aktualizacja w weekendy ;-)

poniedziałek, 25 sierpnia 2008

Rosyjska pycha

<<< poprzedni odcineknastępny odcinek >>>

Droga z Moynaqu do Kungradu mogłaby być prawie linia prostą. Mogłaby być, gdyby nie grób miejscowego szejka. Wytyczono na mapie linię i dopiero w trakcie budowy okazało się, że trasa zakłócałaby spokój świętego męża. Nie dyskutowano wiele, choć było to za głębokiego sojuza. Miejscowi wiedzieli swoje, oficjalnym argumentem zostały trudności geologiczne i drogę wygięto w łuk, by ominąć o kilkaset metrów święte miejsce. Nie wszyscy jednak akceptują ten fakt.

Tradycja nakazuje, że jeśli zatrzymasz się w pobliżu, powinieneś oddać hołd przy grobie i zostawić trochę drobnych jako ofiarę. Jak wieść gminna niesie, jakiś czas temu podróżował tu Karakałpak z Rosjaninem. Było już ciemno, gdy zatrzymali się w pobliskim lesie za potrzebą. Miejscowy zgodnie ze zwyczajem zostawił parę drobnych między gałęziami drzew i poradził Rosjaninowi, by zrobił to samo. Ten obruszył się, że nie wierzy w zabobony i nie będzie wyrzucał pieniędzy w błoto. Machnął ręką i poszedł w krzaki. Nie było go dłużej niż mogłaby na to wskazywać sytuacja i kierowca zaczął się już niepokoić. Nagle spomiędzy drzew doszedł wściekły krzyk. Kierowca wyciągnął z samochodu latarkę i pobiegł do lasu. Szybko znalazł Rosjanina, który wściekły trzymał się za głowę, cały ubrudzony krwią i ziemią. Twierdził, że wpadł po ciemku na drzewo, ale Karakałpak wiedział swoje. To szejk rozgniewany rosyjską pychą pokazał jak powinno traktować się zarozumiałych chłopców.

- Zobacz, tam po prawej stronie, taki nieduży budynek z cegły – powiedział Szymbergen do Marcina. – Nie wolno pokazywać grobu palcem. Powiedz Igorowi, że tam jest ten grób, tylko pamiętaj żeby nie pokazywać palcem.
Marcin odwrócił się do nas i przetłumaczył słowa Szymbergena. Wyrwana ze snu Aldona nie bardzo wiedziała, co się dzieje. Gdy się dowiedziała, stwierdziła, że nie widzi żadnego budynku.
- Marcin, gdzie?!
- No tam, między drzewami – Marcinowi wskazujący palec sam się wyciągnął w odpowiednim kierunku.
- Nie pokazuj palcem! – prawie krzyknął Szymbergen.
- O! Przepraszam – zawołał Marcin.
- Tu nie ma co przepraszać! Na przeprosiny już za późno. Teraz trzeba palec uciąć! – odpowiedział ze śmiechem Szymbergen.

Umówiliśmy się, że za Kungradem pojedziemy do jakiejś miejscowej knajpy gdzie dają naprawdę dobry, oryginalny miejscowy płow w rozsądnej cenie. Niestety okazało się, że przyjechaliśmy za wcześnie i w tych knajpach, do których chciał nas zawieźć Szym, wszystkie dania obiadowe jeszcze nie były gotowe. Piwo, wódka, herbata – owszem. Ale jedzenie to za jakąś godzinę. Trudno. Pojechaliśmy do Nukusu, po drodze odwiedzając jeszcze muzułmański cmentarz. Teoretycznie niewierni nie powinni zakłócać spokoju zmarłych. Po naszych kilku prośbach Szymbergen zgodził się w końcu, ale krótko, po cichu i po sprawdzeniu, że na cmentarzu nikogo nie ma. Groby ustawione są niezwykle blisko siebie, trudno dostrzec jakiekolwiek ścieżki, nigdy nie masz pewności, czy nie chodzisz po jakimś grobie. Wymurowane z brunatnej cegły, z reguły na planie kwadratu mają przyklejone marmurowe tablice, na których oprócz nazwiska i dat często widnieje wizerunek zmarłego. Dość osobliwe biorąc pod uwagę religię cmentarza.

W Nukusie spotkaliśmy się znowu z Tazabayem. Przy rozliczeniu zaczął się kolejny i nieostatni kołowrót ze starymi dolarami. Wychodziło na to, że nie mamy tyle „dobrych” dolarów. Liczenie na to, że w obrocie nieoficjalnym data wydrukowana na banknocie nie będzie miała znaczenia okazało się zbyt daleko idącym optymizmem. optymizmem tej sytuacji musieliśmy pojechać do banku. Tazabay twierdził co prawda, że w żadnym banku w Nukusie nam ich nie przyjmą, ale uparliśmy się. I to skutecznie. Po wezwaniu kierownika zmiany przyjęcie wszystkich spornych banknotów okazało się możliwe. Tazabay dostał swoja dolę kilku kupek somów i mogliśmy przejść do tematu dojazdu do Chiwy.

Cena kierowcy, którego załatwił Tazabay nawet dla początkujących turystów po Uzbekistanie była sufitowa. Podziękowaliśmy zatem i postanowiliśmy szukać szczęścia na postoju taksówek przy bazarze. Marcin z Gośką długo się targowali, ale gdy z kierowcą z najlepszą ceną przywitał się facet od Tazabaya, nie było sensu tego przeciągać. Stanęło na 58 tys. somów. Czyli niecałe 100 zł za prawie 300 km odcinek - i tak nie najgorzej. Zapakowaliśmy plecaki do bagażnika i pojechaliśmy do wybranej przez taksówkarza restauracji. Miało być smacznie i niedrogo. I tak było.

<<< poprzedni odcineknastępny odcinek >>>

środa, 20 sierpnia 2008

Człowiek z liściem na głowie...

Przygotowania do wesela nie zostawiają mi wiele czasu na rozrywkę, ale to jeszcze nie powód, by nie wyrzucić z siebie jakiejś obrazkowej historyjki w ramach X. Akcji GTWb. Zaczęło się od tego, że powodowany chęcią sprawdzenia czy Wisła nie występuje z koryta napotkałem kapitalny pomysł Fundacji "Ja Wisła" z udostępnianiem leżaków ZA DARMO wszystkim, którzy nad brzegiem naszej dzikiej rzeki chcą poczekać, aż na głowę spadnie im jakiś liść z okolicznych krzaków:


Gdy woda opadła leżaki przeniosły się na plażę:

Obok można było wejść lub wjechać na rowerze na prom, który przewozi na drugą stronę Wisły. Także ZA DARMO!!! No a w krzakach na wydmach - liście na głowie gwarantowane!

Z leżaków można także podziwiać przepływające statki, jak ten wracający z poszukiwania ptaków wodnych. Ptaki spadające liście raczej omijają, a jeśli nie to, raczej łapią je w dzioby, niż noszą na głowie. Pasażerowie stateczku zawsze jednak mają szansę załapać jakiegoś liścia niesionego z wiatrem:

Niedaleko plaży trwa na posterunku, rozbrajając ciągle ta samą minę, warszawski saper, któremu niestety hełm uniemożliwia zaplatanie się jakiegokolwiek liścia we włosy.

Za to wieczorem, w tej samej okolicy, obok podświetlonej kolorowo fontanny, zmieniającej barwy i kształt wody...

...można sobie czasem potańczyć pod namiotem w Ogrodach Frascati. Tutaj osoby w wieku od 30 do 80 lat tańczyły jakiś taniec, którego nie byłem w stanie zidentyfikować, a który wyglądał i brzmiał jak coś sięgającego czasów daleko przedwojennych:


Ta sielanka sprawiła chyba, że sztandarowa postać człowieka z liściem na głowie, czyli Pan Witek z Atlantydy nie ma szansy na wzbudzenie sensacji w Stolycy i wyjechał ponownie do Sopotu:


Od tego wszystkiego i od przed-weselnego stresu dostałem takiego kręćka, że po spotkaniu Pana Witka z Atlantydy, na sopockiej plaży moja postać uległa metamorfozie dostosowując się fizycznie do stanu mojego Ducha:




A w Warszawie w bruk w bruk w bruk w bruk
Dorożkarze stuk stuk stuk stuk
Kopytami klik klak klik klak
A zegary tik tak tik tak

Dziś już tylko ciszą ciszą
O dorożkach piszą piszą
Na ulicach warkot warkot
Samochody szparko szparko
A jutro nad Wisłę ja pójdę i błysnę
Z lusterka zajączkiem lub poczytam książkę
A jutro z Zygmuntem zaśpiewam, nie umrę
Dorożkę zaprzęgnę i dziewczynę z wdziękiem

poniedziałek, 18 sierpnia 2008

Wojna nie tylko o Gruzję

To jest ciąg dalszy uwag na gorąco spisanych w poście Wojna rosyjsko-gruzińska.

Po kilku dniach od wybuchu walk można dostrzec jedynie coraz większą niekonsekwencję i chaos panujący w głowach decydujących o kształcie tego, co się dzieje. Na tym tle jedynie rosyjscy przywódcy wydają się być opoką stałości. Niezmiennie powtarzają do znudzenia te same frazesy o zaprowadzaniu porządku, przymuszaniu do pokoju i wycofywaniu sił na z góry upatrzone pozycje. W sumie idąc tym tropem Niemcy także wycofywali swe siły we wrześniu 1939 roku w kierunku Warszawy, Krakowa itd. itp. Ale dość o tym. W podobnych przypadkach zawsze warto się zastanowić, kto miał interes w tym, by sytuacja zaistniała i jakie otwiera ona dalsze możliwości. Pobawmy się zatem w małe political fiction, które przerodziło mi się w ten poniższy przydługi post.

1. Zatem najpierw interesy rosyjskie.

  1. Rosji jest cholernie nie na rękę azersko-gruziński rurociąg. Chodzi tu nie o małą Gruzję czy równie mały Azerbejdżan. Chodzi o panowanie nad całą Azją Centralną. Rura z Baku, nad którą nie miałaby kontroli Rosja umożliwi takim krajom jak Turkmenistan, Uzbekistan czy Kazachstan eksport gazu i ropy po normalnych rynkowych cenach oraz bez kontroli Rosji. Rosja straci w ten sposób główny środek nacisku i główny argument zarówno w Europie jak i w Azji Centralnej. Rosja przełknęła gorzka pigułkę, jaką była bezpośrednia rura z Kazachstanu do Chin, jednak w tej inwestycji spore udziały ma rosyjski koncern. O ile ze stratą Chin ze swojej strefy wpływów Rosjanie pogodzili się już z 50 lat temu, o tyle z utratą tak potężnego instrumentu nacisku jak surowce energetyczne w przypadku kierunku Europejskiego – łatwo się nie pogodzą.

  2. W przypadku krajów Azji Centralnej działa zasada „pokorne cielę dwie matki ssie”. Krajami tymi rządzą dawni kacykowie lokalnych oddziałów KPZR. Jedynym wyjątkiem jest Kirgizja, ale ona nie ma ani ropy ani gazu. Ma jedynie czystą wodę, a to na razie za mało, by się o nią zabijać. Zarówno Uzbekistan jak i Kazachstan, pomimo okresowych mariaży z USA, nigdy nie deklarowali rosyjskich antypatii. Owszem zdarzały się rozbieżności między tymi krajami a Rosją, ale zawsze dotyczyło to konkretnych spraw a nie całokształtu. I mimo, że Uzbekistan i Tadżykistan udostępniły swoje terytoria USA dla wojsk, które biorą udział w operacji afgańskiej, to jednak rosyjskie wojska także „gwarantują pokój” na tych terenach.

  3. Z tych samych powodów Rosjanie są wybitnie niezainteresowani, by zapanował spokój w Afganistanie oraz Pakistanie, który umożliwiłby wybudowanie kolejnego wariantu rurociągu do pakistańskiego portu w Karaczi. Najprawdopodobniej z tego powodu, już kilkukrotnie główny uzbecki terrorysta, Dżuma Namangani z międzynarodowego obecnie Islamskiego Ruchu Uzbekistanu (IRU), zanim został prawdopodobnie zabity w 2001 roku, był ewakuowany ze swoich górskich uzbeckich i tadżyckich kryjówek na terytorium afgańskie. Pisze o tym m.in. Ahmed Rashid. Im dłużej trwa zamieszanie pomiędzy afgańskimi plemionami tym dłużej Rosja może kontrolować całą Środkową Azję, trzymając ją za gardło za pomocą linii przesyłowych głównego ich eksportowego towaru, czyli ropy i gazu.

  4. Ostatnio coraz więcej krajów, do tej pory posłusznych woli rosyjskiego hegemona zaczęło podnosić głowę i buntować się przeciwko takiemu stanowi rzeczy. Kraje bałtyckie dawno zostały spisane na straty, ale umówmy się – to nie jest kluczowy rejon. Najpierw Gruzja, później Ukraina, Łukaszenko na Białorusi chyba też zaczyna sobie zdawać sprawę, że jego dni są policzone, bo sprzedał już rosyjskim koncernom w zasadzie wszystko, co miał do sprzedania. Uzbekistan i Kazachstan zaczynają też się odszczekiwać od czasu do czasu i coraz śmielej spoglądać w stronę coraz bardziej stabilizujących się Chin. Trzeba przeprowadzić jakąś pokazową akcję. Najlepiej zgodnie z amerykańską doktryną wojny prewencyjnej opisaną przez Chomsky’ego (Chomsky, Hegemonia albo przetrwanie, Warszawa 2005, s.25). Ofiara takiej wojny:
    1) Musi być praktycznie bezbronna.
    2) Musi być na tyle ważna, by w ogóle opłacało się podejmować jakieś działania.
    3) Musi dać się ją przedstawić jako ucieleśnienie skrajnego zła i bezpośrednie zagrożenie dla naszego przetrwania.

    Irak spełniał wszystkie warunki. Rosja robi wszystko by Gruzję przedstawić także jako spełniającą te warunki, ale wierzą w to chyba tylko sami Rosjanie. O zachętach wysyłanych Gruzinom przez Rosjan i przez Amerykanów można poczytać gdzie indziej. Wystarczy zauważyć, że to, co Rosjanie wyprawiają w Gruzji, to całkowicie jawne wymierzanie karnych batów niegrzecznemu dziecku. I to w imię jego dobra: czyż plądrowanie Gori, wysadzanie okrętów w Poti i przejmowanie magazynów broni w Senaki nie jest „przymuszaniem do pokoju” i zabezpieczaniem Osetyńczyków przed ludobójczymi napadami Gruzji? A wysadzenie mostu na głównym szlaku kolejowym? A podpalenie parku narodowego? Czyż nie jest to w cywilizowany sposób dawanie nauczki niegrzecznemu barbarzyńcy?

  5. Reakcje świata są dla Rosjan nieocenionym papierkiem lakmusowym pokazującym, do czego mogą się posunąć w innych interwencjach „w obronie swoich obywateli”. Opieszałość tych reakcji już pozwala mówić Rosjanom o możliwych atakach na Polskę, ostatnio pojawiają się nawet głosy o atakach jądrowych. Jestem przekonany, że Rosja nigdy nie posunie się tak daleko, jednak reakcje Europy wiele mówią o jej kondycji, która jak widać wróciła chyba do stanu z 1938 roku: najlepiej nie robić nic.

2. Korzyści amerykańskie.
  1. Amerykańska gospodarka wali się od jakiegoś czasu i choć nie widać jeszcze na horyzoncie ewidentnej katastrofy, to w misternej konstrukcji rysuje się coraz więcej pęknięć. Urzędnicy w obecnej administracji amerykańskiej potrafili przekonać ekipę, że trzeba postawić na zbrojenia, że Ameryka jest zagrożona i że kolosalna kasa musi iść na rozwój wojskowych zabawek. Zabawek tych nie projektuje się w ciągu kilku miesięcy. Obecnie cykl wytworzenia tak skomplikowanej maszynki jak nowy samolot, trwa co najmniej kilkanaście lat, nie mówiąc o systemie rakietowym obejmującym całą planetę. Ten jakże drogi system stoi obecnie pod znakiem zapytania wobec prawdopodobnej zmiany ekipy w Waszyngtonie. Trzeba zrobić coś, aby uzasadnić jego konieczność. Imperialne zakusy Rosji świetnie się do tego nadają. Wystarczyło tylko zasugerować Tbilisi, że Waszyngton stanie w obronie Gruzji, a Rosji, że Ameryka kolejnego frontu otwierać nie będzie.

  2. USA może sobie pozwolić na rosyjska dominację w Europie. Co więcej, mocna Rosja oznacza słabą Europę. Rosyjskie zagrożenie oznacza także mniejszy opór przed rozwijaniem dominacji amerykańskiej na świecie, w którym jest (ta dominacja) jedyną przeciwwagą o pokrewnych korzeniach ideologiczno-światopogladowych. Z Chinami Europa przecież trzymać nie będzie. Nawet chwilowo i doraźnie. USA może sobie pozwolić na poświęcenie korytarza gruzińskiego, bo i tak to nie USA z tego korytarza korzystają. Ameryka korzysta głównie z surowców własnych, południowoamerykańskich oraz arabskich. Azja Środkowa też ją interesuje, ale na pewno nie jest priorytetem. Afganistan wobec niejawnej rosyjskiej i islamskiej dywersji jeszcze długo nie umożliwi jakichkolwiek poważnych inwestycji.

  3. Miałem jeszcze kilka pomysłów na korzyści, jakie USA może mieć z konfliktu na Kaukazie, ale ostatnie wydarzenia pokazują, że sam Waszyngton jest chyba zaskoczony skalą rosyjskiej reakcji. Początkowe stonowane wypowiedzi Busha jasno pokazały, że Ameryka nie jest ani zaskoczona konfliktem, ani nie jest dramatycznie jemu przeciwna. USA zbyt wiele zainwestowały w Rosji w ostatnich latach, by móc sobie pozwolić na ponowne dychotomizowanie świata. Ciekawa jednak była wolta, jaką wykonała pani Rice, która przed wyjazdem do Gruzji (informacja z 14 sierpnia, godz. 20:00) miała czelność zaproponować, by Gruzja zgodziła się na stałą obecność wojska w Osetii i Abchazji w zamian za wycofanie się wojsk rosyjskich z Gruzji właściwej. Już po przyjeździe do Tbilisi zmieniła zdanie i jednak stanowczo zażądała natychmiastowego wycofania wojsk rosyjskich jako warunku dla pokoju. A teraz to możecie już nam naskoczyć – zdają się mówić Rosjanie niszcząc mosty i podpalając parki. I mają rację. Zachód odkrył karty. Zachód nie ma zamiaru kiwnąć palcem.

Zadziwia w tym wszystkim brak zdecydowanej reakcji Europy. O ile USA mogą sobie pozwolić na rosyjski imperializm i nawet mogą wyciągnąć z tego pewne korzyści, o tyle postawa polityków i mediów niemieckich, ale także francuskich sprawia wrażenie, jak by to byli ludzie na pasku rosyjskiej agentury. W interesie Europy leży jak najszybsze powstrzymanie rosyjskich neoimperialnych zapędów oraz utrzymanie i rozwój gruzińskiego rurociągowego korytarza. Ja rozumiem strach przed konfrontacją z Rosją, której nie dał rady ani Napoleon ani Hitler, ale przecież nikt nie mówi o otwartym zbrojnym konflikcie! Nie trzeba dziecku dawać klapsa, żeby mu uświadomić, że pewnych rzeczy nie należy robić. Nie chcę jednak wpaść w jałową ścieżkę wskazywania pseudorozwiązań. Dlatego milknę.

Dodam tylko dwa słowa o interesach europejskich, które choć wydają się oczywiste to okazuje się, że oczywiste są dla mało kogo.
  1. Utrzymanie korytarza dla kaspijskiej i środkowoazjatyckiej ropy i gazu powinno być priorytetem. Co prawda nie rozumiem, dlaczego nie możemy importować surowców z krajów arabskich, podobnie jak robią to zarówno Amerykanie jak i Chińczycy? Może ktoś mnie oświeci?

  2. Nie dopuszczenie do precedensu, gdy dla ochrony, nie ważne w tym miejscu, czy prawdziwej czy rzekomej, jakichkolwiek obywateli, Rosja może najeżdżać demokratyczny kraj. Przypadek Kosowa przywoływany na początku konfliktu jest absolutnie nieadekwatny, bo nikt nie najechał ani Serbii ani Kosowa i nie niszczył całej infrastruktury tych krajów. Bliższą analogią mogłaby być wojna w Iraku oraz Afganistanie, które USA i spółka najechały w ramach „wojny z terroryzmem” i zaprowadzają tam bez powodzenia „ład” i „porządek”, bez brania pod uwagę lokalnych uwarunkowań społeczno kulturowych. Jednak jeśli Rosja rzeczywiście chce być postrzegana jako część Europy (jak chcą tego choćby Niemcy), jeśli mamy ją poważnie traktować jako demokratyczne cywilizowane państwo, to gruzińska sytuacja jest kategorycznie nie do przyjęcia. Wojna z państwem z innego kręgu światopoglądowego, z państwem autorytarnym, po miesiącach ultimatów i przygotowań to jedno. Nie mam najmniejszego zamiaru usprawiedliwiać takich wojen. Ale wojna z państwem demokratycznym, w naszym kręgu cywilizacyjnym jest nie do przyjęcia. Jeśli Rosja może zniszczyć Gruzję to dlaczego nie może zniszczyć i podzielić Ukrainy, Mołdawii i innych europejskich krajów, gdzie są rosyjscy „obywatele”? Jeśli Rosja chce być poważnie traktowana, musi się poważnie zachowywać.

  3. Nie można dopuścić do powtórki z 1938 roku, gdy uległość wobec imperialnych zachowań przyniosła skutek odwrotny od zamierzonego. I to wobec wszelkich przesłanek wskazujących, że Rosja układać się może jedynie z silniejszym, że Rosja słabych ma w głębokim poważaniu. Dlaczego Rosja nie walczy z Chinami nawet na płaszczyźnie politycznej? Dlaczego z Japonią konflikt o wyspy kurylskie dawno przysechł? Rosja bada granice, do jakich się może posunąć. Brak reakcji rozzuchwali ją dokładnie tak samo jak rok 1938 rozzuchwalił Hitlera. Nie twierdzę, że nie byłoby wojny, ona i tak by miała pewnie miejsce, bo jawnie do niej Niemcy ówcześnie dążyli, ale gdyby Francja i Anglia zareagowali tak jak powinni w 1939 roku, potęga Niemiec zostałaby złamana jak zapałka. Tak twierdzą dzisiaj historycy. Pacyfizm nie zawsze jest najlepszą drogą dla zachowania pokoju. Dzisiaj Rosja pokazuje już całkiem jawnie, że cywilizowany świat ma gdzieś i jeśli nie zareagujemy, kolejny raz obudzimy się z ręką w nocniku. A miało być tak pięknie.

Trzy powyższe interesy powinny wystarczyć, aby zareagować natychmiast. Tak się nie stało i mamy otwarte lekceważenie rozejmu połączone z nieustannymi zapewnieniami, że Rosjanie są w trakcie wycofywania. Nie potrafię znaleźć wytłumaczenia dla działań polityków starających się ciągle zachować zimną krew. Nie wierzę w ich głupotę, nie wierzę w zaniedbanie. Nie wierzę w krótkowzroczność. Za każdym z nich stoi sztab doradców i analityków. Przeraża mnie jak daleko sięga rosyjska propagandowa agentura, która zrobiła wodę z mózgów nie tylko własnym obywatelom, ale również znakomitej większości unijnych decydentów. Przytomne słowa przywódcy Torysów w Wielkiej Brytanii są jednak, jakże po polsku, zbywane przez rządzącą koalicję irytacją, że "ten pan nie powinien tego robić".

Z powyższych powodów, w obecnej sytuacji, zupełnie inaczej przychodzi mi spojrzeć na „polityczne awanturnictwo” dyplomatołków z otoczenia naszego prezydenta. Rezerwa wobec uznania Kosowa bardzo szybko okazała się być czymś więcej niż niechęcią wobec podążania w zgodzie z „cywilizowanym światem”. W dzisiejszej sytuacji również to otoczenie prezydenta jest tym nielicznym ośrodkiem, który dostrzega dalekosiężne konsekwencje obecnej sytuacji. Ten „cywilizowany świat” zostawił nas samopas w 1939 roku, oddał nas na pastwę sowietów w 1945, a teraz po 1989 roku nie raz już ustami swoich polityków napominał, że „znowu zmarnowaliśmy okazję do tego, by siedzieć cicho”. Ja nie chcę, by rządzący Polska siedzieli cicho. Ja chcę by rządzący Polską dbali o POLSKIE interesy w podobny sposób jak to robią Niemcy, Francuzi czy Anglicy. Prezydencki rajd do Tbilisi był tego dobrym przykładem. Mam nadzieję, że na tym rajdzie się nie skończy, że za tym pójdą jakiekolwiek sensowne działania, nie polegające na chowaniu głowy w piasek. Nawet, jeżeli trzeba będzie zacząć budować nową antyrosyjską koalicję, o co Rosja aż się prosi! Mam nadzieję, że oportuniści zostaną tym razem zepchnięci na margines, a polscy i zagraniczni przedsiębiorcy dalej będą mogli spokojnie i swobodnie inwestować w akcje i nieruchomości na polskim rynku.

dopisane 23 sierpnia:
Od początku dziwiłem się dlaczego to Gruzini "dali się sprowokować", gdyby np. bateria artyleryjska umieszczona w Katowicach strzelała do Sosnowca, to akcja wojska albo policji by zlikwidować taką baterię też oznaczałaby "uleganie prowokacji"? I dawałaby np. Niemcom prawo do interwencji??? Nikt nie uważa strzałów wykonywanych przez Osetyjczyków za agresję, natomiast strzały Gruzinów to idiotyczna agresja? Kule osetyjskie mniej ważą? Nie dajmy sobie robić wody z mózgów!!! Poniżej link do świetnego zestawienia faktów z początków wojny:
Kto wywołał tę wojnę? - analiza TVN.

Tutaj pierwsza część uwag na gorąco spisanych w poście Wojna rosyjsko-gruzińska.

poniedziałek, 11 sierpnia 2008

Aralskie pożegnanie

<<< poprzedni odcineknastępny odcinek >>>

Poranek był zaskakująco chłodny. Na szczęście nie zmarzliśmy, ale wyjście ze śpiwora było bolesne. Musieliśmy wstać wczesnym świtem, bo chcieliśmy jeszcze dzisiaj dojechać do Chiwy. Szybko wrzuciliśmy rzeczy do plecaków, plecaki do samochodu, chleby do żołądków i ruszyliśmy w kierunku Moynaqu. Wschód słońca niestety był zasłonięty przez chmury, wiec ten punkt programu trzeba było wykreślić. W ramach rekompensaty spotkaliśmy po drodze samotnego orła, który upolował coś jakieś sto metrów od drogi.

Po zjechaniu na dno kierowca zatrzymał samochód, żeby wymienić jakąś zużytą część przy silniku. Było zatem kilka minut na rozprostowanie kości i kontemplację księżycowego krajobrazu. Łyse wzniesienia klifu, rachityczne powysychane krzaczki, na których osadziła się warstwa soli, spękana ziemia pokryta małymi muszelkami, które znaliśmy z aralskiego wybrzeża, porozrywana i zardzewiała karoseria starego autobusu – wszystko razem tworzyło niezwykłą aurę antytezy tajemniczego ogrodu, który był przecież kwintesencją życia, w przeciwieństwie do tego miejsca, które było kwintesencją końca. Wszyscy robiliśmy zapamiętale zdjęcia spękanej ziemi, by pamiętać czemu należy szanować wodę.

W miarę oddalania się od klifu pejzaż stawał się coraz mniej przyjazny. Myślałem że to nie możliwe, ale każdy kolejny kilometr zmieniał moje wyobrażenie o znaczeniu pojęcia „pustkowie”. Droga nie była tak wyboista jak poprzedniego dnia. Koleiny były płytkie i nie rozjeżdżone oraz prawie bez zakrętów. Mogliśmy jechać znacznie szybciej. W pewnym momencie całkowicie skończyła się jakakolwiek roślinność. Szary suchy popękany muł upstrzony był koralikami muszel. Miałem wrażenie, że zaraz przyjdzie fala i nas pochłonie jak egipską armię która goniła Mojżesza przez Morze Czerwone. Nikt z nas nic nie mówił, każdy zafascynowany patrzył przez okno, z zaciśniętymi wargami wypatrując na horyzoncie końca pustki.

Szymbergen opowiadał poprzedniego wieczoru, że po drodze do Moynaqu jest fragment lasu, gdzie czasem poluje na króliki albo kuropatwy. Zdarzają się też inne zwierzęta, na przykład lisy. Dojechaliśmy w końcu do tego „lasu”. Gdyby kierowca nie powiedział mi że to jest to miejsce z jego opowiadania, nigdy bym się nie domyślił, że można to coś nazwać lasem. Zarośla, faktycznie były gęściejsze i bardziej zielone niż gdzie indziej. Ale żadna roślina nie była wyższa od samochodu.

Droga doszła do miejsca, które po deszczu jest ponoć bardzo trudne do pokonania. Szymbergen opowiadał, jak kiedyś przez dwie godziny walczyli, by przejechać mały wąski rów. Gdy jest sucho można go nawet nie zauważyć, ale gdy zaczyna padać - płynie nim woda, a brzegi robią się cholernie śliskie. Na szczęście dla nas tym razem pogoda była normalna. Wjechaliśmy w końcu na coś w rodzaju utwardzonej drogi na specjalnym nasypie. Nie było asfaltu, ale też nie była to już zwykła polna droga. Co więcej, drogi co kilkadziesiąt kilometrów krzyżowały się ze sobą. Zagadka ich przeznaczenia szybko się wyjaśniła wraz z pojawieniem się na horyzoncie szybów Gazpromu. Szymbergen ostrzegł, żeby nie pokazywać aparatów fotograficznych, bo pracownicy tych szybów bardzo nie lubią zdjęć. Wyschnięcie Aralu na pewno ułatwiło eksploatację tutejszych złóż gazu. Czy następstwo przyczyny i skutku nie zachodzi również w drugą stronę (np. doprowadzono do wyschnięcia jeziora by odsłonić dno i ułatwić eksploatację) – to oczywiście pewnie zbyt daleko idące teorie, ale znając historię planów zawracania syberyjskich rzek, samo zastanawianie się nad tym na pewno nieuprawnione nie jest ;-)

Po przejechaniu 250 km po niegdysiejszym dnie Morza Aralskiego wjechaliśmy znowu na asfalt. To była miejscowość Uchsay. Kilkanaście kilometrów dalej rozpoczął się Moynaq. Kierowca pokazywał raz na prawo, raz na lewo: o tu była największa fabryka konserw, a tu była fabryka czegoś tam, a tam była inna fabryka. Dziś te miejsca straszą wybitymi szybami albo odartymi ze ścian żelbetowymi szkieletami. Jeden z nielicznych zadbanych domków to szare parterowe biuro Gazpromu. Jest to jedyny obecnie pracodawca w okolicy. Z miasta liczącego kilkadziesiąt tysięcy ludzi zostało do dzisiaj kilkaset osób.


Zajechaliśmy na parking przy starym porcie. Na parkingu ustawiono tablice informujące o rozmiarach zmian w granicach Morza Aralskiego oraz o historii tych terenów. Zdjęcia satelitarne z 2004 oraz 2007 roku uświadamiają tempo wysychania, które ciągle rośnie. Całkiem możliwe, że już za kilka-kilkanaście lat Morze Aralskie będzie jedynie wspomnieniem. W Kazachstanie, przy pomocy Banku Światowego, wybudowano tamę Kok-Aral na wąskim przesmyku łączącym północną i południową część jeziora. Dzięki temu wody Syr-Darii są w stanie zasilić mniejszy akwen Jeziora Północnoaralskiego. Jest szansa, że ten fragment dawnego Morza przetrwa. Dla części Uzbeckiej raczej już nie ma nadziei. Kilka lat temu przywódcy państw regionu spotkali się by radzić, co zrobić dla ratowania Aralu. Jedynym wyjściem byłaby rezygnacja z wielkich obszarów upraw bawełny, zamknięcie kanałów i przewrócenie głównego nurtu wody w koryto Amu-Darii. Jednak Uzbekistan stwierdził, że nie może pozwolić sobie na taki krok, że jego po prostu na to nie stać i w związku z tym nic nie zostało zrobione, ani nawet postanowione.

Na białym słonym piasku straszą stare rdzewiejące rybackie kutry. Będące symbolem katastrofy aralskiej widnieją na fotografiach przy wszelkich informacjach o tym regionie. Szczerze mówiąc, te mojnackie statki mocno mnie rozczarowały. Wyobrażałem sobie okręty na pustyni, w pozostałościach portu zasypanego piaskiem, albo wręcz gdzieś na horyzoncie, pośrodku pustyni. Statki w Moynaqu to były zwykłe małe kutry rybackie, przerdzewiałe do szpiku, z poszyciem rozebranym na złom. Nie zostało ich dużo. Dosłownie kilka sztuk. Tylko na jednym można dostrzec resztki farby. Po zabudowaniach portowych też nie zostało najmniejszego śladu. W sumie nad polskim morzem też można obejrzeć kutry rybackie, w trochę lepszym stanie, ale wyciągnięte na piaszczysty brzeg.

Ostatni rzut oka na horyzont i pojechaliśmy w kierunku Nukusu żegnając ostatecznie przygodę z Aralskim Morzem.

<<< poprzedni odcineknastępny odcinek >>>

sobota, 9 sierpnia 2008

Wojna rosyjsko-gruzińska

Rozwinięcie tematu w następnym poście: Wojna nie tylko o Gruzję.

Doniesienia z Kaukazu napawają mnie coraz większym przerażeniem. Nie chodzi przy tym o tragizm tej konkretnej sytuacji. Chodzi mi o logikę i argumentację agresora, która jest pomieszaniem retoryki hitlerowskiej z komunistyczną. Kto z kogo stara się tu zrobić kretyna? Czy Rosjanie naprawdę wierzą, że ktokolwiek łyknie ich "siły pokojowe"? Ich teksty o gruzińskiej agresji na Osetię Południową brzmią tak, jakby Polskę ktoś oskarżał o agresję na Wrocław czy Opole. Tam przecież też jest sporo obywateli niemieckich. Ale dość o emocjach. One niczego nie zmienią, podobnie jak pozory działań podejmowanych przez polityków. Pytanie podstawowe, z którym się zmagam to czy ten konflikt to początek III wojny światowej?

Absurdalność tego pytania jest tylko pozorna. Obecny rosyjski atak wpisuje się znakomicie w logikę historii ostatnich lat. Jeśli spojrzymy sobie na łańcuszek pewnych pozornie niezwiązanych wydarzeń, okaże się że wcale nie musi być tak spokojnie. Nie będę rozwijał tematu, bo to zrobią pewnie za jakiś czas specjaliści. Wypunktuję tylko kilka spraw:

  1. USA są w tej chwili zmarginalizowane militarnie, wykończone wojnami w Iraku i Afganistanie. Jak bardzo są osłabieni, pokazuje przykład Olimpiady, która miała być zbojkotowana. Główna ideologia pchająca amerykańskich żołnierzy na różne wojny to obrona wolności i demokracji. W Pekinie nie po raz pierwszy ale za to bardzo spektakularnie USA pokazały gdzie mają wyznawane przez siebie idee. Dokladnie tam gdzie Rosja i Chiny.

  2. Rosja przyłączając się do wojny z terroryzmem dostała wolną rękę w Czeczenii, którą ostatecznie już wykończyła. Natomiast w Iraku i Afganistanie spokojnie pozwoliła wykończyć się potędze USA.

  3. Kosowo było dla wszystkich jasnym sygnałem: separatyści macie szansę! To był jeden z poważniejszych błędów polityki międzynarodowej ostatnich lat. Region chce się wydzielić to jest precedens, na który można się powołać.

  4. Teraz USA są za słabe na jakąkolwiek wojnę i nie pozwolą sobie na otwarty konflikt z Rosją. Chociaż nie wiadomo. Chiny tylko czekają na okazję, by zająć Tajwan. Oczywiście raczej nie zrobią tego siłą, bo niedługo przejmą go zgodnie z naukami Sun Tsy w sposób pokojowy. Tajwan odda się bez walki w sytuacji gdy tak jak Gruzja nie będzie mógł na nikogo liczyć. Chiny przejmą także kontrole nad cieśniną Malakka i całkowicie pod każdym względem uniezależnią się od USA. Iran widząc co się dzieje zrobi wreszcie swoją bombę przy współpracy Rosjan, którzy stworzą wtedy "szatana", który odwróci uwagę świata od Rosji i Chin.

  5. Powyższemu scenariuszowi mogą chcieć się przeciwstawić Amerykanie i razem z NATO uciekną do przodu i jednak pomogą Gruzji w jej walce. Włączą się w ten sposób w kolejną bałkańską w formie wojnę (górska partyzantka ze zbyt dużą liczbą stron konfliktu, by móc cokolwiek rozwiązać), tylko że tym razem oficjalnym przeciwnikiem będzie Rosja. A w takim przypadku konflikt nie ograniczy się tylko do Gruzji.

  6. Jeśli USA nie zrobi nic, a wszystko wskazuje na to że nie zrobi, że akurat to było ustalone już wcześniej, jakieś działania mogą podjąć kraje europejskie. Jakakolwiek najmniejsza pomoc militarna Gruzji będzie uznana przez Rosję jako przystąpienie do wojny. Co to oznacza - tłumaczyć chyba nie trzeba.
Reasumując: jak świat ograniczy się do werbalnego potępienia Rosji to będzie to zielone światło dla wszelkich innych aneksji w obronie praw obywateli. A spornych regionów nie brakuje. Gdy natomiast świat nie pozostanie obojętny, to nie będzie już tak różowo i nie wierzę że konflikt pozostanie tylko na terytorium Gruzji.

To są bardzo nieprzemyślane uwagi na gorąco. Jak będzie - pożyjemy - zobaczymy. A życie i tak przyniesie najmniej spodziewany scenariusz...



Linki do innych opinii, które uważam za trafne i ciekawe:
Konflikt w Gruzji - blog Europa21
Saakaszwili się podłożył - blog EndGame

Rozwinięcie tematu w następnym poście: Wojna nie tylko o Gruzję.

czwartek, 7 sierpnia 2008

Kapitalizm po polsku - ciąg dalszy

Wyprowadzony z równowagi sytuacją opisaną w notce pt. "Kapitalizm po polsku" postanowiłem dowiedzieć się kilku rzeczy, by wiedzieć, na co mogę liczyć w przyszłości i na co mogę się powołać. Zadałem zatem kilka dość oczywistych pytań skierowanych do różnych miejsc związanych z opisywanymi przygodami. I tak:

  1. Delikatesy Minieuropa odpowiedziały na pytanie o powody odmowy rozmienienia pieniędzy tłumacząc się dbałością o własne koszty:
    Delikatesy Mini Europa nie rozmieniają pieniędzy na drobne. Pieniądze drobne z banku pobieramy za opłatą. Klienci  bardzo często korzystają z bankomatów przy sklepie i mając duże nominały chcą rozmieniać. Niestety nie należy to do naszych obowiązków, rozmieniając wszystkim narażeni bylibyśmy na większe koszty.

  2. Sprawdziłem jedynie bank PKO BP, który jako nasz narodowy bank powinien chyba dbać o nasze interesy. Niestety po raz kolejny okazało się, że dba jedynie o swoje interesy. Uchwała Zarządu Banku rzeczywiście narzuca pobieranie prowizji przy wypłatach drobnych nominałów z konta firmowego. Co ciekawe z konta prywatnego można wypłacić drobne bez prowizji, jeśli konto zarejestrowane jest na firmę – nie ma przebacz. Gdzie logika w takim podejściu – nie wiem. Nie wiem także czy jest jakiś bank, który nie pobiera prowizji za wypłaty przez firmę drobnych niezbędnych przecież do prowadzenia tego typu działalności gospodarczej. Ale wydaje mi się że to kolejna sprawa do sprawdzenia przez UOKiK, który zajął się kiedyś bezprawnymi prowizjami za wpłaty drobnych nominałów na nasze konta. Można także przeczytać o brakach bilonu na polskim rynku i tego konsekwencjach na stronach Dziennika.

  3. Zadałem także pytanie do Głównego Inspektoratu Inspekcji Handlowej, jak to jest z obowiązkiem sprzedaży towaru przez sklepikarza i z kwestią rozmieniania pieniędzy? Dostałem w odpowiedzi obszerne pismo, które wyczerpująco odpowiedziało na nurtujące mnie pytania:

    Żaden przepis prawa nie nakłada na sprzedawców obowiązku rozmieniania pieniędzy. Zależy to od dobrej woli i organizacji pracy sprzedawcy. W świetle obowiązujących przepisów prawa sprzedawca nie może odmówić sprzedaży towaru konsumentowi bez podania uzasadnionej przyczyny. Przy czym chodzi tu o ważne przyczyny np. natury ekonomicznej - odmowa sprzedaży części towaru, gdyż sprzedawany jest on tylko w całości itp. Odmowa sprzedaży określonego towaru konsumentowi ze względu na brak drobnych do wydania reszty z pewnością nie jest uzasadnioną przyczyną takiej odmowy. Art. 135 Kodeksu wykroczeń stanowi, iż: kto, zajmując się sprzedażą towarów w przedsiębiorstwie handlu detalicznego lub w przedsiębiorstwie gastronomicznym, ukrywa przed nabywcą towar przeznaczony do sprzedaży lub umyślnie bez uzasadnionej przyczyny odmawia sprzedaży takiego towaru, podlega karze grzywny. Nieuzasadniona odmowa sprzedaży stanowi więc wykroczenie podlegające karze grzywny.

    Wojewódzki Inspektor Inspekcji Handlowej w Warszawie dodaje jednak do powyższego:

    Jeżeli jednak sprzedawca nie ma możliwości wydania reszty, to wówczas trudno przyjąć, że odmowa sprzedaży jest nieuzasadniona.
Reasumując. Jak potrzebujesz drobnych i sprzedawca odmawia ci sprzedaży zapałek bo twierdzi, że nie ma wydać - można wezwać policję, by zgłosić wykroczenie, ale jeśli policja zajrzy do kasy i stwierdzi, że rzeczywiście nie ma drobnych to racja będzie po stronie sprzedawcy. Tak zdroworozsądkowo: rozumiem mały kiosk, czy inny osiedlowy sklepik, jednak od większego lokalu, który ma kilka kas, chyba można oczekiwać, że rozmieni mi pieniądze lub nie odmówi sprzedania zapałek, gdy mam w portfelu jedynie 50 zł.

Teraz sprawa biletów i Warszawskiej Karty Miejskiej, z której dostępnością bywa różnie.
  1. Wysłałem kilka pytań do firmy obsługującej Warszawska Kartę Miejską, ale dotychczas nie uzyskałem na nie odpowiedzi. Ich Centrum Obsługi Klienta chyba w ogóle nie działa.

  2. Metro Warszawskie stwierdziło tylko, że nie zajmuje się dystrybucją biletów ZTM i obsługą WKM – jest to kompetencja Zarządu Transportu Miejskiego w Warszawie.

  3. Zatem wysłałem poniższe pytania do ZTM-u:
    1. Dlaczego ZTM nie zobowiązuje najemców kiosków usytuowanych na terenie metra do prowadzenia punktów odnawiania Warszawskiej Karty Miejskiej?
    2. Dlaczego sprzedawcy w takich punktach nie dysponują informacją o najbliższym punkcie odnawiania takiej karty?
    3. Jakie są kryteria przyznawania licencji na odnawianie Warszawskiej Karty Miejskiej
    4. Dlaczego automaty do odnawiania warszawskiej karty miejskiej nie mają możliwości płacenia kartą płatniczą? Dlaczego nie można zobowiązać dostarczyciela takiej usługi do umożliwienia korzystania z kart płatniczych?

    Odpowiedź przyszła niedawno:

    Zarząd Transportu Miejskiego w zawieranych umowach najmu lokali dla kiosków nie ma podstaw prawnych do umieszczania klauzuli dotyczącej obowiązku kodowania biletów na Warszawskiej Karcie Miejskiej. Punkty sprzedające i ewentualnie kodujące bilety są odrębnymi i niezależnymi podmiotami gospodarczymi. W związku z tym nie posiadają informacji o innych punktach oraz o zakresie świadczonych przez nie usług.

    Zarząd Transportu Miejskiego nie wprowadził specjalnych kryteriów dotyczących uzyskiwania pozwolenia na kodowanie biletów na Warszawskich Kartach Miejskich.

    Jednocześnie informuję, iż do końca bieżącego roku na większości stacji metra postawione zostaną automaty, w których będzie możliwość zakupu biletu dokonując płatności kartą kredytową. Cały czas dążymy do poprawy jakości świadczonych przez nas usług i dokładamy wszelkich starań, aby takie automaty znalazły się również na ważniejszych pętlach autobusowych/tramwajowych oraz przy większych węzłach przesiadkowych.

    Za pewne niedogodności, które mogą obecnie pojawiać się przy próbie zakupu dogodnych dla Pana biletów serdecznie przepraszamy.

Zatem pewne prace zmierzające do polepszenia obecnego stanu rzeczy są prowadzone. PR firmy też stara się działać prawidłowo. To cieszy. Myślę jednak, że warto wprowadzić wymóg posiadania przez sprzedawców na terenie zarządzanym przez Metro czy ZTM wiedzy ułatwiającej korzystanie z, publicznego w końcu, transportu. Jeśli nawet przyjmiemy, że sprzedawca jest tylko człowiekiem i nie musi wiedzieć wszystkiego o najbliższej okolicy, to przecież można stworzyć jakieś tablice informacyjne o najbliższych miejscach wiszące w widocznym miejscu sklepiku, można dodać znaczek na istniejących mapach informacyjnych, które są przykładem wdrożenia świetnego pomysłu na informację o okolicy. Wiele rzeczy idzie w dobrym kierunku, ale jak zwykle: diabeł tkwi w szczegółach. I jeśli takie drobne szczególiki będą szwankować, to cały system będzie do niczego. Możliwości skorzystania z usługi to jedno. Wiedza jak z usługi skorzystać to drugie.

poniedziałek, 4 sierpnia 2008

Karakałpacja

<<< poprzedni odcineknastępny odcinek >>>

Karakałpakstan jest największym wilojatem (czymś rodzaju województwa) Uzbekistanu, który dodatkowo posiada status autonomicznej republiki. Według innych źródeł to nie jest żaden wilojat tylko po prostu autonomiczna republika. Zajmuje obszar ponad 1/3 powierzchni Uzbekistanu, na którym mieszka ok. 1300 tys. osób czyli niecałe 5% ludności Uzbekistanu. Niegdyś teren ten był częścią Kazachstanu, później został włączony do Imperium Rosyjskiego, a od 1930 roku jest częścią Uzbekistanu. To tutaj Amu-Daria wpada do Morza Aralskiego, to tutaj był jeden z dwu największych aralskich portów – Moynak. Jeszcze w połowie XX wieku rosły tu ponoć lasy, w których grasowały tygrysy, a na polach uprawiano bawełnę. Według amerykańskiego przewodnika w czasie głodu w 1921 roku, na apel Lenina rybacy z Moynaku wyłowili w krótkim czasie rekordową ilość 21 tys. ton ryb ratując od śmierci głodowej mieszkańców regionu nadwołżańskiego. Znając historię, źródłem tej informacji mogła być jakaś propagandowa ulotka albo komunistyczna czytanka. Nawet jeśli rzeczywiście tak było, to kilkanaście lat później historia nie miała szansy się powtórzyć w związku z głodem na Ukrainie. Dziś pejzaż Karakałpacji stanowi głównie słona pustynia.

Uzbecy stanowią jedynie 33% mieszkańców Karakałpaku, a sami Karakałpacy twierdzą, że zdecydowanie bliżej im do Kazachstanu niż do Uzbekistanu. Ich języki są bardzo zbliżone, natomiast uzbecki postrzegają jako zupełnie inną rodzinę. Gdyby mieli wybierać, to nie ma wątpliwości, że wybraliby Kazachstan. Ale los rzucił ich w objęcia Taszkientu i trudno, starają się żyć jak mogą. Tutaj zawsze rządziło jakieś inne imperium. Od Czyngis Chana, przez Tamerlana, po Imperium Rosyjskie. Nawet Uzbekistan jako taki został niepodległym krajem dopiero w 1991 roku.

W całym Uzbekistanie mieszkańcy twierdzą, że za Sojuza było lepiej niż teraz, była praca, nie było aż takiej korupcji, natomiast teraz zupełnie jawnie kabzę nabija tylko klasa rządząca. W Karakałpacji ta opinia jest jeszcze bardziej nasilona. Taszkient traktuje ten region jak zbędnego bękarta. Wstrzymane są jakiekolwiek inwestycje i dotacje, w państwowych firmach niewypłacane są pensje po kilka miesięcy, a jak w końcu są wypłacane to tylko częściowo. Region wysycha coraz bardziej i coraz bardziej biednieje. Stolica nie zamierza z tym absolutnie nic robić. Jedynie Gazprom inwestuje w eksploatację bogatych złóż gazu. Reszta chyba już postawiła na tym regionie krzyżyk.

Pomimo tego ludzie tutaj są, podobnie jak w większości krajów Azji Środkowej, niezwykle uprzejmi i uczynni. Zarówno wobec siebie nawzajem jak wobec obcych. Z jednej strony nienawidzą Karimowa i jego klikę, ale jednocześnie nie pałają żądzą odwetu lub zemsty. Są nastawieni pokojowo. Kilka miesięcy wcześniej jacyś „terroryści” wysadzili i spalili największy w Nukusie dom handlowy. Ani prasa, ani telewizja nie zająknęła się na ten temat. Cisza. Nic się nie stało. Ale wypalony szkielet stoi do dzisiaj. A Karakałpacy się dziwią, kto to mógł być? Prowokacja Taszkientu? Przecież oni tylko zniszczyli dobytek normalnych ludzi oraz ich miejsca pracy. Według miejscowych to żadni terroryści, tylko zwykli wandale. Bo jakiś dom handlowy w Nukusie stolica i tak ma w głębokim poważaniu.

Zastanawia w takim razie dlaczego Karimow i jego ludzie są nieustająco wybierani w kolejnych wyborach? Odpowiedź jest prosta. Nie muszą w tym celu uciekać się do fałszerstw. Wystarczy dla zachowania pozorów demokracji wystawić kilku kandydatów, z których każdy będzie z „układu”, ale na różnych poziomach zaufania. Kandydat z najniższej półki będzie przedstawiany jako opozycja. A po wyborach głosy są liczone i okręgi, w których człowiek Karimowa dostał najmniej głosów lub gdzie poszło mało ludzi do urn, mają radykalnie obcinane i tak wątłe budżety. Tworzy się więc specyficzne współzawodnictwo, aby mieć jak największy odsetek głosów na właściwego człowieka. Kontrkandydat i tak jest tylko figurantem. Nie opłaca się głosować niewłaściwie albo w ogóle nie głosować. Tak wygląda Uzbecka demokracja na poziomie zwykłych ludzi. Jak sobie dołożymy aresztowania politycznych aktywistów, tortury i wysyłanie wojska na ulicę w razie najmniejszych demonstracji – nie powstaje zbyt różowy obraz. Obraz postkomunizmu w pełnej krasie z zachowaniem najlepszych radzieckich wzorów.

Jest też oczywiście druga, jaśniejsza strona medalu. Na ulicach jest niezwykle bezpiecznie. Nawet po zmroku nie widać śladu agresji. Kiedyś zmorą turystów były powszechne haracze na niezwykle częstych na drogach punktach kontrolnych. Teraz policja najwyraźniej otrzymała prikaz, aby do turystów podchodzić bardzo pobłażliwie, opiekuńczo i pomocnie. Osławione łapówki przy bramkach odeszły w zapomnienie. Gdy policjant widzi, że kierowca wiezie zachodnich turystów, przepuszcza samochód bez żadnej kontroli. Karimow wziął się w końcu za solidny PR, który może przynieść odpowiedni skutek, bo w każdym z turystycznych miast liczba turystycznych wycieczek (wśród których prym wiodą Francuzi) jest powalająca. Kasa zostaje w kraju, a opinie wracają razem z podróżnikami. Nie niepokojony turysta będzie się zastanawiał, podobnie jak w Chinach Roku Olimpiady: dlaczego ci żądni sensacji dziennikarze piszą tylko o torturach, zamiast o pięknych zabytkach Samarkandy?

Republika Uzbekistanu po 1991 roku - z portalu psz.pl
Oficjalna strona Karakałpacji

<<< poprzedni odcineknastępny odcinek >>>

 


Igor Czajka - Copyright 2008. Wszystkie Prawa Zastrzezone.

mail do autora - Igor Czajka