana przeszłością "kiedyś był pokój" daje siłę na przyszłość "kiedyś będzie lepiej". To czego brakuje w drugim filmie to nadzieja. Tam, w sercu Afryki istnieje tylko teraźniejszość. Nie ma przyszłości, nie ma dającej siłę przeszłości. Jest tylko codzienna walka o przetrwanie. Przetrwanie bez większego czy głębszego sensu. Film "Koszmar Darwina" nie pozostawia obojętnym. Podobnie jak "Wierny ogrodnik" pozbawia nadziei. Udowadnia, że proste rozwiązania nie istnieją.

Koszmar Darwina to wielopoziomowa opowieść o rybie, która całkowicie zniszczyła ekosystem jeziora Wiktorii. O prostytutkach obsługujących pilotów samolotów wywożących tą rybę do Europy. O rosyjskich pilotach, którzy nie chcą rozmawiać o tym co przywożą do Afryki. O Afrykańczykach chorych na AIDS. O Afrykańczykach dosłownie walczących o przetrwanie i nieustannie w tej walce przegrywających. O wielu innych aspektach, których nie da się opisać, a które trzeba zobaczyć pomiędzy wierszami filmu. Po obejrzeniu tego obrazu miałem poczucie, że nie znam żadnego sposobu, jak można by pomóc temu regionowi. Jest to film o tym, że nawet danie ludziom wędki często nie wystarczy. Dlaczego?

Hindus zarządzający fabryką przetwarzającą tusze okonia nilowego martwi się, że rynek jest już nasycony okoniem, niedługo nie będzie go komu sprzedawać. Na mięso okonia mało kogo stać na miejscu. Czarni rybacy nie wpadną na pomysł żeby sprzedawać okonia bez pośredników swoim ziomkom. Wielu z nich ginie lub jest okaleczanych podczas połowów. Osierocone dzieci idą na ulicę żebrać, a ich matki zaczynają się prostytułować zarażając HIV-em najpierw siebie później swoich klientów, którzy zarażają swoje rodziny i koło się zamyka.

Widzimy delegacje europejskich dygnitarzy, którzy chwalą warunki sanitarne w afrykańskiej fabryce. Widzimy Afrykańskich ministrów, którzy na film o zniszczeniach dokonanych przez okonia nilowego reagują słowami, że na filmie trzeba pokazywać także pozytywne strony, a nie tylko brudną, mętną wodę. Widzimy rosyjskich pilotów, którzy w końcu się przełamują i przyznają, że do Afryki wożą broń, a z Afryki żywność. Jak określił to jeden z nich, wspominając pewien wypad do Angoli: dzieci dostały na gwiazdkę swoje zabawki: europejskie dostały winogrona, a afrykańskie dostały karabiny.

Uświadamiamy sobie jednocześnie, że ta gra to nie jest tylko bezduszność europejskich polityków. To jest poniekąd europejska racja stanu. Jeśli Europa odpuściłaby i przestała wspierać różne afrykańskie siły swoją bronią, zrobiłyby to Chiny. Ostanie ataki na platformy Shella nie są w moim odczuciu niczym innym jak inspirowaną przez Chińczyków próbą przejęcia rynku. To jest walka miedzy mocarstwami o wpływy na kontynencie, który oprócz surowców naturalnych posiada jedna poważna zaletę: jest to przeklęta ziemia niczyja. Gdzie koncerny maja robić swoje eksperymenty medyczne jak nie w Afryce? Rosjanie mają jeszcze Syberię, ale reszta świata? Chińczycy są zbyt silni, zbyt niezależni, podobnie Hindusi. Oni maja swoja historie, która podobnie jak w afgańskim filmie daje ludziom nadzieję i siłę na walkę. Ameryka Łacińska pełna jest Europejczyków. Afryka ze swoim brakiem jakiejkolwiek historycznej cywilizacji na południe od Sahary, jest całkowicie bezbronna. Nikomu nie zależy na jej ucywilizowaniu. Że nie są to katastroficzne wizje nawiedzonego zwolennika spiskowej teorii dziejów pokazuje przypadek Darfuru, gdzie za przyzwoleniem Zachodu morduje się ludzi chińska bronią. Mam uwierzyć, że europejscy politycy nie dostali od Chińczyków nic w zamian za to milczenie? Strefy wpływów wyznacza sobie nie tylko Rosja w Azji...

Kiedyś może rozwinę te wątki. Na razie poprzestanę na smutnej konstatacji. Ziemia coraz bardziej się niebezpiecznie kurczy.

sobota, 20 września 2008

Komunikacja miejska

Jest to wpis na 11. Akcję GTWb: Komunkacja miejska.

8 lipca 2008 r., jechałem jak codzień do pracy na rowerze. Ok. godziny 8:40 w okolicach skrzyżowania ul. Kruczej i Al. Jerozolimskich zostałem obrzucony wyzwiskami przez kierowce autobusu linii nr 105, jadącego w kierunku Dworca Centralnego. Nr boczny autobusu mogłem źle zapamiętać, bo jadąc na rowerze nie miałem go jak zapisać: 8334. Wcześniej kierowca tego autobusu wyprzedził mnie używając klaksonu, a następnie, przy następnych światłach groził mi, że mnie rozjedzie, używając przy tym słów, których nie przytoczę, bo pozwolą zakwalifikować ten mail do kategorii: nie wymagający odpowiedzi.

Kolejny raz przypomnę że rowerzysta jest pełnoprawnym uczestnikiem ruchu. Uprzejmie proszę pouczyć o tym kierowców ZTM-u. Kultura jazdy na naszych drogach poprawia się z roku na rok, jednak ciągle (na szczęście coraz rzadziej) zdarzają się opisane wyżej sytuacje. Należy im przeciwdziałać uświadamiając kierowców, że tego typu zachowania są jak najbardziej niewskazane. W tym przypadku nie nastąpiło bezpośrednie zagrożenie życia a jedynie słowna groźba. Zdarzyło mi się jednak jakiś czas temu sytuacja w której kierowca autobusu mijając mnie-rowerzystę zwolnił i fizycznie zepchnął na chodnik. Gdyby nie niski w tym miejscu krawężnik, który pozwolił mi jakimś cudem wskoczyć z rowerem na chodnik - mógłbym dziś nie pisać tego maila. Także to nie są fanaberie fanatycznego rowerzysty tylko apel o poprawę kultury jazdy na drodze i co za tym idzie, apel o poprawę bezpieczeństwa. Kierowcy ZTM-u nie powinni chyba stanowić wyjątku w stosowaniu przepisów drogowych tylko dlatego, że mają duże pojazdy.


List tej treści wysłałem do ZTM-u. Wyszedłem z założenia, że należy reagować na takie przypadki, apelując o zmianę kultury organizacyjnej firmy, bo w ten sposób można powoli zmieniać mentalność kierowców. Jeden dostanie ochrzan, będą rozmawiać o tym między sobą, wyklinać na "pieprzonych rowerzystów", którzy nie dość że przepychają się pomiędzy samochodami, to jeszcze tarasują drogi, ale jednocześnie będą na nich bardziej uważać, bo ci rowerzyści są "popieprzeni" do tego stopnia, że wysyłają później oficjalne skargi i tylko nieprzyjemności z tego mogą być.

Po ponad miesiącu, w czasie którego list mój krążył od ZTM-u do MZA, od MZA do odpowiedniej zajezdni, dostałem oficjalne pismo, w którym poinformowano mnie, że zidentyfikowano kierowcę opisanego kursu, została przeprowadzona z nim rozmowa i kierowca przedstawił swoją wersję wydarzeń. Rowerzysta nie dość, że przeciskał się pomiędzy samochodami stwarzając zagrożenie dla siebie i innych, to jeszcze przejeżdżał na czerwonym świetle i robił wiele innych nieprzyzwoitych rzeczy. Jednak kierowca i tak został pouczony o zachowaniu się na drodze i traktowaniu rowerzystów.

Oczywiście można się z tego naśmiać i machnąć ręką, ale kropla drąży skałę. Ścieżki rowerowe jeszcze długo nie powstaną w odpowiedniej ilości, a nawet jeśli to i tak nie dojedziesz nimi wszędzie. A przecież jak sama nazwa wskazuje: jezdnia służy do jeżdżenia, a chodnik służy do chodzenia. Jakieś trzy lata temu inny autobus naprawdę o mało mnie nie rozjechał, a trąbienie i wygrażanie pięścią było na porządku dziennym. Dzisiaj trąbienie na rowerzystę jest coraz rzadsze, samochody coraz częściej ustępują rowerzyście miejsca, a agresja na drodze ograniczyła się do przekleństw. Warto zatem chyba jednak reagować na takie przypadki, bo z moich obserwacji wynika, że ten popieprzony świat jednak zmienia się odrobinę na lepsze.

poniedziałek, 15 września 2008

Chiwa, cz.1

<<< poprzedni odcineknastępny odcinek >>>

Położona w centrum współczesnego uzbeckiego wilojatu Chorezm, Chiwa przez około 400 lat była stolicą chanatu chiwskiego. Według archeologów założona w okolicach przełomu er, według legendy założona przez Szema, syna Noego. Jedno jest pewne, było to ważne miasto na Jedwabnym Szlaku, gdzie można było odsapnąć po pustynnym piekle podróży. Dzisiaj jest perłą Centralnej Azji, odrestaurowaną przez Rosjan w latach siedemdziesiątych XX w. Zamknięta z każdej strony piaskowymi murami, prostokątna przestrzeń miasta, tworzy bajkową atmosferę, żywcem przeniesiona z baśni tysiąca i jednej nocy. A z atmosferą miejsca jest zazwyczaj tak, że zaczyna się ją właściwie odczuwać po kilku dniach dopiero. W przypadku podróży o dość napiętym planie, można powiedzieć jedynie o czymś w rodzaju przeczucia atmosfery, która mogłaby nas pochłonąć, gdybyśmy zostali tutaj dłużej. Opisanie tej atmosfery jest pewnym progiem, przeszkodą, która może okazać się niepokonaną. Jednak spróbujmy...

Po wieczornym spacerze po usypanych z piasku miejskich murach, po przygodach z aparatem, po lichym śniadaniu mającym chyba tylko zaostrzyć apetyt, poczłapaliśmy niespiesznie w kierunku głównej cytadeli, obok której wznosi się symbol Chiwy, czyli niedokończony minaret Kalta Minor. Można do niego wejść od środka położonej tuż przy nim medresy Amin Khan, obecnie zamienionej na hotel. Niestety, w środku trwał remont, więc musieliśmy zadowolić się obejrzeniem klinkierowych mozajek tylko z zewnątrz. Minaret kazał wybudować w 1852 roku Mohammed Amin Khan. Miał on mieć ponad 70 m wysokości i miał to być najwyższy minaret na całym świecie. Niestety w 1855 roku budowę przerwano i tu źródła nie są zgodne. Jedna wersja mówi o tym, że architekt zgodził się potajemnie wybudować jeszcze wyższy minaret w Bucharze. Rozgniewany chan kazał zrzucić architekta z wieży i minaret stanął na marnym 26 metrze. Druga wersja mówi o tym, że po prostu chan zabrał się z tego świata i wszystkie jego ziemskie zachcianki zostały anulowane. Jak by nie było, niebieska szeroka baszta wygląda bardzo malowniczo na tle zachodniej chiwskiej bramy.

Następnie poszliśmy obejrzeć Kuhna Ark, czyli główną fortecę, ale poza fantastycznym widokiem na miasto niewiele tam było ciekawego. Podobnie jak w kolejnej zamienionej na hotel Mohammed Rakhim Khan Medresie, gdzie poza piękną mozaiką na wejściowym portalu, największą atrakcją byli młodzi akrobaci myślący o karierze w dalekiej Europie. Włócząc się po nasłonecznionych zaułkach podglądaliśmy kobiety tkające dywany, dzieci rzeźbiące podstawki pod Koran, targowaliśmy się z przekupkami sprzedającymi pamiątki, nie mając zamiaru nic kupować. Jednym słowem sielankowa zabawa w turystę. Dotarliśmy w ten sposób do Pahlavon Mahmud Mauzoleum, czyli grobu faceta, który oprócz tego, że był poetą i filozofem, był także legendarnym zapaśnikiem nazywanym przez potomnych Herkulesem Wschodu. Legenda sobie przez lata rosła i doszła do takich rozmiarów, że gość awansował na patrona Chiwy, a jego skromny początkowo grób rozrósł się na początku XX wieku do dzisiejszych rozmiarów całkiem pokaźnej budowli w stylu perskim.

Ze studni na dziedzińcu, przechodnie wyciągali wiadrami zimna świętą wodę. Wokół, na rozłożonych pod dachem dywanach, odpoczywali przechodnie. My trafiliśmy, już któryś raz z rzędu na tą samą grupę, sprawiającej wrażenie starej wielopokoleniowej uzbeckiej rodziny, z licznymi kuzynami i żonami, której przewodniczył miejscowy Don Corleone. W ciemnych okularach i z różańcem w dłoniach zwracał na siebie uwagę i koncentrował wokół siebie liczna rzeszę rodziny. Przed mauzoleum grupa grzecznie podzieliła się, osobno usiadły kobiety, osobno mężczyźni, a przewodnik pośrodku między obiema grupami opowiadał o randze tego miejsca.


Wewnątrz budynku całe rodziny modliły się, rytmicznie kiwając głowami w takt melodyjnych psalmów, imam błogosławił jedzenie, a niewierni podziwiali misterne kolorowe mozaiki na ścianach i suficie, delektując się chłodem dającym wytchnienie od pustynnego upału na zewnątrz. Zupełnie niezamierzenie sprofanowałem święte miejsce wypinając się na imama przy ustawianiu aparatu na miniaturowym statywie. Duchowny ograniczył się do zabicia mnie wzrokiem, wywołując salwę zakłopotanego śmiechu na twarzach moich towarzyszy podróży. Przeprosiłem w duchu Allacha i minutą ciszy uczciłem pamięć świętego męża, w którego mauzoleum się znajdowaliśmy.

Chiwa na stronie Uzbek World
Inna strona o Chiwie

<<< poprzedni odcineknastępny odcinek >>>

czwartek, 11 września 2008

Tańczę


Tańczę
Pożerany ciekawością świata
Na skraju przeznaczenia
Na granicy pytań

Tańczę
Smagany wichrami i słońcem
Pośród puszczy zielonej
Nad źródłami nieba

Tańczę
Choć tańca nie potrzeba
Ani mnie ani żonie mojej
Przy orkiestrze ptasiej

Tańczę
Bo życie to ruch
A mi życia trzeba
W tym kraju gdzie kruszynę chleba...

wtorek, 9 września 2008

Skwer Iringha

Posta dedykuję Peterowi Horakowi ;-)

Gdy w poniedziałkowe południe wstałem skacowany, po długim i wyczerpującym weselu, wygramoliłem się na balkon, by odetchnąć świeżym powietrzem, zobaczyłem panów, którzy uzupełniali braki zadrzewienia na sąsiednim placu. Na codzień, dokładnie między godziną 6:45 a 7:30, panowie budzą mnie rykiem kosiarek, identycznie jak w sławetnym "Dniu Świra". Tym bardziej, że po 7:30 zapada już cisza i panowie zajmują się innymi cichymi czynnościami. Na prośbę o przesunięcie czasu pracy najbardziej hałaśliwych narzędzi usłyszałem tylko "prosie pana, od 6 rano ciszy nocnej już ni ma i hałasować mogę dowoli". Kiedyś jeszcze dojrzeję, by zrobię awanturę, na razie cieszę się z nowych drzewek:



Po pewnym czasie obok skweru Iringha pojawiło się sporo samochodów i zaczęło gromadzić się wojsko:



Pomiędzy tłumem udało mi się dostrzec udzielającego wywiadu ministra Kamińskiego z Kancelarii Prezydenta:



Następnie minister oraz oficerowie wojska polskiego i słowackiego razem z kombatantami wysłuchali przemówień:


Najpierw ambasador Słowacji w Polsce:


Następnie w imieniu Prezydenta RP minister:


Oraz kapelan:



Później nastąpiło składanie kwiatów:






Następnie rozpadało się dokumentnie i wszyscy zniknęli w samochodach, a ja wróciłem do leczenia kaca...

Natomiast osoby chcące pogłębić wiedzę o słowackim oddziale walczącym w Powstaniu Warszawskim pod komendą Mirosława Iringha odsyłam pod odpowiednie linki.

poniedziałek, 8 września 2008

Poszukiwanie aparatu

<<< poprzedni odcineknastępny odcinek >>>

Jeszcze raz przeszukaliśmy nasze plecaki. Wypakowaliśmy wszystko i spakowaliśmy ponownie. Nerwowe próby odtworzenia w pamięci minuta po minucie czasu po wyjściu z taksówki. Nikt do nas w tym czasie nie podchodził. Samochód przeszukałem trzy razy. Aparatu nie ma. Gdzie został – nie wiadomo.

Dobra, trzeba pójść do hotelu, ochłonąć, pomyśleć. Nic teraz nie poradzimy. Miejscowy telefon pre-paidowy tutaj nie ma zasięgu. Może uda się zadzwonić z hotelu. Jeszcze raz wypakowanie plecaków – aparatu nie ma. Zresztą Marcin pamięta, że miał go osobno, żeby robić zdjęcia po drodze. Nic to, zaraz zapadnie zmierzch, chodźmy na mury, pomyślimy wieczorem.

Z murów przepiękny widok bajkowego miasta oświetlonego zachodzącym słońcem. Wszystko utrzymane w kolorach jasnobrunatnego piasku wzmocnionego drewnianymi żerdziami. Bliżej centrum miasta nad dachy domów wznoszą się turkusowo zdobione wyniosłe gmachy medres, meczetów i minaretów. Na zewnątrz murów straszy sowiecka architektura poprzetykana zaniedbanymi i rozsypującymi się budynkami o dłuższej niż ostatnie sto lat historii. Nie jesteśmy jednak w stanie odbierać tych wszystkich wrażeń, bo każdy myślami szuka aparatu. Marcin co prawda z uśmiechem ciągle powtarza:
- Spoko, to tylko aparat, tylko przedmiot, nie ma tragedii – ale widać, że robi to samo co każdy z nas: próbuje odszukać miejsce, gdzie mógł go zostawić.

Zapadł zmierzch, w hotelu czekała na nas kolacja. Zjedliśmy tradycyjny płow, który rozczarował małą ilością warzyw i mięsa. Jego głównym składnikiem był tłusty ryż. Otworzyliśmy piwo i poprosiliśmy gospodynię o telefon. Wiedzieliśmy, że nasz kierowca mieszka w Urgenczu. Wiedzieliśmy, że naszego kierowcę zna kierowca polecony przez Tazabaya. Pierwszy telefon był więc do Tazabaya. Marcin wyjaśnił mu całą sytuacje i poprosił o dwie rzeczy. Po pierwsze, niech Szymbergen sprawdzi samochód, czy może tam nie został ten aparat. Po drugie, czy mógłby zdobyć telefon do naszego taksówkarza? Aparat mógł zostać zarówno w samochodzie jak i w knajpie, w której jedliśmy obiad. Nie byliśmy w stanie go zlokalizować w naszej pamięci i, szczerze mówiąc, nie liczyliśmy na to, że któryś z kierowców okaże się na tyle uczciwy, by przyznać się do znalezionego aparatu. Jednak zawsze warto spróbować, chociażby po to, by mieć poczucie, że zrobiło się wszystko co w było można.

Po piętnastu minutach zadzwonił Tazabay i powiedział, że nie udało mu się odszukać kontaktu do naszego kierowcy oraz że w samochodzie Szymbergena nic nie zostało. No trudno. Zatem aparat trzeba najwyraźniej spisać na straty. Jak uspokajał nas Marcin – to tylko przedmiot. Fajnie. Nowy aparat, nowy obiektyw. Sprowadzony ze Stanów specjalnie na ten wyjazd. Początek wyjazdu i trach, ani aparatu, ani zdjęć, koniec.

Zamówiliśmy kolejne piwo, gdy gospodyni odebrała telefon i po długiej i bardzo głośnej wymianie zdań zapytała Marcina czy mówi po rosyjsku. Marcin mówi, więc dostał słuchawkę. Po drugiej stronie wzburzony głos tłumaczył mu, że w jego samochodzie nic nie zostało, że przecież sprawdzał trzy razy, czy coś nie zostało! I jak może go oskarżać, że ukradł mu aparat, jak on by nigdy w życiu nie wziął nic cudzego! I niech mu ręka uschnie, jeśli jest inaczej i jest bardzo obrażony, że mogliśmy go posądzić o coś takiego...
- Ale spokojnie, ja nic takiego nie twierdzę – udało się w końcu Marcinowi przebić przez słowotok taksówkarza – mi tylko chodzi o to, by Pan sprawdził jeszcze raz samochód, czy może ten aparat nie wpadł gdzieś pod siedzenie lub nie ukrył się w jakimś innym miejscu?
- Ale przecież sprawdzałeś trzy razy samochód i nic tam nie zostało! Zgubiłeś aparat gdzieś indziej! Na pewno nie w moim samochodzie! – dalej krzyczał taksówkarz.
- A czy mógłby Pan jednak sprawdzić, ja nie twierdzę, że zostawiłem go w samochodzie, mogłem zostawić ten aparat także w restauracji lub gdzie indziej, ale mi chodzi tylko o to by sprawdził Pan jednak jeszcze raz swój samochód.
- Ty mnie obrażasz! Ja dwadzieścia lat wożę ludzi i stąd i turystów i nigdy nikomu nic w moim samochodzie nie zginęło! Jak możesz mi coś takiego zarzucać!...
- Ale ja o nic Pana nie oskarżam! Ja tylko proszę żeby Pan sprawdził samochód...

Rozmowa ciągnęła się w nieskończoność, obie strony powtarzały swoje kwestie, w końcu jakoś udało się to zakończyć, ale konkluzji żadnej nie było. Marcin stwierdził tylko, że facet sprawia wrażenie podchmielonego i raczej nic się z nim nie wynegocjuje. Zatem dalej jesteśmy w tym samym punkcie wyjścia, pomimo, że najwyraźniej Tazabayowi udało się zdobyć numer do gościa i z nim rozmawiać.

Minęło kolejne piętnaście minut, gdy znowu zadzwonił telefon.
- Jest! Jest aparat – rozległ się uradowany głos naszego taksówkarza. – leżał pod tylną szybą! Ale jak on się tam schował, przecież sprawdzałeś samochód trzy razy!
- No to się bardzo cieszę! Tylko jak teraz mógłbym go odebrać? – zapytał Marcin.
- A przyjechać po niego nie możesz?
- No nie bardzo, bo jest już po 22 i na postoju nie ma tu taksówek, chyba że jutro, ale ja i tak nie wiem gdzie mam przyjechać, bo ja nie znam Urgenczu.
- Rozumiem. Ale ja mam problem, bo u mnie są goście i my już wypiliśmy trochę i ja nie mogę przyjechać. Ale mogę wziąć taksówkę i wtedy aparat przyjedzie do ciebie. Ja za ten aparat nic nie chcę, ale taksówkarzowi trzeba będzie zapłacić za kurs w tę i spowrotem. Ile możesz zapłacić?
- Ile będzie trzeba tyle zapłacę, byle mieć ten aparat.
- Dobra, to ja poszukam taksówki i do ciebie zadzwonię.

Po dwudziestu minutach kolejny raz zadzwonił telefon.
- Taksówkarz chce 15 tys. somów, bo to jest późna pora. Możesz tyle zapłacić?
- Dobra, zgoda, niech przyjeżdża. Jak się umawiamy?
- Bądź za pół godziny przy tej bramie gdzie was wysadziłem.

Marcin się rozłączył i dalej nie mógł uwierzyć, że jednak aparat się odnalazł i niedługo go odzyska. Gotowy był zapłacić każde pieniądze (no, może prawie każde) za taksówkę, mógłby zapłacić nawet jakieś znaleźne temu taksówkarzowi. 15 tys. somów czyli jakieś 25 zł za odzyskanie aparatu wartego o wiele więcej było dla nas jakimś nieprawdopodobnym fartem i darem od losu. Taksiarz, który przywiózł nas do Chiwy, pałał na samym początku takim oburzeniem, a później tak się zarzekał, że absolutnie nic nie chce za ten aparat i że cieszy się, że się znalazł, że Marcin nawet nie zaproponował mu jakiejś doli za znaleźne. Wszyscy mieliśmy poczucie, że mógłby to być kolejny powód do obrazy.

Po umówionym czasie przyszliśmy pod bramę miasta, pod którą podjechała taksówka. Wysypał się z niej nasz kierowca, uściskał nas obu na misiaka, upewnił się, że to na pewno nasz aparat, jeszcze raz opowiedział historie swojej kariery, że nigdy mu się coś podobnego nie trafiło, że przecież oglądałem samochód trzy razy i że nie wie jak do tego doszło. W końcu udało się z nim pożegnać i wróciliśmy do hotelu, ciągle nie wierząc w szczęśliwy koniec tej historii.

<<< poprzedni odcineknastępny odcinek >>>

poniedziałek, 1 września 2008

Z Nukusu do Chiwy

<<< poprzedni odcineknastępny odcinek >>>

Z Nukusu do Chiwy jest około 250 kilometrów. Po karakałpackich bezdrożach jazda dziurawą autostradą z podróżną prędkością 140 km/h była ciekawą odmianą. Samochodów nie mijaliśmy dużo, choć to droga najbardziej główna i w zasadzie jedyna przelotowa. Krajobraz dalej pustynny, ale już nie tak równinny. Pagórki, z których czasem wyrastały bardziej ostre różnokolorowe skały. Czasem minęliśmy jakąś osadę wokół fabryki, bardzo rzadko dostrzec można było niewielkie stado wielbłądów, albo kóz czy owiec. Przez większość czasu przeważał jednak żółty kolor piasku urozmaicony kępkami suchych traw i krzaków.

Przez Amu-Darię przejechaliśmy po pontonowym moście. Przejazd przez most był płatny. Płacił kierowca. Po kilku kilometrach dojechaliśmy do Urgenczu, jak się okazało rodzinnego miasta naszego taksówkarza oraz miasta skąd według pierwotnych planów mieliśmy wyruszać nad Aral. Kolejny raz okazało się, że coś, co postrzegaliśmy jako wielki pech, okazało się w rezultacie sporym fartem i oszczędnością przynajmniej trzech godzin w samochodzie. Dobry los czuwał.

Sam Urgencz zaskoczył mnie zielenią, czystością na ulicach i świeżością odnowionych budynków. Nie miał nic wspólnego z zapyziałym i szarym Nukusem. Nawet powietrze pachniało inaczej. Nie zatrzymując się, po 25 kilometrach dotarliśmy do Chiwy. Po drodze minęliśmy pola przygotowane do wzrostu bawełny. Przy szosie liczne drzewa i nawet niewielkie zagajniki, w samym mieście całkiem zielono. Dość zaskakujące po tych kilku pustynnych dniach.

W końcu dotarliśmy do samej Chiwskiej starówki, gdzie zamierzaliśmy poszukać jakiegoś małego hotelu. Taksówkarz wysadził nas przy jednej z czterech bram miasta otoczonego ze wszystkich stron jasnobrunatnym wysokim murem. Mur z półokrągłymi flankami wyglądał jak zamki na piasku budowane na plaży. Wypakowaliśmy z samochodu plecaki, trzy razy sprawdziłem, czy nic nie zostało w środku, rozliczyliśmy się i kierowca odjechał. Hotelu nie szukaliśmy długo, pierwszy z brzegu XXX okazał się na tyle sympatyczny i na tyle tani (8$ za noc od osoby), że od razu w nim zostaliśmy. Hotel, to może za dużo powiedziane. Był to po prostu dom prowadzony przez rodzinę. W środku trzy gościnne pokoje. Rano śniadanie w cenie, a wieczorem dla chętnych tradycyjny obiad za dopłatą.

No dobrze, zbliżał się zmierzch i chcieliśmy z wysokości miejskich murów, zobaczyć miasto wyglądające jak z baśni tysiąca i jednej nocy. Pojawił się jednak pewien problem, który dość gwałtownie zburzył nasz zachwyt: Marcin nie miał swojego, kupionego tuż przed wyjazdem, fotograficznego aparatu...

<<< poprzedni odcineknastępny odcinek >>>

 


Igor Czajka - Copyright 2008. Wszystkie Prawa Zastrzezone.

mail do autora - Igor Czajka