aktualizacja w weekendy ;-)

poniedziałek, 28 lipca 2008

Ognisko nad Aralskim Morzem

<<< poprzedni odcineknastępny odcinek >>>

Wódka, którą postawił na stole nasz kierowca, pomimo tego, że była ciepła, nie była ostra i miała lekki posmak gruszki i śliwowicy. Nie mogłem się nadziwić, że jedynym surowcem była pszenica.
- To najlepsza nasza wódka – wyjaśnił Szymbergen. – Można ją dostać tylko w jednym miejscu w Nukusie. Poza Karakałpakstanem już jej nie dostaniesz.

Ponieważ każdy z nas miał w swoim plecaku spory zapas „na prezenty” i „na wszelki wypadek”, popijaliśmy sobie w promieniach zachodzącego słońca i grantsa i żołądkową, na koniec dobijając naszego kierowcę żubrówką. Nie był chyba przygotowany na taki obrót sprawy, bo dotychczas woził Japończyków, Niemców albo Francuzów. Niemniej jednak do śpiewania karakałpackich piosenek nie dał się namówić.

Zanim jednak doszło do śpiewów przy ognisku wysłuchaliśmy opowieści, jak czyste i zdrowe powietrze jest w okolicy. Rzeczywiście, nie ma w promieniu kilkuset kilometrów żadnej fabryki, jeśli nie liczyć szybów gazowych Gazpromu. A plaga kamieni nerkowych, wynikająca z pyłu solnego w powietrzu, która występuje wśród mieszkańców nadaralskich wiosek to chyba tylko wroga propaganda. Podobnie jak informacje o gigantyźmie niemowląt, zapadalności na wszelkiego rodzaju odmiany raka czy zatrucie wód gruntowych solą i pestycydami. Zastanawiałem się czy jest to objaw zwykłej ignorancji, czy też to wszystko zdawało się nie istnieć w umyśle lokalnego patrioty? Wrażenie narastało wraz z kolejnymi opowieściami.

Niedaleko od naszego obozowiska, na największej na morzu wyspie, umiejscowiony był za czasów sowieckich, tajny poligon broni biologicznej. Co tam robiono, do dzisiaj nie wiadomo, oficjalnie produkowano wąglika. Teren został opuszczony i pozostawiony samopas. Morze Aralskie wysycha, wyspa stała się już dawno półwyspem, tylko kwestią czasu może być zmaterializowanie horrorów, gdy jakiś lis albo inny zając przeniesie na zamieszkałe tereny nieznane dotąd wirusy. W 2002 roku zorganizowano podobno ekspedycję w celu neutralizacji wąglika i dziś Szymbergen tylko wzrusza ramionami. Jak do tej pory nic stamtąd nie przyszło, to pewnie już nie przyjdzie.

A kiedyś teren był pilnie strzeżony. Tu gdzie siedzimy jeszcze 20 lat temu nie wolno było dojeżdżać. Na całym klifie istnieją tylko trzy zjazdy. I ten znajdował się już w strefie chronionej. Drugim zjedziemy jutro jadąc do Moynaku. Trzeci jest jeszcze 50 kilometrów na północ. Tutaj stacjonowali żołnierze i nikt nie miał prawa wstępu pomimo, że od poligonu teren był odgrodzony przestrzenią kilkudziesięciu kilometrów wody. Teraz niegdysiejsze eksperymenty nie są już takie tajne. O poligonie można poczytać w wikipedii.

*

Szymbergen uprzedził nas, że gdyby nie daj Boże w nocy zaczęło padać, to natychmiast mamy go obudzić. Ziemia jest tu bardzo gliniasta i gdy rozmięknie, to samochód nie podjedzie pod górę, bo będzie się ślizgał. Gdyby w nocy spadł deszcz to jest niebezpieczeństwo, że będziemy czekać kilka dni aż ziemia wyschnie. Ostrzeżenia o niebezpiecznych skutkach możliwych opadów zabrzmiały absurdalnie w okolicy, gdzie wszystko dookoła było wyschnięte na pieprz.

Gdy zrobiło się ciemno, obłupaliśmy jedno z okolicznych rachitycznych drzewek z wyschniętych konarów. Szymbergen pilnował, żeby nie łamać „zielonego”, choć naprawdę trudno było odróżnić, który konar żyje a który jest już suchy. Ostatecznie jednak kryterium było dość proste: suche było kruche, żywe nie dawało się ułamać. Dorzuciliśmy do ogniska, kierowca bardzo ekologicznie podlał gałęzie benzyną i zrobiło się znowu jasno. Jak już wspominałem, kilka prób namówienia go na zaśpiewanie karakałpackich piosenek, połączone z prezentacją polskich i łemkowskich „pieśni masowego rażenia” przyniosło jedynie taki efekt, że facet puścił nam jego ulubione miejscowe kawałki ze swojej komórki.

Jedynym wyjściem było pójść spać. Jednak nic z tego, bo gdy tylko weszliśmy do namiotów usłyszeliśmy rytmiczny odgłos kropel. Nastąpiła chwila paniki. Dziewczyny zarzekały się, że za żadne skarby nie wsiądą do samochodu z kierowcą w takim stanie. Ale też nie chcieliśmy nocować na dole, bo nie mamy ani czasu ani jedzenia na kilkudniowe grzebanie się w glinie. Zdawaliśmy sobie też sprawę, że piechotą na szczyt klifu będziemy szli co najmniej godzinę. Deszcz na razie padał malutki i Szymbergen był zdezorientowany.
- Jak myślisz Igor? Rozpada się czy przejdzie?
- Szym! Przecież to Ty tu mieszkasz! Ja nie wiem! - U nas taki deszcz może przejść w ulewę, ale może też zaraz minąć, coś tam można po chmurach, temperaturze i prognozach powiedzieć, ale tutaj? Nie mam pojęcia jakie bywają deszcze na pustyni w samym środku Azji!!! Zwijamy się!

Ustaliliśmy w końcu, że spakujemy rzeczy, do skarpy dojedziemy w samochodzie wszyscy razem, najbardziej stromy podjazd na skarpę Szymbergen pokona sam, a my wejdziemy na piechotę. OK, udało się wrzucić wszystko w miarę sprawnie do samochodu, wsiedliśmy i powolutku ruszyliśmy. Tuż przed stromizną kierowca zerknął w lusterko na dziewczyny, spojrzał pytająco na siedzącego obok Marcina i, nie zatrzymując się, podjechał na samą górę. Dziewczyny nie zdążyły zaprotestować.

Gdy rozbiliśmy namioty i ponownie zapakowaliśmy się w śpiwory, przestało kropić...



Jeszcze kilka aralskich linków:

Na Zgapie.pl
Wywiad z Wojciechem Tworkowskim z Ośrodka Studiów Wschodnich
Artykuł w Tygodniku Przegląd

<<< poprzedni odcineknastępny odcinek >>>

poniedziałek, 21 lipca 2008

Warszawskie klimaty

W ramach przerwy od azjatyckich klimatów postanowiłem napisać dwa słowa o Warszawie. A że czasu ostatnio nie mam wcale - komentarz będzie głównie zdjęciowy a nie werbalny.

Nie wiem dlaczego, wszyscy narzekają, że Warszawa jest martwa, że nic się tu nie dzieje, że rzeka rozdziela, zamiast łączyć i generalnie nuda jak diabli. Pojechałem sobie ostatnio w weekend na rowerze wzdłuż Wisły i wcale nie mam wrażenia że nic się nie dzieje. Rowerzyści, rolkowcy, zwykli spacerowicze, na kocykach rozłożone całe rodzinki, tu grill, tam muzyka... rzeka martwa? Żeby zrobić zdjęcie prawie bez ludzi trzeba się nieźle naczekać:


Poza tym Wisła wysycha. No dobrze, nie panikujmy, nie jest jeszcze tak źle. Ale pokazuje się gdzieniegdzie dno, które normalnie jest głęboko pod wodą:


Natomiast jadąc nieco dalej, na wysokości Starówki na Wiśle robi się tłok. Tramwaj wodny wymija się z promem, wożących przechodniów na plażę na praskim brzegu. Czekaja w kolejce stateczki Żeglugi Stołecznej na klientów na godzinne rejsy po rzece. Sporo ludzi ale tłumów nie ma. Zdziwiłem się tylko dlaczego nie ma knajpek nad Wisłą, których kiedyś było tu zatrzęsienie? Jakiś radny-moralista maczał w tym palce? Czy HGW? Ciekawe, bo było to miejsce, gdzie nikomu się chyba nie przeszkadzało aż do późnych godzin nocnych...


Natomiast w ostatni czwartek jadąc na rowerze do pracy spotkałem na Rozbrat przygotowania do startu Rage-Race 2008:


Całe wakacje natomiast w Ogrodach Frascati trwają różne imprezy. Dzisiaj co prawda leje, ale wczoraj był przy pieknej pogodzie koncert Indios Bravos:


W czerwcu, w okolicach najkrótszej nocy w roku można było posłuchać przy wiankach na wodzie Kapeli Ze Wsi Warszawa. W zeszłym roku Gośka natknęła się na koncert Voo Voo w Muzeum Wojska Polskiego. Piszę tylko o kilku rzeczach, które spotkałem zupełnie przypadkowo. Nie szukałem ich, one znalazły mnie. To tylko przykłady, takich sytuacji jest przecież znacznie więcej. Czy narzekania o kulturalnej pustyni Stolicy są efektem rzeczywistej jałowości tego miasta? Czy też raczej tuszują kulturalne lenistwo mieszkańców? ;-)

poniedziałek, 14 lipca 2008

Resztki Morza Aralskiego

<<< poprzedni odcineknastępny odcinek >>>

Po ponad dziewięciu godzinach jazdy po wypalonym i suchym półpustynnym stepie dotarliśmy do celu. Kierowca nagle skręcił w kierunku krawędzi klifu i wjechał na wąską drogę schodzącą stromo w kierunku brzegu Morza. Koleiny wiły się malowniczo pośród zielonych, brązowych, żółtych i czerwonych skał. Okolica wyglądała tak, jakby ktoś postanowił zrobić tu wystawę wszystkich możliwych rodzajów minerałów. Jeden pagórek wyglądał w miarę normalnie, porośnięty wysuszonymi brunatnymi krzaczkami. Ale już następny pokryty był czymś rodzaju wulkanicznej zwietrzeliny w kolorze butelkowej zieleni. Jeszcze dalej przestrzenie pokryte gruba warstwą soli. Za chwilę żółty piasek i w końcu dotarliśmy do plaży.

Szymbergen zatrzymał samochód i powiedział, że dalej nie możemy jechać. Gdyby były dwa samochody, wtedy można: jeden się zapadnie - to drugi go wyciągnie. Z jednym samochodem jest zbyt duże ryzyko. Piasek jest niestabilny i nigdy nie wiadomo gdzie i kiedy samochód utknie w miękkim fragmencie podłoża. Temperatura nie była zbyt wysoka, od wody wiał chłodny wiatr, założyliśmy więc polary i ruszyliśmy na piechotę. Do obecnego brzegu mieliśmy do przejścia około kilometra.

Otaczała nas rozległa plaża z widoczną na horyzoncie wodą. Klif za naszymi plecami nie wydawał się już tak groźny i wyniosły. Na jego szczycie wrażenie robiły rozległe warstwy skał, które odłupane od krawędzi tworzyły niedostępne rozpadliny. Teraz mieliśmy pod nogami grubą warstwę szarej soli. Sól pękała pod butami odsłaniając ukrywający się pod nią żółty piasek. Jakiekolwiek pozostałości wodorostów, patyków czy innych przedmiotów leżących na ziemi również pokryte były równomierną solną masą.

Dojście do samej wody okazało się dosyć skomplikowane. Grunt blisko morza zrobił się grząski. Wielkie kałuże wody, liczne mikroskopijne mierzeje. Trudno znaleźć miejsce, gdzie można postawić nogę bez zapadnięcia się po kostki. Najedliśmy się trochę strachu, bo nie wiadomo, czy miękki piasek jest miejscowo, czy po daniu większego kroka nie zapadniesz się jak w bagno. Jednak jechać kilkaset kilometrów i nie dotknąć wody? Nie! To niemożliwe! W końcu udało się. Boczkiem, boczkiem, przy pomocy ławic muszli w końcu dotarliśmy do właściwej krawędzi. Śmiesznie wyglądały ślady na piasku po Marcinie i Aldonie. Od razu widać, kto miał większe problemy z dotarciem na brzeg ;-)

Woda Morza Aralskiego jest niesamowicie mętna. Kolor biały zwalam na zasolenie. Ale przecież Morze Martwe jest chyba jeszcze bardziej zasolone i nie jest biało mętne. Zatem prawdę pisali o zanieczyszczeniu wody pestycydami, nawozami i innymi świństwami. Nie wiadomo, czy całe życie wymarło tutaj z powodu zwiększającego się zasolenia, jak głosi oficjalna wersja, czy z powodu zatrucia wody chemią, co jest chyba bardziej prawdopodobne. Przy brzegu tonami leży warstwa nie tylko pustych morskich muszelek, ale również warstwa najróżniejszej maści owadów.

Powrót do obozu, który zaczął już przygotowywać Szymbergen trwał subiektywnie dużo dłużej. Plaża sprawiała wrażenie, jakby była jeszcze szersza niż wtedy, gdy szliśmy w kierunku wody. Zaskakujące, ale niektóre z brązowych zasuszonych roślin żyły w tych warunkach i co więcej – niektóre nawet kwitły! Gdzieniegdzie z piasku wystawały małe kolonie zielonych porostów. Namioty i samochód zajęły niewielki płaski placyk. Kierowca wyjął składany stolik i krzesełka, zrobił prowizoryczny ruszt i na ogniu z rachitycznego chrustu zagotował wodę na herbatę i zupki chińskie. Gdy przygotowaliśmy jedzenie zapytał:
- A u was wodka jest? – spojrzeliśmy po sobie...
- No jest...?
- Bo u mienia samaja haroszaja karakalpakskaja wodka, chcecie popróbować?
- Pewnie, że chcemy! Ale najpierw coś zjemy...

<<< poprzedni odcineknastępny odcinek >>>

poniedziałek, 7 lipca 2008

Droga przez pustynię

<<< poprzedni odcineknastępny odcinek >>>

Ostatni w ciągu najbliższych dwu dni, poranny prysznic w zimnej wodzie, zakończył się urwaniem węża od natrysku. Na szczęście dało się go jakoś wcisnąć z powrotem w metalową obudowę, więc mogłem spłukać z siebie resztki mydła. Hotel Nukus, w którym się znaleźliśmy, cały był w opłakanym stanie. Popękane szyby, porwane łóżka, porozbijane kafelki w łazience, nie wspominając o rozpadającym się dosłownie w rękach prysznicu. Jednak jest nadzieja. Na parterze trwa remont. I robota naprawdę się toczy! Sądząc po tym co widać, to może być z tego jeszcze niezły standard. Ktoś ewidentnie postanowił zainwestować. Poprzedniego dnia, gdy szukaliśmy samochodu nad Aral, zajrzeliśmy do drugiego w mieście hotelu Taszkient, ale tam poza niezłą dyskotekową mordownią nie funkcjonowało chyba nic. I nie wyglądało, żeby trwał jakiś remont.

O umówionej porze czekał na nas kierowca w swoim UAZie. Samochód przekroczył nasze najśmielsze oczekiwania. Okazało się, że jest to całkiem nowoczesna terenówka, bardzo przestronna w środku i bardzo wygodna. Naprawdę pełen komfort. W kontekście naszych dotychczasowych doświadczeń było to dość surrealistyczne. Kierowcą był rodowity Karakałpak o okrągłej twarzy i wąskich oczach. Niezwykle kontaktowy, miły, sympatyczny, a jednocześnie bardzo taktowny i nie narzucający się w żaden sposób swoim pasażerom. Na imię miał Szymbergen, albo jakoś tak.

Po niecałych dwu godzinach jazdy zatrzymaliśmy się w Kungradzie na zakupy. To ostatnie miasto na trasie, a właściwie ostatnia większa miejscowość. Na bazarze nie targowaliśmy się zbytnio, nasz kierowca znał ceny i albo sprzedawca to akceptował albo szukaliśmy dalej. Kupiliśmy żółty ser, ryby w konserwach, nieśmiertelne chińskie zupki, jakąś kiełbasę i wodę. Na koniec kierowca zaprowadził nas do miejscowej piekarni, gdzie w tandorze piekli przepyszny miejscowy chleb. Gdy po zakupach ruszyliśmy dalej, zniknęły od razu dwa wielkie placki.

Przy bazarze był niewielki parking, na którym stały obok siebie nowoczesne i rozpadające się autobusy. Było trochę samoróbek, przeważały jednak stare poradzieckie samochody, których marek nie byłem w stanie rozpoznać. Ludzie z reguły skośnoocy, patrzyli na nas z zaciekawieniem, ale trzymali się na dystans. Niedaleko ktoś targował się o zawartość wielkich worków na drewnianym wózku, ktoś inny suszył czerwone jeszcze, świeżo zdarte skóry. Upał dopiero nadchodził.

Nukus przy Kungradzie był całkiem cywilizowanym miastem. A z każdym kilometrem za Kungradem było jeszcze gorzej. Minęliśmy ostatnią wioskę i skończyła się jakakolwiek zielona roślinność. Pustynia była miejscami poprzecinana płytkimi równoległymi rowkami w odstępach kilku metrów. Szymbergen wyjaśnił, że robią tutaj eksperymentalne próby wprowadzenia specjalnych słonolubnych roślin, które pozwolą zatrzymać piasek na miejscu. W czasie piaskowych burz, sól z wysychającego morza potrafi zawędrować kilkaset kilometrów dalej. Woda gruntowa jest zasolona i większość roślin nie jest w stanie tego wytrzymać. Na razie jednak te eksperymenty nie przynoszą chyba oczekiwanych rezultatów, bo pustynia jest sucha i jałowa.

Na horyzoncie majaczyła skarpa płaskowyżu Ustiurt. Plato, jak mówią miejscowi. W miarę jak płaska wyniosłość powoli zbliżała się do drogi, tak droga robiła się coraz bardziej wątła, jakby traciła siły i ochotę do dalszej podróży wobec niepokojącego zjawiska. Tuż przed podjazdem, spłoszony wypalonymi w słońcu skałami, skończył się asfalt. Wjechaliśmy pomiędzy kamieniami na górę i dalej toczyliśmy się już wyschniętymi koleinami poprzez brunatną pustynię, bez jednego żywego krzaczka. Zatrzymaliśmy się w miejscu, gdzie jakich prastary strumień wyżłobił kiedyś krótka dolinę. Ponoć stąd było kiedyś widać morze. Teraz widać jedynie brązowo-żółty horyzont.

Po około stu kilometrach rozjeżdżających się na różne strony dróg minęliśmy ogrodzone gospodarstwo Gazpromu. Szyby wydobywcze są na dnie jeziora. Domki pracowników leżą na skarpie. Na mapie miejsce jest oznaczone jako Komsomolsk na Ustyurte. Absurdalny widok. Zapytałem kierowcę, czy nie ma mapy tych okolic, bo chciałbym zobaczyć gdzie dokładnie jesteśmy, ale kierowca nie ma mapy. Skąd on wie którędy jechać? Odpowiedział z uśmiechem: mapę mam tu, w mojej głowie! Kiedyś wziął go ze sobą znajomy, który też ma UAZ-a. Przyjechali do niego jacyś zachodni turyści i chcieli jechać nad morze. On twierdził, że owszem, zna drogę, ale potrzebny mu drugi samochód, bo turystów zbyt wielu. Na każdym rozjeździe się zatrzymywał i dzwonił do Szymbergena:
- Szym? Jak jechać?
- No przecież podobno wiesz jak jechać?!
- Dobra dobra, gadaj szybko, żeby turyści się nie zorientowali!
- Wiesz co? Jednak ja pojadę pierwszy.

Map tu nie ma i najpierw trzeba przejechać kilka razy tą trasę, by się nie pogubić. A wszystko wygląda niemal tak samo. Każde rozwidlenie dróg to jałowa i sucha okolica. Z pomocą przychodzi może licznik kilometrów, bo nie dostrzegłem żadnych wstążek ani innych znaków szczególnych pozwalających się zorientować w tym pustkowiu. Minęliśmy niewielkie stadko dzikich wielbłądów (co one jedzą?). Wcześniej zatrzymaliśmy się jeszcze przy ruinach latarni nad wielkim niegdyś jeziorem Sudachye. Kiedyś wskazywała drogę łódkom płynącym z okolic Moynaku, dzisiaj można stąd jedynie podziwiać (czasem) zieloną równinę, poprzetykaną resztkami błękitnych tafli wody.

Pojechaliśmy dalej. Monotonia pejzażu działała na większość z nas usypiająco. Ja zaś nie mogłem oderwać oczu od horyzontu, na którym od kilku godzin nie widziałem śladu nie tylko człowieka, ale w ogóle czegokolwiek żywego. W pewnym momencie kierowca wskazał na wrzynający się ostro pomiędzy skały zjazd: - tędy będziemy wracać do Moynaqu. Jeszcze 50 kilometrów na północ i będziemy na miejscu.

<<< poprzedni odcineknastępny odcinek >>>

środa, 2 lipca 2008

Poszukiwanie transportu nad Aral

<<< poprzedni odcineknastępny odcinek >>>

W Nukusie wylądowaliśmy wieczorem. Zapytaliśmy taksówkarza, czy nie zna kogoś, kto mógłby nas zawieźć nad Aral i że gdyby kogoś znalazł to niech go przyśle do naszego hotelu Nukus. Rozlokowaliśmy się w brudnych i śmierdzących pokojach i poszliśmy w miasto. Miasto miało ulice ze wspomnieniem po asfalcie. No dobrze, przesadzam. Ulica, którą szliśmy miała wspomnienie po asfalcie. Małe sklepiki z jedzeniem, ciemno, brudno, biednie, jednym słowem koniec świata. Jak to mówią, miejsce, gdzie psy dupami szczekają. Takie przynajmniej mieliśmy poczucie tego wieczora. Gdy wróciliśmy z wycieczki nad morze – wrażenie było zgoła inne.

Doszliśmy do bazaru, gdzie był również postój taksówek. Nikt jednak nie znał kogoś, kto mógłby nas zawieźć nad wodę. Może inaczej. Nie było nikogo, kto byłby w stanie nas zawieźć nad wodę. Tutaj należy zrobić dwa słowa wyjaśnienia na temat morza czy też jeziora, albo nawet jezior Aralskich.

Morze Aralskie od połowy XX wieku wysycha. Wysycha coraz szybciej. Od 1960 roku poziom wody opadł o 17 metrów! Dwie rzeki, które doprowadzały do niego wodę giną w piaskach pustyń i na polach bawełny. W efekcie uzbeckie miasto portowe Moynaq, które obok Aralska było największym portem rybackim nad Aralem jest w tej chwili położone 160 km od obecnego brzegu. Morze dzieli się na część wschodnią z płaskim pustynnym wybrzeżem, do którego nie da się dojechać, bo na przeszkodzie stoją słone bagienne piaski oraz część zachodnią, gdzie na jej zachodnim brzegu jest wysoki stromy klif. Klif sam w sobie jest ładny, a dodatkowo umożliwia daleki widok na wyschnięte dno i odległą linię brzegu uświadamiającą ogrom tej ekologicznej katastrofy.

Gdy przyjechaliśmy do Nukusu, wiedzieliśmy jedynie, że chcemy jechać nad tą zachodnia część oraz że należy być ostrożnym wobec kierowców, którzy będą oferowali podróż swoim osobowym samochodem. Asfalt kończy się zaraz za Moynaqiem, a po dnie jeziora na pewno może pojechać tylko samochód terenowy. Gdy więc jakiemuś kierowcy zapalały się dolary w oczach i twierdził, że nas zawiezie bez problemu, machaliśmy tylko ręką.

Zrezygnowani i zmęczeni, ciemną nocą zatrzymaliśmy jakąś dużą terenową ładę. Kierowca, gdy usłyszał o naszym problemie, zjechał na pobocze i zaczął się zastanawiać. On też organizuje takie wycieczki, ale na jutro rano nie da rady. Poza tym w jeden dzień to będzie bardzo trudne, bo należy objechać bagna od zachodu i wracać przez Moynaq. W druga stronę to jest bardzo ryzykowne, bo droga pod górę jest niebezpieczna, łatwo się zakopać i w zasadzie to po dnie jeziora jeździ się dużym kamazem, a nie takim małym dżipem. No dobrze, wszystko ładnie pięknie, ale on i tak nie da rady na rano nic zorganizować. Zresztą cena, którą podał nie odbiegała od oferty Tazabaya. Podziękowaliśmy i rozstaliśmy się z poczuciem, że pozostaje nam jedynie albo przystać na propozycję wycieczki dwudniowej albo zrezygnować z tego punktu programu. Problem polegał bowiem na tym, że przy bardzo napiętym harmonogramie trochę szkoda tracić czas na podziwianie wątpliwych atrakcji dodatkowych w stylu oglądanie wielbłądów na pustyni, wizyta nad jeziorem Sudachye, czy inne wizyty w komercyjnych obozach miejscowych nomadów. To był początek naszej podróży po Uzbekistanie i nie mieliśmy ochoty na powtórkę z klasztoru Shaolin.

Wróciliśmy do hotelu i przy lagmanie i piwie jeszcze raz przeanalizowaliśmy plan podróży. Okazało się, że w zasadzie to przez problem z samolotem możemy zaoszczędzić czas na zwiedzanie Taszkientu, który już mieliśmy obejrzany. Poza tym jest jeszcze parę miejsc w Kirgizji, gdzie przewidzieliśmy dzień rezerwy na nieprzewidziane kłopoty. Zatem problem niedoczasu zniknął, mogliśmy poświęcić całe dwa dni na podróż nad wodę, a finansowo i tak nic tańszego nie mieliśmy. W związku z tym zadzwoniliśmy do Tazabaya i umówiliśmy się na spotkanie w hotelowej knajpie. Pomimo późnej pory nie robił żadnych problemów.

Gdy czekaliśmy na jedzenie, wszedł do restauracji jakiś doświadczony przez życie człowiek o fizjonomii szamana, choć ubrany był w dżinsową kurtkę. Zapytał czy to my szukamy transportu nad Aral. Odpowiedzieliśmy, że już nie, bo już znaleźliśmy. On pokręcił z dezaprobatą głową, powiedział, że tam trzeba wiedzieć jak jechać, że zwykłym samochodem się nie dojedzie i że trzeba jechać od zachodu, bo od Moynaqu się nie dojedzie. No ale jak chcecie, ja uprzedzałem. I poszedł. Sprawiał wrażenie człowieka, który wie o czym mówi, ale jednocześnie nie był osobą, z którą byśmy pojechali sam na sam w środek niczego.

Chwilę potem zjawił się zadbany, dobrze ubrany i bardzo spokojny młody człowiek o japońskim typie urody. Podjęliśmy jeszcze jedną próbę przekonania go, żeby wyjechać bladym świtem i wrócić późnym wieczorem, żeby zrobić tą wycieczkę jednak w jeden dzień. Tazabay nie dał się jednak przekonać, a my już wiedzieliśmy, że nie mamy alternatywy. Facet na otarcie łez dorzucił nam jeszcze w cenie samochodu namioty i garnki do przygotowania jedzenia. Umówiliśmy się na siódmą rano przed hotelem i rozeszliśmy się do swoich łóżek.



Wyciąg z oferty Tazabaya wraz z namiarami:

Aral Sea tour

Duration: 2 days
Distance: 1000 km
Departure time: 06:30 a.m.
Transportation: Off Road Vehicles
Times of Meals: 2 breakfasts, 2 lunches and 1 dinner
Necessary accessories: tent, sleeping bags (or blankets), stove, table, chairs, plates, cups and etc.
Guide and Cook

Type and cost of Off Road vehicles (4 pax.) per day, includes fuel and driver payment:
  • Russian Jeep UAZ “Hunter” - $165 x 2 days =$330 (without AC)
  • Russian Jeep UAZ “Patriot” - $180 x 2 days=$360 (without AC)
  • Toyota Land Cruiser - $195 x 2 days=$390 (with AC)
Meals per person:
  • Breakfast: $6 x 1 time x 1 prs = $6
  • Lunch: $8 x 2 times x 1prs = $16
  • Dinner: $8 x 1 time x 1 prs = $8
  • Guide (English/Russian speaking): $25 (per day)
Accessories:
  • Tent (2 person) – $10
  • Sleeping bag (per pers) - $3
  • Quilt (per person)-$2
  • Stove, plate, fork, knife, thermos, cups, torches - $5 (up to 4 people)
  • Table - $2
  • Chair - $1
Note: From the abovementioned you can choose those ones you need and according that you can make the calculation.

Tazabay Uteuliev

Mob: +998 61 3525139
Tel: +998 61 2245169
E-mail: tazabay@rambler.ru oraz bqntravel2006@rambler.ru
WWW: http://www.kr.uz/besqala (ale często nie działa)

<<< poprzedni odcineknastępny odcinek >>>

 


Igor Czajka - Copyright 2008. Wszystkie Prawa Zastrzezone.

mail do autora - Igor Czajka