aktualizacja w weekendy ;-)

środa, 16 kwietnia 2008

Przerwa

<<< poprzedni odcineknastępny odcinek >>>

Tak, nie mam możliwości oraz zamiaru ustawiania automatycznych postów na najbliższy czas, bo i po co? Przez następne 3 tygodnie, aż do 11 maja jestem w podróży. Dalekiej podróży. Nie lubię zdradzać planów i zamiarów, żeby nie zapeszać. Dlatego na razie cel wojaży pozostanie tajemnicą. Zresztą bardziej spostrzegawczy mogą łatwo się domyśleć jaki region jest wzięty na celownik. Mam nadzieję, że będzie nie za gorąco i słonecznie, pomimo że prognozy wskazują na coś innego. Trudno. Nie zawsze jest kawior. Będzie jak będzie. Ważne, by cało i zdrowo wrócić...

Postanowiłem przy okazji przetestować kolejne narzędzie. W widocznym z boku oknie blipa będę w miarę możliwości zamieszczał info, gdzie jestem ;-) Wstawiam też na pocieszenie zdjęcie widoku z mojego okna, symbolizujące splątane ścieżki ludzkości, którymi drepczemy na codzień, nie zdając sobie sprawy, ile zadeptujemy obcych śladów ;-)



A wszystkich cierpliwych i niecierpliwych zapraszam do subskrypcji kanału RSS, dzięki któremu dowiecie sie o moim powrocie natychmiast po kolejnym wpisie ;-) Jeśli jeszcze nie wiesz co to jest kanał RSS - możesz się o tym dowiedzieć na przykład tu:
=> wikipedia
=> blog DrLexa
=> blog Żyły
Pewnie jest sporo innych, może nawet lepszych stron wyjaśniających czym jest RSS, ale od czego jest google? ;-)

Do następnego za trzy tygodnie!!!

<<< poprzedni odcineknastępny odcinek >>>

poniedziałek, 14 kwietnia 2008

Nauki przedmałżeńskie

Przygotowując się do ślubu trzeba odbębnić wiele rzeczy, miedzy innymi trzeba przejść przez nauki przedmałżeńskie. Można to zrobić odwiedzając swoją lub wybraną parafię 9 razy przez 9 kolejnych tygodni. Można też spróbować zapisać się na tzw. rekolekcje dla Narzeczonych, które zaliczają ci kurs w jeden weekend. My wybraliśmy ten drugi wariant. Gośka dostała namiary od znajomych i przez pół dnia, we dwoje wisieliśmy o wyznaczonej porze na telefonie, by dodzwonić się na zapis. Udało się. Teraz trzeba sie przemęczyć.

Nie mam jednak zamiaru powielać w tym miejscu opisów, jakie młodzi małżonkowie roztaczają przed tymi, którzy takich nauk jeszcze nie doświadczyli. Dość powiedzieć, że w tych opowieściach nieustannie i same wykłady i komentarze o biorących w tych wykładach narzeczonych, przedstawiane są w taki sposób, że jedyne oczekiwanie jakie pojawia się w człowieku przed wyjazdem to: "oby jak najszybciej to minęło" oraz "oby jakoś to przetrwać". Z takim też nastawieniem my pojechaliśmy do Lasek. Tak, macie rację, wyjechaliśmy z poczuciem zaskoczenia. Zostałem o to poproszony, więc nie zdradzę metody prowadzenia zajęć, niemniej mogę podzielić się kilkoma refleksjami.

  1. Nieoczekiwanie chyba dla wszystkich uczestników, rekolekcje te COŚ im dały. Widać to było nie tylko w podsumowujących komentarzach na zakończenie spotkania, ale również w rozmowach na papierosie. Ludzie wyjeżdżali z Lasek z poczuciem ułożenia, uporządkowania w głowach, wyciszenia i autentycznego skupienia się na sobie nawzajem w poszczególnych parach. Przy czym, co zupełnie normalne i zrozumiałe, każdy miał jakieś zastrzeżenia co do treści lub formy zajęć, niemniej widać było, że pomimo deklaracji obojętności, niemal każdy jest w jakiś pozytywny sposób poruszony i zbudowany.

  2. Prawie każda para deklarowała brak jakichkolwiek nowych informacji o sobie nawzajem, ale jednocześnie każda para zauważała, że jakaś sfera jest jeszcze nie przegadana i nie poruszona. A przecież to też bardzo ważna informacja.

  3. Myślę, że dużo więcej by dały takie spotkania parom, które pobierały się, jak kiedyś - niespełna po pół roku znajomości ;-) Po pięciu, ośmiu, czy jak w naszym przypadku po dwunastu latach bycia razem - niewiele pozostaje tematów nieporuszonych, nieprzegadanych. Niemniej materiał jaki wynieśliśmy z tych spotkań jest dobrą podstawą, którą można niejednokrotnie wykorzystać w przyszłości.

  4. Nie, nie można jednak spodziewać się zbyt wiele. Choć była jedna para, która być może dopiero będzie myśleć o oświadczynach, nie są to raczej spotkania mogące diametralnie odmienić jakikolwiek światopogląd czy opinię, albo które mogą odkryć przed uczestnikami jakieś inne pokłady wiedzy o sobie czy o świecie.

  5. Co dla mnie było niezwykle ważne i czego chyba najbardziej się bałem, atmosfera była naprawdę bardzo liberalna. Co prawda faceci spali w oddzielnych pokojach niż kobiety, a przed każdą prawie czynnością była krótka modlitwa, ale w sumie na wyjeździe organizowanym na zlecenie Kościoła trudno sie tego nie spodziewać. Niemniej panowała naprawdę atmosfera tolerancji i brak było jakiejkolwiek ostrzejszej indoktrynacji religijno-ideologicznej, o co w przypadku tego typu spotkań niezwykle łatwo. Prowadzili to ludzie naprawdę o wysokim poziomie wyczucia i taktu. Dla mnie było to naprawdę cenne.

  6. Należy zdecydowanie zabrać ze sobą wałówkę. Niestety siostry fatalnie gotują i wyjątkowo niezdrowo. Kuchnia oparta jest na kiełbasie i parówkach, o warzywach w zasadzie można zapomnieć. Ja naprawdę nie jestem wymagający, ja tylko liczę kalorie (ważne, by było ich jak najwięcej), ja rozumiem że ascetyczna kuchnia ma pozwolić na lepsze skupienie, ale nie jestem przekonany, by skupieniu pomagał ból brzucha, który stał się udziałem połowy uczestników wyjazdu.

  7. Niedostatki jedzenia wynagradza za to piękna okolica. Jest kilka przerw, gdy można pójść na krótki spacer po lesie. Cisza, spokój, zieleń i świeże powietrze pozwalają przystanąć, odsapnąć i naprawdę się skupić na tym co ważne.
Reasumując, jeśli nie chcesz stracić tego czasu, tylko wynieść coś dla siebie - spokojnie mogę polecić wyjazdowe, weekendowe rekolekcje dla narzeczonych prowadzone przez Małżeńskie Drogi. Nie jest to żadna kryptoreklama, jestem nieochrzczonym agnostykiem, piszę subiektywnie, ale z całkowitym przekonaniem. Dałem sie tam zawieźć narzeczonej i nieoczekiwanie dla nas obojga weekend ten okazał sie być całkiem miły i wartościowy.

środa, 9 kwietnia 2008

.oSo. w Montowni - 11 kwietnia

Zapraszam no kolejny koncert grupy .oSo. Ludzie z Montowni zdecydowanie nas polubili, bo już trzeci raz zaprosili nas do siebie. Przypominam namiary:

Klub Naparstek
w tym samym miejscu co Teatr Montownia
na tyłach teatru Buffo
Warszawa, ul. Konopnickiej 6
piątek 11 kwietnia
start: ok. godz. 21:30
(po zakończeniu spektaklu Testosteron)
wstęp: 10 zł


Tym razem koncert będzie inny niż dotychczasowe, co najmniej z dwóch powodów:
  1. Zagramy koncert samodzielnie, bez żadnego towarzystwa. Trochę smutno, ale też będzie mniej skrupułów, by bez końca maltretować publikę naszymi dźwiękami. ;-)

  2. Zaprezentujemy naszą płytę, którą w końcu udało się nam wyprodukować własnymi siłami. Nagraliśmy ją w domach, w salce prób i w studiu na strychu Jerza. Zaprojektowaliśmy prosta okładkę, zamówiliśmy tłoczenie i w ten sposób wydaliśmy płytę zależną tylko od nas i naszego "widzimisię". Efekt może być dyskusyjny, ale na pewno jest "nasz". Płytę będzie można kupić za 10 zł, jeśli ktoś chce mieć oryginalny egzemplarz w oryginalnym opakowaniu. Jeśli natomiast ktoś chce - może ściągnąć pliki mp3 ze strony i nagrać sobie własna płytę. Ta muzyka powstała z potrzeby naszych serc, a nie dla kasy, więc spoko.
Wiecej informacji o zespole można przeczytać na stronie zespołu:
http://oso.art.pl

oraz na stronie klubu Naparstek, gdzie odbędzie sie koncert:
http://www.montownia.art.pl



Przy okazji, dostałem informację od Centralnego Basenu Artystycznego dotyczącą moich wątpliwości co do relacji pomiędzy różnymi instytucjami działającymi w miejscu identyfikowanym jako "Montownia". Otóż Klubokawiarnia NAPARSTEK działa przy CENTRALNYM BASENIE ARTYSTYCZNYM. Zespół TEATRU MONTOWNIA występuje niekiedy na scenie BASENU. Zatem miejsce to Basen, a w tym miejscu działają dwie ekipy: Klub i Teatr. Być może to rozróżnienie jest im potrzebne dla celów podatkowych, bo ja nie do końca kumam te ambicjonalne dzielenie różnych inicjatyw. Kiedyś artyści łączyli sie w szkoły, chcieli tworzyć wspólnoty. Teraz każdy chce być kojarzony tylko ze sobą samym. No cóż, takie czasy ;-) Niemniej zapraszam jeszcze raz na koncert ;-)

poniedziałek, 7 kwietnia 2008

Ryszard Kapuściński - Kirgiz schodzi z konia

<<< poprzedni odcineknastępny odcinek >>>

Dziś druga z serii lektur środkowoazjatyckich. (Pierwsza była opisana TUTAJ) Osiem reportaży z Azji Środkowej napisanych w latach sześćdziesiątych. Każdy z innego kraju. Przemieszcza się z zachodu na wschód zaczynając od Gruzji, docierając do tytułowej Kirgizji. Kapuściński zatrzymuje się na wybranych przez siebie kilku szczegółach codziennego życia w każdym kraju. Pozostały w tych tekstach, oprócz zapachu miejsc, także szerokie pokłady uznania Autora dla przetwórczej energii i mocy socjalistycznej modernizacji tradycyjnych społeczeństw.

W zasadzie jest to najbardziej zaskakujące w tych tekstach – właśnie ten pokrewny Żeromskiemu, pozytywistyczny zachwyt postępującymi przemianami w państwie z wiadomym kontekstem. Z jednej strony zdziwienie przewodnikiem, który przekonuje Autora, że Mahometa nigdy nie było, z drugiej strony, kilka kartek dalej, mamy na przykład taki ustęp: „Azja radziecka jest dzisiaj wielkim placem budowy, terenem nieustającej rewolucji technicznej, a zarazem szkołą życia, uczelnią stu narodów.” (s. 110)

Biorąc pod uwagę czas i okoliczności powstania tych tekstów, takie fragmenty nie dziwią. Jednak w zestawieniu z dużo późniejszym Hebanem czy Szahinszahem brzmią prawie humorystycznie, pozostając niezłym przykładem zmanierowania umysłu i pewnego rodzaju młodzieńczej fascynacji dziejącymi się zmianami. Ciekaw jestem, czy różne współczesne teksty, po latach, także będą bawić swoją naiwnością? ;-)

Kapuściński o książce



<<< poprzedni odcineknastępny odcinek >>>

czwartek, 3 kwietnia 2008

Dubaj 2006, cz. 2: Drogi i ulice

<<< poprzedni odcinek

Ulice w Dubaju mają formę kilkupasmowych autostrad. Gdy Renata opowiadała nam o komunikacji w tym mieście, nie byliśmy w stanie przyjąć do wiadomości, że tam nie można poruszać się piechotą. A już informacje, że na głównej ulicy nie da się przejść na drugą stronę i łatwiej jest zatrzymać taksówkę, która przewiezie cię na drugą stronę – traktowaliśmy jak bajki nowobogackiej burżujki. Jasne! Posiedziała w tym Dubaju pół roku i w głowie się poprzewracało! Na drugą stronę ulicy przejść nie można! A co to, kładek nie wymyślili? Przejść podziemnych? Świateł? No niestety. Renata miała rację.

Na jednej ulicy, ciągnącej się wzdłuż morza, znaleźliśmy nawet autobusowy przystanek. Rozkład jazdy wskazywał, że za kilka minut powinien być autobus. Autobusy teoretycznie jeżdżą co pół godziny, najbliższy powinien być najdalej za 10 minut. Po 40 minutach czekania stwierdziliśmy, że to chyba nie ma sensu. Zaczęliśmy iść do następnego przystanku i mniej więcej w połowie drogi minął nas autobus, o numerze zupełnie innym, niż jakikolwiek figurujący na przystankowym spisie. Skąd mam wiedzieć gdzie ten autobus dojeżdża, skoro nie ma go ani na rozkładzie ani na mapie? A te, które są to nie jeżdżą? OK, przyjęliśmy do wiadomości, że jedyną możliwością poruszania się jest taksówka.

Odległości w Dubaju są niestety takie, że pomimo niskich cen taksówek, przy samym dojeździe do centrum i powrocie do Renaty, ich dzienny koszt był wyższy niż wynajęcie samochodu. Ekonomiczny rachunek zmusił nas zatem do tego, o czym nigdy wcześniej byśmy nie pomyśleli: wynajęliśmy samochód. Dzięki temu staliśmy się niezależni komunikacyjnie i zjechaliśmy w ciągu tygodnia ponad połowę Zjednoczonych Emiratów Arabskich. Jednak i tak nigdy pewnie bym się nie zdecydował wynająć samochodu w kraju arabskim, gdybym nie zobaczył jak prowadzi Renata. Nazwałem to arabskim stylem jazdy i gdy tylko przyjąłem reguły tej gry, całkiem bezpiecznie udało nam się przetrwać tydzień za kółkiem. Reguła podstawowa to: nie wahaj się, raczej uciekaj dodając gazu, niż hamując. Reguła druga: musisz mieć oczy dookoła głowy. Reguła trzecia: większy samochód ma pierwszeństwo. Kierowcy przy tym są zaskakująco uprzejmi i zaskakująco mało trąbią, a robią to jedynie w sytuacja, które naprawdę tego wymagają. W którymś momencie się zgubiliśmy i musiałem zawrócić. Stałem na poboczu, jakieś 50 m przed światłami i potrzebowałem zjechać na skrajnie lewy pas (cztery pasy w jedną stronę, na szczęście to nie była autostrada tylko jakaś lokalna ulica dojazdowa do autostrady). Poczekałem dosłownie chwilę z włączonym kierunkowskazem i pozostałe samochody zatrzymały się, przepuszczając mnie, bym spokojnie mógł zawrócić na skrzyżowaniu.

Drogi w większości przypadków są trzypasmowe. Główna Sheykh Zajid Road ma jednak sześć, a czasem na rozjazdach i do 9 pasów w jedną stronę. Jest naprawdę szeroka. Pozostałe drogi maja z reguły status autostrady i żeby zawrócić, trzeba dojechać do najbliższego skrzyżowania, gdzie wykonując kilka pętli po różnych ślimakach, w końcu można wrócić na tą samą drogę, tylko w przeciwnym kierunku. Średnia odległość między jednym a drugim takim skrzyżowaniem waha się między 5 a 20 km. Te główne drogi wyznaczają kwadraty, w których usytuowane są zabudowania o różnym przeznaczeniu. I tak: w jednym kwadracie jest dzielnica rozrywkowa: wesołe miasteczka, miniatury architektonicznych cudów świata, kasyna itp. W innym kwadracie jest olbrzymie osiedle willi jednorodzinnych. Jeszcze inny kwadrat to biurowce firm związanych z branżą IT itd. itp. Każdy obszar ma swoje przeznaczenie, a większość jest w trakcie zabudowywania. Nie można przy tym, być może na razie, przejechać z jednego kwadratu do drugiego omijając autostradę. Odległości są takie, że bez samochodu ani rusz. Niestety informacje i opinie Renaty to nie była żadna fanaberia: takie są po prostu fakty. :-)

Na koniec tylko słowo o autostradach międzymiastowych. Do głównej oazy Al-ajn prowadzi standardowa droga. 150 km przez pustynię. Trzy pasy w każdą stronę. Pas zieleni między jezdniami i między droga a pustynią. Wszystko nieustannie nawadniane, żeby piasek nie zasypał. Na środku stoją latarnie, także jak wracaliśmy z Al-ajn w nocy to droga była oświetlona na całej długości. Takie same autostrady prowadzą do każdego innego głównego miasta. Jedynie między Dubajem a stolicą ZEA, Abu-Dhabi autostrada jest na całej długości o jeden pas szersza.

<<< poprzedni odcinek

 


Igor Czajka - Copyright 2008. Wszystkie Prawa Zastrzezone.

mail do autora - Igor Czajka