aktualizacja w weekendy ;-)

poniedziałek, 30 czerwca 2008

Kapitalizm po polsku

Jeżdżąc po Europie mam coraz większe wrażenie, że kompleksy Polaków dotyczące ich niezorganizowania i niezaradności są mocno przesadzone. Hiszpanie, czy Francuzi, nie mówiąc już o Włochach są o wiele bogatsi, dysponują bardziej zaawansowanymi technologiami, jednak jeśli ominąć te aspekty to pod względem organizacji życia codziennego i funkcjonowania pewnych instytucji są niestety przynajmniej na tym samym poziomie co my. Biorąc pod uwagę fakt, że Zachód miał o 50 lat więcej na dojście do obecnego etapu, to okazuje się, że nie jest z nami tak źle.

Polacy i chyba w ogóle ta nasza słowiańska część Europy wykazuje się jakąś przeraźliwie niedocenianą siłą umiejętności dostosowania do zmieniających się warunków. Przyjezdni od lat na przykład są pod wrażeniem sieci nocnych autobusów w Warszawie, którymi wszędzie w nocy dojedziesz. O tym się wcale nie mówi, a szkoda. Może trudno o tym mówić, bo rzadko mamy dostęp do opinii obcokrajowców i nawet jeśli słyszymy jakąś pochwałę, to składamy ją na karb nieznajomości tematu albo zwykłej uprzejmości i zbywamy wzruszeniem ramion: tak, ale w innych dziedzinach jesteśmy sto lat za Murzynami. Poza tym kto ze znajomych by uwierzył, że Polska nie jest taka zła? Ja tam Polskę lubię tym bardziej im więcej świata zobaczyłem, a podróże nie tylko nie rozbudziły we mnie kompleksu zaściankowatości, ale dały głębokie poczucie, że naprawdę nie mamy się czego wstydzić.

Jednak wcale nie oznacza to, że nie dostrzegam różnych ciemnych stron polskiej mocy. Walczę z nimi wysyłając na przykład maile do ZTM-u z informacjami o kierowcach autobusów, którzy zepchnęli mnie-rowerzystę autobusem na chodnik (tak, tak, to naprawdę się zdarza! Ale coraz rzadziej – strzeżcie się chamscy kierowcy autobusów!!!) Warto chyba zauważać takie przeszkadzajki i nazywać rzeczy po imieniu, żeby po prostu zmieniać tą naszą niedoskonałą rzeczywistość. Opiszę taki fragment kapitalizmu po polsku, który wyprowadził mnie w niedzielę z równowagi.

Zostałem mianowicie wysadzony na placu Wilsona w Warszawie i musiałem dostać się do Centrum. Najprościej metrem. Niestety, a może na szczęście, zorientowałem się, że moja karta miejska straciła ważność. Wchodzę więc do kiosku przy stacji metra:
- Mogę odnowić kartę miejską?
- Niestety nie.
- A gdzieś w okolicy może jest taka możliwość?
- Po drugiej stronie stacji jest jeszcze kiosk, może tam, ale nie wiem czy na pewno.

Nie dziwiło Was nigdy, dlaczego w większości kiosków nie można odnowić karty miejskiej? Czy to jest takie skomplikowane, drogie i nieopłacalne? Czy miasto nie mogłoby wymóc na kioskarzach prowadzenia sprzedaży tej usługi? A przynajmniej w kioskach już nawet nie blisko przystanków, ale na terenie stacji metra! Czy jakiś kanar zaniecha wypisania mandatu dlatego, że nie miałem gdzie kupić biletu? No ale dobrze, przejdę sobie na drugi koniec peronu. Trudno. Po drodze widzę automat do odnawiania karty miejskiej. Super! Automat przyjmuje tylko gotówkę i wydaje resztę. Nie ma jednak miejsca na kartę bankomatową. Kolejny absurd, ale na szczęście mam przygotowaną gotówkę, bo u kioskarzy rzadko kiedy można płacić kartą. Wkładam kasę do maszyny a ona mnie informuje, że nie wyda mi tym razem 4 zł reszty i że mogę zgłosić się po te 4 zł do punktu przy metrze Świętokrzyska po uprzednim zgłoszeniu reklamacji pod numerem telefonu takim a takim.

O niedoczekanie!!! Nie mam czasu włóczyć się po urzędach i nie mam ochoty darować im tych 4 zł. Tak dla zasady! Trochę wpieniony poszedłem do kiosku i poprosiłem o rozmienienie 50 zł. Oczywiście było to niemożliwe. Poszedłem więc do pobliskiej MiniEuropy, Drogi sklep, dużo kas, duży obrót, na pewno mi rozmienią. Oczywiście w żadnej kasie nie mieli drobnych. Wkurzyłem się na poważnie i w takim razie zażądałem paczkę zapałek.
- Ale nie wydam Panu, bo nie mam jak.
- W takim razie proszę zawołać kierownika, skoro odmawia mi Pani sprzedaży dostępnego w sklepie towaru.
- Dobrze, w takim razie proszę, oto zapałki i reszta.

Nagle drobne się znalazły, kartę miejską w automacie doładowałem i wróciłem do domu. Gdy wszedłem do mieszkania usłyszałem wielki chóralny wrzask przewalający się nad drzewami (mieszkam przy parku). Włączyłem telewizor i nie myliłem się – Hiszpanie strzelili pierwszego zwycięskiego gola...

sobota, 28 czerwca 2008

Usługi w sieci i pozycjonowanie

Szukaliście kiedyś kogoś do położenia klepki w pokoju? Albo malarza, który odmaluje mieszkanie? Albo sprzątaczki lub opiekunki do dziecka? Ja ostatnio szukam kapeli na wesele i jak już wydaje mi się, że znalazłem, to okazuje się, że albo kapela jednak nie może, albo grają kołysanki do snu zamiast muzyki, od której krew zaczyna szybciej krążyć w żyłach i znów powracam do punktu wyjścia. Jeśli chcesz kupić coś materialnego - znajdziesz to na allegro, jeśli szukasz znajomego, masz naszą-klasę, a jeśli szukasz kogoś do zrobienia czegoś - jesteś skazany na żmudne szukanie w sieci rozproszonych informacji.

Kto wie, może to się zmieni. Dostałem cynk o serwisie favore.pl, gdzie można znaleźć najróżniejszych usługodawców. Uporządkowane jest wszystko w kategorie, katalog wygląda trochę podobnie jak allegro, jest możliwość dodawania punktów i opinii o użytkownikach, wszystko jest w miarę intuicyjne i łatwe w obsłudze. Na razie założenie konta i dodanie usługi jest darmowe. W przyszłości to pewnie się zmieni, ale może niekoniecznie. Jest świetne miejsce na reklamę internetową. Może się mylę, proszę o sprostowanie, ale nie znalazłem do tej pory tak zdefiniowanego portalu. A w sumie to chyba jest niezagospodarowana nisza. Zobaczymy jak się całość rozwinie. Na pewno warto obserwować.

A jak ktoś poważnie myśli o biznesie w sieci, to powinien pamiętać nie tylko o stworzeniu swojego w niej miejsca, ale także o właściwym wypozycjonowaniu tego miejsca w wyszukiwarkach. Reklama internetowa, jak pokazał ostatnio przykład wyszukiwarki mp3 moople.pl - jest równie istotna co sam pomysł. Pisał o tym Paweł na Techkulturze oraz Bartek na Webstopie. A przecież dobre pozycjonowanie odpowiednio dobranych haseł może załatwić bardzo dużo. Ale z tego typu rzeczy zdaje sobie sprawę już chyba coraz więcej sieciowych biznesmenów.

Krytycy.pl Tak trochę z innej beczki. Przygotowany został przez serwis favore.pl - konkurs lojalnościowy. Biorąc pod uwagę wartość nagród i sposoby ich przyznawania, to nie wróżę mu powodzenia ani nie liczę na jakąkolwiek "wygraną". Niemniej jednak jak by ktoś był zainteresowany to zamieszczam link do formularza rejestracyjnego.

czwartek, 26 czerwca 2008

Z Taszkientu do Nukusu

<<< poprzedni odcineknastępny odcinek >>>

Po wyjściu z muzeum Timura spotkaliśmy się z Aybekiem. Obejrzeliśmy pałacyk cara, parlament, wymieniliśmy w jakimś drogim hotelu pieniądze i poszliśmy na kawę. Po drodze Aybek pokazał nam bramę z białymi bocianami, będącymi tutaj symbolem pokoju.

Ciekawym procesem była procedura wymiany pieniędzy. Z informacji uzyskanych przed wyjazdem wynikało, że w większych miastach nie ma problemu z wyciąganiem kasy z bankomatu. Zabraliśmy więc trochę dolarów, trochę euro, ale nastawiliśmy się na bankomat. Na dotychczasowych wyjazdach był to najbardziej korzystny i najbezpieczniejszy sposób na wymianę miejscowej gotówki. Niestety, w Taszkiencie nie było to tak proste. Bankomaty były tylko w większych bankach oraz w drogich hotelach. Po długim spacerze trafiliśmy na jeden taki okaz. Bankomat, owszem, istniał. Była przy nim informacja, że pobierana jest automatycznie prowizja w wysokości 2,5% wybieranej sumy. Co z tego, skoro bankomat nie rabotajet. Jednak obok było okienko hotelowej kasy, gdzie można było pobrać ze swojej karty gotówkę u kasjerki. Prowizja jednak rosła do 4%. No trudno, co robić. Nie ma innego wyjścia. Jest niedziela, banki także nie rabotajet, a dzisiaj lecimy na drugi koniec Uzbekistanu, gdzie może być jeszcze gorzej. Postanowiliśmy wybrać gotówkę na dłuższy czas i wymieniliśmy po 400$. Pani w okienku spojrzała na nas lekko przerażonym wzrokiem, ale udało się. Dostaliśmy za te 400$ ponad 500 tys. somów. Problem polegał na tym, że najwyższym nominałem w Uzbekistanie jest banknot 1000 somów. Marcin zapytał panią, czy dorzuci nam jakąś siatkę na tą makulaturę. Dobrze, że mieliśmy plecaki, więc mieliśmy gdzie upakować tą sporą górę banknotów. Po jakimś czasie powstała nowa jednostka monetarna, gdy Gosia zapytała mnie: to ile kupek dziennie my wydajemy? Kupka (czyli 100 tys. somów) starczała na jakieś 3-5 dni na parę. W zależności od tego czy płaciliśmy za nocleg i przejazdy dolarami czy somami.

Następnego dnia mieliśmy jechać nad morze Aralskie, ale jedyny namiar jaki mieliśmy to znaleziony przez Aldonę w internecie Tazabay z Nukusu, który oferował nam dwudniową wycieczkę za 330$. Na kawie poprosiliśmy Aybeka o zorientowanie się, czy nie ma jakiś miejscowych kierowców, którzy dowiozą nas tam taniej i szybciej. Według mapy z Nukusu do Moynaku jest jakieś 200 km. Moynak leży w tej chwili jakieś 160 km od wody, więc byliśmy mocno zdeterminowani by obskoczyć ten punkt programu jednak w jeden dzień. Aybek niestety nic nie znalazł, więc pozostało nam szukanie na miejscu.

Po kawie pojechaliśmy po rzeczy do hotelu razem z Sevinch, która uparła się, że nas odprowadzi na lotnisko. Zabraliśmy plecaki i po drodze wysłuchaliśmy opowieści Sevinch, która opowiadała kierowcy, że ci inostrańcy widzieli najstarszy na świecie Koran, który jest w Tadź Mahal. Co ciekawe wielu miejscowych, zarówno w Taszkiencie jak i w całej Azji Środkowej, rozmawia ze sobą po rosyjsku.

Krajowy dworzec lotniczy nie wyglądał ani gorzej ani lepiej niż ten międzynarodowy. Przy czym użycie określenia „port lotniczy” czy „terminal” byłoby chyba nadużyciem. ;-) Po przygodach z kupowaniem biletu i nastraszeniem mnie o sposobach na nie wpuszczenie pasażera do samolotu trzymaliśmy się bardzo blisko okienka i jak tylko zaczęli czekowa to byliśmy jednymi z pierwszych w kolejce. Na szczęście nie było najmniejszych problemów. Byliśmy trochę rozczarowani, bo ani w poczekalni ani w samolocie nie było radzieckich klimatów w rodzaju przewożonych kur w koszyku i tym podobnych. Było sporo biznesmenów w nienagannych gajerach o aparycji Turkmenbaszy. Nie przeszkodziło im to jednak w przepychaniu się do schodków do samolotu, przy których stał rosły steward i wpuszczał do środka po 10 osób, chyba żeby się nie pozrzucali.

W środku samolotu zrozumieliśmy, dlaczego taki był pośpiech przy wejściu. Mianowicie nikt nie przejmował się numerami miejsc. Kto pierwszy ten lepszy. Nasze miejsca były zajęte przez jakiś dryblasów przed pięćdziesiątką, ale Gośka, która weszła do samolotu jako pierwsza z nas, wcale się tym nie przejęła i przekonała ich jakoś, że to nie są ich miejsca. Natomiast na końcu weszło do samolotu dwoje spóźnialskich i przez dłuższy czas chodzili między siedzeniami w te i nazad w poszukiwaniu jakiegoś wolnego miejsca. Zastanawialiśmy się nawet przez moment czy nie będą lecieć na stojąco, ale jednak coś się dla nich znalazło.

Po półtorej godzinie lotu nad pustynią wylądowaliśmy w Nukusie. Budynek dworca przypominał dworzec autobusowy Warszawa Zachodnia. Jako pierwsze bagaże wyjechały na taśmie olbrzymie opony, chyba do traktora. Poczekaliśmy trochę na nasze plecaki, zostaliśmy sprawdzeni przy wyjściu czy to na pewno nasze plecaki i pojechaliśmy do jednego z dwu hoteli w Nukusie.

Ciekawy artykuł o Taszkiencie w Rzepie
Relacja z wyprawy w 2006 roku
Inna relacja z podróży po Azji Centralnej w 2003 roku

<<< poprzedni odcineknastępny odcinek >>>

poniedziałek, 23 czerwca 2008

Timur i jego drużyna

<<< poprzedni odcineknastępny odcinek >>>

W niedzielę po południu przelot z Taszkientu do Nukusu. Wcześniej jeszcze jedna wizyta na bazarze. Sevinch zadeklarowała się, że pomoże nam w targowaniu sensownych cen. Warto to wykorzystać. Ale warto też zobaczyć, jak wygląda ten bardziej nowoczesny Taszkient.

Po porannym bazarze pojechaliśmy na miejsce, które na mapie wyglądało jak centrum: plac Timura. Okazał się on jednak sporą przestrzenią parkową z ogromnym pomnikiem imperatora na koniu. Nieopodal było umiejscowione, wyglądające jak latający spodek, muzeum Timura lub, jak kto woli, Tamerlana. Muzeum, bardzo polecane wczoraj przez gospodarzy jako jedno z najciekawszych w Taszkiencie potwierdziło tylko powszechna opinię, że w Taszkiencie nic nie ma ;-) Olbrzymie, jasno oświetlone freski na ścianach przedstawiające Timura i jego potomków w scenach i stylistyce jak z Biblii dla dzieci. Trochę skorup, zdjęć i broni. Dla mnie najciekawsze były makiety różnych zabytków głównie uzbeckich, ale także związanych z Uzbekistanem bardziej luźno. I tak obok makiet Registanu, czy mauzoleum Gur Emir z Samarkandy, stała także makieta Tadź Mahal. Sevinch, która bardzo się starała być naszą przewodniczka i jak najdokładniej objaśniać nam, co oglądamy przy każdym budynku pokazywała nam: o, to także w Samarkandzie! Gdy jednak usłyszałem to samo o Tadź Mahal, trochę się zdziwiłem. Próbowałem zabłysnąć i opowiedzieć Sevinch o Baburze, którego potomek postawił ten grobowiec w Agrze, ale Sevinch nie wykazała zainteresowania. Może była to wina mojego poziomu znajomości rosyjskiego…

Skąd jednak makieta Tadź Mahal w muzeum Timura? Historia Azji Środkowej łączy się i splata z bardzo wieloma historiami świata. Timur, zwany tez Tamerlanem, potomek w linii żeńskiej Czyngis Hana, podbił połowę Azji od Turcji aż po Indie, od Iranu po Kazachstan. Jego imperium nie przetrwało długo, ale pozostawił po sobie całkiem niezłą spuściznę. Słynął z tego, że wycinał w pień podbite miasta usypując piramidy z czaszek wrogów, ale także z tego, że wielka opieka otaczał naukowców i literatów. Do tego stopnia gdzieś to w genach przekazał, że jego wnuk, Ulug Bek wolał zajmować się astronomia i matematyką zamiast polityką, co zresztą doprowadziło go do zguby. Ale o tym później.

Po niezbyt długim czasie od śmierci Timura, jego imperium rozpadło się na różne zależne terytoria rządzone przez jego potomków. Jakieś 100 lat po Tamerlanie, w Ferganie był sobie jeden z takich potomków, a nazywali go Babur. Samarkanda została opanowana przez koczowniczych wtedy Uzbeków i Babur bezskutecznie próbował jakoś sobie z nimi dać radę. Uzbecy okazali się jednak twardzi. Na tyle twardzi, że mądry Babur stwierdził, że głową muru nie przebijesz i pojechał w stronę Kabulu. Tak mu ta wycieczka dobrze poszła, że pojechał dalej. Kandahar, później Pendżab, aż w końcu dotarł do Delhi, które zrobił swoją stolicą. Nie zatrzymał się jednak i zapędził się aż do Bengalu i Himalajów. Okolica okazała się na tyle sprzyjająca, że stworzone przez Babura Imperium Mogołów przetrwało znacznie dłużej niż państwo Tamerlana, a mauzoleum, które praprawnuk Babura, niejaki Szahdżahan wzniósł dla swojej ukochanej żony stało się współcześnie jednym z symboli Indii.

W ten oto sposób ludy, z którymi walczyli Polacy pod Legnicą w XIII wieku, a które wyszły z mongolskich stepów, odcisnęły swój ślad nawet w tak odległych Indiach. A wszystkie drogi splatają się właśnie w Azji Środkowej.

<<< poprzedni odcineknastępny odcinek >>>

środa, 18 czerwca 2008

Wieczór z Uzbekami

<<< poprzedni odcineknastępny odcinek >>>

Taszkient jest jedynym miastem Azji Centralnej, w którym można przejechać się metrem. Stacje kolejki są dość bogato zdobione, każda w innym stylu i innej tematyce, łączy je jednak znajoma z rzeźb na PKiN sowiecka siermiężność. Wagoniki także znajome, podobne do tych jeżdżących w Warszawie, Pradze, czy Budapeszcie. W kasie kupujesz żeton za 300 somów i po przejściu bramki zjeżdżasz na peron. Pomimo, że wybudowane w 1977 roku, taszkienckie metro pozostaje jednak ciągle inwestycją przyszłościową. Gdy następnego dnia usłyszeliśmy, żeby wziąć samochód, bo samochodem będzie szybciej niż metrem, trudno było w to uwierzyć, ale faktycznie, w Taszkiencie nie ma korków.

Umówiliśmy się z miejscowymi w jakiejś knajpie blisko metra, żeby było łatwo trafić. Lokal wyglądał jak uzbecka odmiana McDonalda, więc jak wszyscy się zeszli to postanowiliśmy się przenieść. Aybek zaproponował inne miejsce, złapał taksówkę i kazał Nodirowi za sobą jechać. Pojechaliśmy z Nodirem, ale taksiarz tak się spieszył, że na któryś światłach zniknął gdzieś na horyzoncie. Aldona miała już miejscowy numer pre-paidowy, więc dzwonimy do taksówki: gdzie jesteście? Aybek próbuje wytłumaczyć Nodirowi jak jechać i trach: na skrzyżowaniu zatrzymuje nas milicjant. Tutaj też nie wolno gadać przez komórkę podczas prowadzenia. Milicjanta udało się przekonać, żeby zamiast mandatu przyjął ułamek kwoty bez mandatu i pojechaliśmy dalej.

Dojechaliśmy do miejsca, w którym zasiedliśmy przy drewnianych stołach, pod drewnianym sufitem, kelnerki chodziły w ludowych strojach, a między stołami przechadzał się grajek, który co trzy piosenki zmieniał przebranie i raz miał długą czarną brodę i turban, raz miał pejsy, a przy innej piosence nakładał bawarski kapelusz. Bardzo to było zabawne. Zamówiliśmy do jedzenia „delikates” czyli szaszłyk z baranich jaj pokrojonych na kawałki, jakieś inne zwyczajne już mięsko i oczywiście miejscowe piwo. Na przystawkę były sałatki i zapoznany już przepyszny uzbecki chleb. Za szybą w sąsiedniej sali była sala taneczna, o której Aybek powiedział coś czego nie mogliśmy zrozumieć. Mianowicie około północy faceci z knajpy mogą iść do niej na tańce, na coś w rodzaju konkursu. Ale kobiety muszą zostać w sąsiedniej sali i mają prawo patrzeć na popisy ich facetów jedynie zza szyby. Niestety w ferworze opowieści i dyskusji na różne inne tematy zapomnieliśmy o konkursie i nie wzięliśmy udziału w tej dziwnej akcji.

Dwa słowa jeszcze o naszych druzjach, którzy stanowili niemal kompletny przekrój uzbeckich fenotypów. Wysoki i szczupły Aybek o lekko skośnych oczach i europejskich rysach wraz ze swoją dziewczyna Katią, która była wybitnie skośnooka, jednak także bardzo daleko jej było do żółtej rasy. Katia zresztą była obiektem westchnień całej naszej czwórki, jej wdzięk i uroda była główna atrakcją naszego pobytu w Taszkiencie ;-) Nodir wydawał się być najbardziej typowym przedstawicielem uzbeckiego wyglądu, aczkolwiek jego drobna sylwetka trochę ten obraz zakłócała. Ciekawe było to, że Nodir dostał się na studia w Tokio i studiuje tam bodajże japonistykę lub inną informatykę. Nie pamiętam. Sevinch z kolei była z wyglądu typową Turczynką z wielkimi ciemnymi oczami. Jak się później zresztą okazało Sevinch jest z pochodzenia Azerką, która spora część życia spędziła w Baku. Cała grupa była tak sympatyczna, tak pomocna i tak opiekuńcza, jak to tylko w opowieściach być może. Nikt z nas nie spodziewał się, że te wszystkie opowieści nie tylko nie będą przesadzone, ale wręcz niezbyt oddają poziom gościnności tych ludzi.

Mieliśmy zamiar siedzieć w knajpie maksymalnie do 22-23, przecież jesteśmy po długim locie, na jet-legu i warto się wyspać, ale niestety, było zbyt miło i z knajpy wyszliśmy po 1 w nocy. Nodir odwiózł nas do hotelu swoim samochodem. Zasnęliśmy bardzo szybko.

<<< poprzedni odcineknastępny odcinek >>>

wtorek, 17 czerwca 2008

Basen na szczycie góry

Dwie kampanie w krytykach sprawiły, że przypomniałem sobie ostatnio początki odbudowy Chaty Socjologa i łezka w oku się zakręciła. Także proszę o wybaczenie, że wykorzystam tą okazję, by wspomnieć te zamierzchłe już czasy. Szukaliśmy kogoś kto, najlepiej społecznie, zrobi nam projekt spalonej Chaty. Plany starej Chaty zginęły gdzieś w ogniu historii. Trafiliśmy do kilku mniej i bardziej znanych architektów. Nie zapomnę jak jeden z nich zaproponował nam zbudowanie wielkiego igloo z drewna, a jako materiały poglądowe dał artykuł o wykonanej z papieru kuli do mieszkania. To było niezapomniane przeżycie ;-) Oczywiście mogliśmy olać wszystko i znaleźć jakieś gotowe projekty domów firm, które tworzą domy drewniane, ale ostatecznie trafiliśmy do zaprzyjaźnionego architekta na polibudzie, który zrobił nam taki projekt domu drewnianego, jaki żeśmy chcieli. W tej chwili Chata stoi, dobrze ocieplona, energooszczędna i jest w niej tym cieplej im więcej ludzi w niej śpi ;-)

Zaś w lecie robi się tak gorąco, że trzeba skorzystać z basenu. Można zrobić to na bardzo wiele sposobów. Oczywiście najprostszą metodą jest pojechanie na baseny w Smereku. Ale to jednak kawałek drogi. Można również wykorzystać jako baseny kąpielowe miski przy ujęciu. Można też odszukać baseny skalne w korycie Sanu. Można jednak rozłożyć pod Chata duży plastikowy baner, zebrać deszczówkę w takie dni jak ostatnio i korzystać w upale z dobrodziejstwa wody ;-) Tak chopy zrobiły w zeszłym roku, ciekawe czy w tym powtórzą ten pomysł? Krytycy.pl Ech rozmarzyłem się: basen pod bukami na szczycie góry przy drewnianej Chacie ;-) Nierealne? A jednak!

Dobra, już nie przynudzam, dość tych otrycko-komercyjnych dygresji. Od jutra zapraszam na dalszy ciąg przygód w kraju Timura...

poniedziałek, 16 czerwca 2008

Taszkient

<<< poprzedni odcineknastępny odcinek >>>

W Taszkiencie wybraliśmy hotel położony niedaleko „starego miasta”. Niestety stare miasto okazało się być plątaniną parterowych domków przypominających ulepione z gliny chińskie hutongi. Na ulicę wychodziły tylko bramy i drzwi. Okna były prawdopodobnie tylko na wewnętrznych podwórkach. Na ulicach bawiło się mnóstwo dzieci, które na nasz widok śmiały się, pozdrawiały, popisywały i pokazywały na migi, że tam przejścia nie ma. Ale nie było łatwo nas przekonać. Gdy dochodziliśmy do końca ślepej uliczki i jednak wychodziło na to, że miały rację, że musimy zawrócić, śmiały się z nas i machały na pożegnanie rękami. Nie potrafiliśmy im wytłumaczyć, że te ślepe uliczki razem z tymi dziećmi są dla nas taką samą atrakcją, jak dla nich Europejczycy.

Dotarliśmy też do kompleksu, gdzie po raz pierwszy zetknęliśmy się z niebieskimi kopułkami, które będą nas prześladować już do końca wyjazdu. Wielki meczet Tellya Sheikh, medresa Barak Khan oraz biblioteka-muzeum Moyie Mubarek, gdzie umiejscowiony jest najstarszy na świecie egzemplarz Koranu z 7 wieku. Na olbrzymim placu nie było dużo ludzi, trochę uczennic i sporo kobiet ubranych w kolorowe suknie wyglądające jakby Salvador Dali pochlapał je farbami. Daleko im niestety do wyrazistości i estetycznego wyrobienia Hindusek. Okazywały jednak sporo sympatii i otwartości, zachęcając nas do robienia im zdjęć. Jedna grupka po takiej sesji dała nam swoje adresy i czeka teraz cierpliwie, i pewnie bez wiary, na ich fotki, które nadejdą z dalekiego kraju.

Zachwycając się błękitem kopułek i szukając biblioteki z Koranem dopatrzyliśmy się w końcu informacji, że cały kompleks został odbudowany w 2005 roku. Wcześniej nie pozostał tu po wielkim trzęsieniu ziemi kamień na kamieniu. Zresztą na satelitarnym zdjęciu w Google Maps tego kompleksu w ogóle nie ma.

Nieco rozczarowani udaliśmy sie na jeden z największych w Taszkiencie bazarów - Chorsu Bazar. W centralnym miejscu pod wielka kopułą, tez niebieska ale za to mocno spłaszczoną, znaleźliśmy świątynię współczesnej bogini handlu. Na bazarze, jak to na bazarze, można kupić wszystko. Przyprawy w każdym możliwym kolorze. Kiszonki i szatkowane warzywa. Tusze każdego chyba hodowanego w Uzbekistanie zwierza. Miejscowe ubrania we wszelkich możliwych kolorach. Bobki z suszonego jogurtu, produkowane zarówno z mleka koziego jak i krowiego. I wiele innych mniej lub bardziej potrzebnych rzeczy. Zjedliśmy obiad w bazarowym barku i pojechaliśmy na spotkanie z taszkienckimi Coach-Surferami...

<<< poprzedni odcineknastępny odcinek >>>

poniedziałek, 9 czerwca 2008

Lądowanie w Taszkiencie

<<< poprzedni odcineknastępny odcinek >>>

Po załatwieniu biletów, wiz i paru innych mniej istotnych rzeczy, w końcu wsiedliśmy do samolotu. Najpierw międzylądowanie w Stambule. Miałem tam farta, bo widoczność była znakomita, a podczas całego podejścia do lądowania miałem widok na cieśninę Bosfor. Na niewielkiej wysokości doskonale było widać azjatyckie wybrzeże, z delikatnie pofalowanymi pagórkami, pięknymi willami i krętymi drogami. Skupiska domów zagęszczały się coraz bardziej by w końcu szybko przejść w zwartą zabudowę. Minęliśmy wspaniały most nad cieśniną, po której płynęły majestatycznie liczne większe i mniejsze statki. Z coraz mniejszej wysokości doskonale było widać zadbane osiedla i ulice, aż w końcu minęliśmy dzielnicę starówki wypełnioną przepięknymi meczetami z Hagią Sofią na czele. Nie byliśmy dotąd w Stambule, ale teraz już wiem, że koniecznie trzeba tam pojechać i nie będzie to wycieczka na kilka dni.

Po 4 godzinach kiblowania w Stambule, dolecieliśmy w miarę szybko do Taszkientu. Drogę nieoczekiwanie skrócił nam sen, który spadł na nas szybko i skutecznie. Lądowanie nastąpiło o godzinie 3:30. Lotnisko w Taszkiencie nie prezentowało się ani okazale ani imponująco. Dojechaliśmy autobusem z samolotu do budynku dworca i ustawiliśmy się grzecznie w kolejce do odprawy paszportowej. Po godzinie za plecami usłyszeliśmy szum – to była grupa pasażerów następnego samolotu. Kolejka oczywiście nie miała żadnego określonego kształtu. Panowie w trzech okienkach powoli sprawdzali paszporty. Ustawiliśmy się tyralierą, bo różne osoby tak umiejętnie się przemieszczały, że z końca kolejki znajdowały się nagle przed nami. Pomimo pilnowania tej azjatyckiej formy porządku nasze dotychczasowe doświadczenie okazało się niewystarczające, bo do okienka dotarliśmy jako jedni z ostatnich. Wyprzedziła nas przy tym zarówno grupa z naszego samolotu jak i grupa z tego następnego. Naprawdę nie wiem jak oni to robią.

Po kontroli paszportowej należało przejść jeszcze kontrolę celną. Do tego potrzebna była wypełniona deklaracja, w której były różne dziwne pytania o przewożoną broń lub „drags & medicines”. Mieliśmy informacje, że w tym policyjnym kraju lepiej zgłaszać wszystko, bo w razie kontroli, jak masz to, co zadeklarowałeś to ok., ale jeśli masz coś, czego nie zadeklarowałeś to mogą być kłopoty. Dotyczy to nie tylko kasy, ale wszelkich innych rzeczy. Uznaliśmy, że nasze scyzoryki nie są rodzajem białej broni, jednak mieliśmy ze sobą sporą ilość leków, więc na wszelki wypadek, zgodnie z wytycznymi zaznaczyliśmy krzyżyk przy pozycji „drags & medicines”. Celnik popukał się w czoło, pokazał co gdzie trzeba wpisać i kazał wypełnić deklarację jeszcze raz w dwu egzemplarzach. Jeden zabiera on, a drugi ostemplowany należy przechować do kontroli przy opuszczaniu terytorium Uzbekistanu. No dobrze, zrobiliśmy wszystko zgodnie ze wskazówkami i wreszcie mogliśmy wyjść z dworca.

Cały proces, od momentu wylądowania do momentu opuszczenia budynku lotniska trwał jedynie trzy i pół godziny! Dobrze, że do Nukusu lecieliśmy następnego dnia, gdybyśmy lecieli od razu, przerwa miedzy samolotami była jedynie trzygodzinna. Nie wiem jak byśmy się wyrobili. ;-)

Przed lotniskiem znowu zgodnie ze standardem dopadła nas wataha taksówkarzy, oferujących dowóz do hotelu za 10$ od osoby. My byliśmy zdecydowani na autobus, tym bardziej, że pora była już normalna. Taksówkarze schodzili coraz niżej z ceną, a my w międzyczasie uświadomiliśmy sobie, że uciekając przed taksówkarzami nie wymieniliśmy pieniędzy. Kilka drobnych dolarów na takie okazje mieliśmy. W końcu cena stanęła na 6$ za cały samochód. Zapakowaliśmy się w czwórkę z plecakami do matiza (tak, to jest możliwe!) i dojechaliśmy szybko do hotelu Gulnara’s B&B (tel: +998 71 144 77 66, e-mail: gulnara@globalnet.uz). Później dowiedzieliśmy się, że taki przejazd kosztuje 2000 somów, czyli ok. 1,5$

<<< poprzedni odcineknastępny odcinek >>>

sobota, 7 czerwca 2008

Kolczyki

No dobra, jeszcze tylko dwa słowa o kolczykach i kończę już te komercyjne wypociny na razie ;-)

Powiem szczerze, że nie do końca rozumiem ideę jubilerskiego sklepu internetowego. Przecież z biżuterią jest trochę jak z dziełem sztuki. Ważny jest bezpośredni kontakt, otoczenie, kontekst. Te same kolczyki inaczej mogą wyglądać na różnych uszach. O fakturze, proporcjach i innych tego typu głupotach nie wspominając. Kupowanie biżuterii widząc ją tylko na ekranie monitora ma sens chyba tylko wtedy, gdy chcemy to potraktować jak lokatę kapitału. Choć przecież wtedy także: ładne kolczyki będą mocniej trzymać cenę niż brzydkie. Nie rozumiem.

Osobną kwestią jest emocjonalne związanie z noszona biżuterią. Czy ktoś pamięta jeszcze podstawówkowe pierścionki wyplatane z witek wierzbowych dla ukochanej? Albo klipsy ściągane na przerwach z uszu koleżanek? Jedna z moich znajomych robi kolczyki własnoręcznie. Na giełdzie minerałów kupuje ciekawe kamienie oraz niezbędne akcesoria i wyplata oryginalne wymyślone przez siebie wzorki kolczyków. To jest dopiero własna biżuteria!

Jednak i tak wszystko to marność, bo są kobiety, które w kolczykach wyglądają marnie. I nieistotna jest jakość i wygląd tych kolczyków. Krytycy.pl Po prostu twarz jest na tyle artystycznie skończona i wypełniona wszelkimi niezbędnymi szczegółami, że dodanie do niej obcego elementu tylko psuje dzieło Stwórcy i sprawia, że dzieło sztuki staje się kiczem. Także dziewczyny, jeśli chłopak Wam mówi, że źle Wam jest w kolczykach – niekoniecznie musi to wynikać ze skąpstwa! ;-)

piątek, 6 czerwca 2008

Stoły, kanapy, materace - życie

Człowiek bierze na siebie coraz więcej spraw, coraz więcej rzeczy zaprząta mu głowę, aż dochodzi do sytuacji, gdy zapomina o podstawowych sprawach. Spotykam się ze znajomymi, gram sobie na harmonijce, testuje różne techniczne nowinki, a nie mam kiedy rozejrzeć się za garniturem do ślubu. Nie mówiąc już o kanapie, która nieustająco od roku czeka na lepsze czasy. Swoją droga widzieliście kiedyś kanapę z IKEI po kilku latach użytkowania? O ile drewniane rzeczy pozbawione ruchomych części są dość solidne o tyle materace nie nadają się do niczego.

Przeglądając sieć pod kątem meblowych sklepów można oczywiście natknąć się na różne wynalazki w stylu Świata Sypialni, czy Madrexu, ale kto mi zagwarantuje, że jakość ich produktów będzie dobra? Poza tym gdzie dusza w takich nowych meblach? Kupiłem ostatnio stuletni stół, odrestaurowany, odrobaczony, zabezpieczony. Wygląda przepięknie, ale niestety dusza skrzypi w blacie, zostawiając na podłodze mikroskopijne trociny. Zbieram się podobnie jak z kanapa do zakupu odpowiedniego środa i w każdy weekend, jak słyszę pracujące żuchwy korników, drżę na myśl, że ta „dusza” wejdzie mi w drewnianą podłogę lub pozostałe meble. Jednak na zbieraniu się pozostaję, bo przecież kiedyś trzeba odsapnąć po tygodniu pracy i tak mija tydzień za tygodniem.

Krytycy.pl Na szczęście materac, który kupiłem 5 lat temu do mojego łóżka ciągle dobrze się sprawuje. Nawet nie wiem czy sklep, w którym go kupiłem jeszcze istnieje, ale jeśli kiedyś będę planował dokupić jakiś solidny materac to na pewno tam, na Grochowskiej w Warszawie.

czwartek, 5 czerwca 2008

Imprezy integracyjne?

Heh, zobaczmy z czym się je artykuły sponsorowane. Czy da się wysmażyć cokolwiek sensownego? Cokolwiek, co nie będzie odrzucać stereotypem i uproszczeniami. Weźmy na warsztat imprezy integracyjne.

Firmowe, rówieśnicze lub towarzyskie imprezy integracyjne, połączone z zabawą w budowanie piramidy z plastikowych skrzynek, jeżdżeniem na quadach, strzelaniem z łuku albo paintballem. Można także popłynąć w rejs, albo popłynąć w ogóle. Sporo osób już chyba brało w czymś takim udział. W sumie nawet szkolna wycieczkę można podciągnąć pod imprezę integracyjną. ;-) Pytanie oczywiście pozostaje otwarte, na ile taka impreza potrafi realnie zintegrować? Zdarzało się przecież, że człek siedzi na pomoście i patrząc na migoczący w świetle księżyca drugi brzeg delektuje się pragnieniem powrotu do domu, walczy z chęcią popłynięcia (niekoniecznie na drugi brzeg), albo próbuje nawiązać telepatyczny kontakt z obcą cywilizacją. Nieczęsto można spotkać bratnia duszę, która potowarzyszy w takiej medytacji. Tym bardziej, że często nie wygląda to na medytację, a raczej sprawia wrażenie walki z własna fizjologią.

(tak przy okazji odsyłam do pewnego tekstu innego rodzaju na ten temat)

Imprezy integracyjne potrafią być w równym stopniu dezintegracyjne ;-) Ile razy wypity alkohol uśpił super ego na tyle, że delikwent lub delikwentka rano nie chciała spojrzeć nikomu w oczy, albo nie pamiętała, dlaczego reszta towarzystwa dziwnie na nią patrzy? Ile razy ktoś okazywał się na tyle upierdliwy, że wszelkie resztki zainteresowania człowiekiem ulatywały jak dym z papierosa? Ilu z Was wolało pójść do swojego pokoju poczytać książkę niż kolejny raz słuchać napuszonych pijackich gadek?

Jednak mimo wszystko lubię te imprezy integracyjne. Zawsze „coś” tam się wydarzy, zawsze człowiek odkryje kolejne oblicze istnienia. Najbardziej jednak lubię poranki, gdy świt rozjaśnia niebo, umysł pracuje na odmiennych obrotach, demony poszły spać, zostają najwytrwalsi, rozmowy stają się szczere, cierpliwe i prawdziwe. Stan nieosiągalny w innych warunkach. Najcenniejsze tego typu chwile jak do tej pory przeżyłem w Chacie Socjologa na Otrycie. Najlepsze miejsce do prawdziwej integracji. Krytycy.pl Oczywiście pod warunkiem, że człowiek zgodzi się na fizyczne warunki otoczenia.

Nie, chyba jednak nie da się wysmażyć nic sensownego. Może następnym razem...

poniedziałek, 2 czerwca 2008

Azjatyckie bilety lotnicze

<<< poprzedni odcineknastępny odcinek >>>

Zanim załatwiliśmy sobie wizy i polecieliśmy do Taszkientu musieliśmy sobie jeszcze załatwić lotnicze bilety. Niby nic specjalnego, normalna procedura. A jednak.

Pierwotnie plan był następujący: lecimy do Taszkientu, z Taszkientu od razu do Urgenczu. Następnie po przejechaniu całej trasy wracamy samolotem z Biszkeku albo z Almaty. Kiedyś ktoś nam zasugerował takie rozwiązanie – przelot do Urgenczu i tego się trzymaliśmy. Tym bardziej, że jak sprawdziłem przelot ten kosztuje ok. 150 zł, a to jest ponad 1000 km, więc gigantyczna oszczędność czasu, a za podróż lądem zapłacilibyśmy podobnie. Jeśli chodzi o powrót to uzależnialiśmy to po pierwsze od istniejących połączeń, a po drugie od tego jak nam się uda rozplanować plan podróży. Z jednej strony fajnie byłoby zahaczyć o Almaty w Kazachstanie, z drugiej strony mieliśmy tylko 3 tygodnie.

Okazało się, że Aeroflot w ogóle nie lata do Almaty. Na szczęście w zaprzyjaźnionym biurze podróży, gdzie zawsze kupuję bilety i gdzie zawsze wynajdują mi najtańsze bilety (porównywarki internetowe wymiękają) – znaleźli mi połączenie przez Stambuł liniami tureckimi. Koszt to 2150 zł. Terminy także były korzystniejsze, więc dylemat się rozwiązał – wracamy z Kazachstanu. Pozostał przelot z Taszkientu do Urgenczu.

I tu zaczęła się szopka. Na jesieni ubiegłego roku, gdy zacząłem interesować się promocjami i rezerwacjami połączenie to było niedostępne w okresie wiosennym 2008. OK., czekamy. Na wiosnę długo nie publikowali rozkładu lotów, a gdy w końcu się pokazał na interesujący mnie termin nie było miejsc. W porządku, może coś się zwolni. Zapisali mnie na listy oczekujących w różnych terminach pobocznych i czekałem. Wyliczyliśmy ile mniej więcej będziemy potrzebować czasu i przyjęliśmy do wiadomości, że być może trzeba będzie jechać w kierunku morza Aralskiego lądem, a wracać do Taszkientu samolotem. W pewnym momencie, po piątym czy szóstym przełożeniu rezerwacji padła radosna informacja: są miejsca do Urgenczu!

Dobra, biorę w ciemno! Niestety. Komputerowy system rezerwacji doznał jakiegoś wstrząsu z tej radości i mój bilet istniał tylko na wydruku w moim ręku. Kilka dni później dowiedziałem się, że moje bilety nie istnieją, a miejsc w samolocie nie ma. Nie będę opisywał mojej frustracji, bo chyba łatwo ją sobie wyobrazić. Przy okazji dowiedziałem się fantastycznych historii o sprzedawaniu większej liczby biletów niż liczba miejsc w samolocie i problemach w sytuacji, gdy jednak wszyscy pasażerowie zechcą się zaczekować na dany lot. Rozgoryczonemu pasażerowi pani w okienku na lotnisku zawsze może zamknąć usta tekstem, że pośrednik źle wystawił bilet. No dobrze, termin wyjazdu zbliżał się wielkimi krokami, a w oczy zaglądała wizja podróży lądem w obie strony, co oznaczało ni mniej ni więcej, jak to, że zamiast oglądać Kirgizje będziemy pędzić na samolot do Almaty. Ale nie poddałem się. Dużo wcześniej Aldona wyczaiła, że obok Urgenczu jest jeszcze jedna miejscowość z zaznaczonym lotniskiem: Nukus. Tam też rezerwowałem miejsca i opłaciło się: udało się zdobyć bilety do Nukusu na lot dzień później. Oznaczało to kiblowanie w Taszkiencie na jet-legu półtorej doby, ale trudno.

Pierwotnie mieliśmy zamiar wylądować w Urgenczu i od razu przejechać do oddalonej o 25 km Chiwy. Samolot ze Stambułu lądował w Taszkiencie o 4 rano a o 7 rano był od razu samolot do Urgenczu. Moglibyśmy się powoli aklimatyzować w bajkowej scenerii niebieskich kopułek Teraz plany się pozmieniały i musieliśmy przeczekać w Taszkiencie półtorej doby, by wylądować w Nukusie o 9 wieczorem. Układ nie najlepszy, ale jak się okazało, te półtorej doby w zupełności wystarczyło na dwumilionowy Taszkient, Nukus był bliżej jeziora Aralskiego o 250 km i w efekcie nieoczekiwanie zaoszczędziliśmy jedną dobę. Także kolejny raz przekonałem się, że po pierwsze nie należy chwalić dnia przed zachodem słońca i po drugie należy przyjmować z pokorą różne przeciwności losu, bo nigdy nie wiesz kiedy niefart okaże się zrządzeniem opatrzności. ;-)

<<< poprzedni odcineknastępny odcinek >>>

 


Igor Czajka - Copyright 2008. Wszystkie Prawa Zastrzezone.

mail do autora - Igor Czajka