aktualizacja w weekendy ;-)

poniedziałek, 31 marca 2008

Chiny - kilka bardzo luźnych refleksji

Ciąg dalszy posta pt.: Chinofoby i chinofile - a nie można normalnie?

Przyszedł poniedziałek i zamiast normalnego neutralnego wpisu, muszę dać upust różnym refleksjom, które pojawiły się po obserwacji blogów i komentarzy. Zatem jeszcze dwa słowa o Chinach. Nie traktujcie przy tym poniższych twierdzeń, jak wyprowadzonych z empirii prawd. Są to jedynie moje teorie i przypuszczenia. Moje nieudolne próby spojrzenia na ten sam medal z różnych stron. Forma bloga na szczęście umożliwia mi takie beztroskie snucie najfantastyczniejszych przypuszczeń.

  1. Chiny są ogromnym krajem. 1,3 mld ludzi. Powierzchnia Chin to 9,5 mln km2 (dla porównania: powierzchnia Europy to 10,5 mln km² (5,96 mln km², bez europejskiej części Rosji). Ludność: 712 mln) Wystarczy odrobinę popuścić cugli Chińczykom przez władze, a ich energia wystarczy, by od 1978 roku zapewnić nieprzerwany wzrost gospodarczy. Jaki inny kraj dysponuje takimi zasobami? USA? Rosja? Porównajcie sobie wskaźniki. Nie dochodu na mieszkańca rzecz jasna.

  2. Dla Chińczyków ostatnie 200 lat historii to wypadek przy pracy. Tak mówią sami Chińczycy. Dlaczego? Chiny zawsze były największą potęgą świata. Zawsze zdarzały się okresy kryzysów, po których znowu ta cywilizacja wychodziła na prostą. Ostatni okres trwa od ok. 200 lat. Wobec kilku tysięcy lat historii, to naprawdę krótki czas. Najpierw wojny opiumowe, nieudolność cesarzy, dworskie intrygi nierzadko inspirowane z Europy, następnie wojny i rewolucja kulturalna – brrr… pas nieszczęść, po którym naprawdę trudno się otrząsnąć. Co zrobiły Chiny? Od śmierci Mao, uwalniającej ten kraj od jego radosnych eksperymentów, Partia pozwoliła wreszcie Chińczykom robić to, co umieją najlepiej: zarządzać własnym ogródkiem. Efekt? 30 już lat nieprzerwanego wzrostu. Ile czasu od powstania zajęło Ameryce osiągnięcie statusu światowego mocarstwa? 200? 300? Nie oczekujmy, że Chiny po 200 latach upadku podniosą się w ciągu 20 lat. To jeszcze trochę potrwa. Ale nie miejmy złudzeń. Jak Chińczycy sami sobie nie przeszkodzą, to nikt im nie przeszkodzi stać się ponownie realnym Państwem Środka (Świata).

    Uświadomienie sobie tego faktu nie musi (jak widzi to np. m1chu) oznaczać zgody na podporządkowanie się Chinom. Czy fakt obecnego liderowania przez USA oznacza podporządkowanie np. Iranu? Nie trzeba także ze światowym mocarstwem walczyć tylko dlatego, że jest mocarstwem. Czy Argentyna walczy z Rosją? Czy Mongolia walczy z USA? Czy naprawdę nie możemy normalnie obok siebie współistnieć? Przykład USA pokazuje, że demokracja mocarstwa nie chroni nas przed imperialną polityką. Demokracja USA nie uchroniła od agresji Nikaragui, Iraku, Afganistanu. Obrona demokracji? A dlaczego Kuba ciągle jest komunistyczna? Czyż jest dalej od Iraku? Proszę nie mydlić oczu, bo (cytując ojca chrzestnego) to obraza dla mojej inteligencji.

    Co więcej, gdy w 1793 roku w przyjechała do Chin delegacja Anglików, by namówić Chińczyków do wymiany handlowej – ci odpowiedzieli, że poza brakiem manier i ogłady dyplomatycznej, "włochaci" nie mają nic ciekawego do zaoferowania, czego w Chinach by jeszcze nie było. (Zachód poradził sobie z Chinami za pomocą produkowanego w Indiach opium). Patrząc obiektywnie na dotychczasową historię naszych kontaktów to raczej Chiny mają powody, by obawiać się Europejczyków, a nie odwrotnie.

  3. Chiny to państwo komunistyczne tylko z nazwy. Realnie to cały czas Cesarstwo Chińskie, gdzie Cesarz nazywa się Partia. Mao jeśli jeszcze nie dołączył, to moim zdaniem wkrótce dołączy do panteonu państwowych patronów obok Konfucjusza, Mencjusza, czy Lao Tsy. W przeszłości, w zależności od przekonań Cesarza, najważniejsi byli albo konfucjaniści, albo legaliści itd. Teraz na topie są marksiści. Czy są to marksiści czy pseudomarksiści – to nie ma najmniejszego znaczenia. Istotny jest duch: działanie na rzecz dobra państwa i aktualnego władcy oraz skuteczne uprawianie swojego ogródka. Struktury władzy, sposób myślenia, mentalność itd. są najtrudniejsze do zmiany. Tym bardziej, jak niewiele się zmienia.

    Cesarz jest wysłannikiem Nieba. Panuje tak długo, jak Niebo mu pozwoli. Jeśli cesarz upada to znaczy, że Niebo tak postanowiło. Gdy wybucha bunt przeciwko cesarzowi, to znaczy, że cesarz ma kłopoty. Możliwości są dwie: cesarz bunt stłumi – to znaczy, że ma dalej przychylność Nieba. Buntownik pokona cesarza – to znaczy, że Niebo przekazało mandat władzy nowemu cesarzowi. Nieraz bywało już w historii Chin, że nowy cesarz pochodził z chłopów lub zaczynał jako prosty żołnierz. Zatem nawet XX-wieczna rewolucja "proletariacka" nie jest niczym nowym w Chinach. Nawet Rewolucja Kulturalna zdarzała się już przeszłości – choćby pierwszy cesarz zjednoczonych Chin kazał zrobić niemal dokładnie to samo: zniszczyć wszystkie stare księgi i wprowadzić nowy porządek.

    W tym układzie bunt studentów na placu Tiananmen był sygnałem dla władzy, że Niebo robi się chmurne, marszczy brwi. Partia pokonała studentów, znaczy to zatem, że odzyskała mandat do sprawowania władzy. Oczywiście to wszystko dzieje się na podświadomym niemalże poziomie symbolicznym. Realnie ludzie nie myślą w tych kategoriach, w samej Partii poleciało kilka głów z powodu Tiananmen. Jednak oficjalnie i na zewnątrz trzeba pokazywać jedność, siłę i zdeterminowanie. Dla dobra Państwa, dla dobra władzy.

    Nie potrafię trzech słowach wytłumaczyć tego w sposób nie wzbudzający kontrowersji, ale posłużę się przykładem na to, jak historyczno-mentalnościowe zaszłości wpływają na życie teraźniejsze. Patrzyliście kiedyś na mapę pokazującą rozkład wyborczych głosów? Czy granice poparcia miedzy poszczególnymi partiami nie pokrywają się z granicami zaborów? A ile lat minęło? No właśnie.

  4. Kolejny świetny artykuł w Dzienniku o Dalajlamie. Czytamy między wierszami? Dalajlama dokonał politycznej i ideologicznej wolty po tym, jak CIA cofnęło pomoc dla tybetańskich partyzantów w 1972 roku. Od tej pory zaczyna rozmawiać z Chińczykami ich językiem, deklaruje wiarę ideologię komunistyczną itd. Rozumiemy, że robi to, by chronić swój naród w sytuacji braku wsparcia skądkolwiek. Naprawdę tak trudno zrozumieć Chińczyków, którzy nie są w stanie zaufać nawróconemu pacyfiście, który wcześniej przez wiele lat przyjmował pomoc od CIA? Kto z rozsądnie myślących ludzi wierzy w nawrócenie takich szui jak Leszek Miller czy Jerzy Urban?

    Żebym nie był źle zrozumiany: nie porównuję Dalajlamy do Urbana, broń Boże! Chodzi mi o to, że dla Chińczyków Dalajlama może być mało wiarygodny, jak dla nas Urban, jako obrońca demokracji. Innym przykładem z naszego podwórka może być Bismarck - dla nas kat i ciemiężyciel, dla Niemców reformator i zjednoczyciel. Po drugie jego metamorfoza jest dla Chińczyków oznaką słabości i jasnym komunikatem: Tybet jest bezbronny, zatem można spokojnie go zająć i skutecznie spacyfikować. Zgodnie z przykazaniami "Sztuki Wojny" Sun Zi.

  5. Obecna sytuacja Tybetu przypomina nieco naszą sytuację w XIX wieku. Trzy potęgi dookoła, kilka nieudanych powstań i żadnej nadziei na pomoc. Nagle – prezent od losu – mocarstwa same się wykończyły. Lata budowania wizerunku Polski i dbania o jej PR dały efekt: Nawet prezydent dalekiego USA był po naszej stronie. Teraz ma jeden z głównych placów w Warszawie. Jedyne co mogą zrobić Tybetańczycy i co faktycznie robią (nie mówię o ostatnich dniach tylko latach) to budowanie dobrego wizerunku, aby w odpowiednim momencie to wykorzystać. I to dbanie o PR świetnie im wychodzi. Czy Dalajlama jest uosobieniem wszelkiego dobra (jak chcą jedni), czy wilkiem w mnisiej szacie (jak chcą drudzy) – tego nie wiem. Rozważania na ten temat wydają mi się niestosowne.

  6. Przerażające nieco we wszystkich apelach dotyczących pomocy Tybetowi jest niezwykle europocentryczne żądanie wpływu na Chińczyków. Jakież oni mają wobec nas zobowiązanie do diaska?! Oburzamy się na muzułmańskich fundamentalistów, gdy chcemy, naszym zdaniem zupełnie niewinnie, drukować karykatury Mahometa. Dziwimy się, dlaczego chcą nas nawracać za pomocą samobójczych pasów dynamitu czy porwanych samolotów. Oburzamy się, gdy prezydent Iranu nawołuje do nawracania siłą wszystkich niewiernych. Czym się od tego różnią oczekiwania, że obecny żandarm świata w postaci USA, odpowiednio zareaguje i wywrze, jak będzie trzeba to nawet i siłową, presję na Chiny? Że porównuję drukowanie karykatur do zabijania ludzi w Tybecie? A gdy weźmiemy pod uwagę ostatnią izraelską wojnę w Libanie, to też będziecie uważali, że nie można tych sytuacji porównywać?

    Oczywiście ja, osadzony w europejskim systemie wartości, z wielkim bólem patrzę na sytuację Tybecie. Ale jestem wstanie zrozumieć argumentację Chińczyków. Tym bardziej, że oni w przeciwieństwie do Australijczyków z początku XX wieku nie zaliczają Tybetańczyków do fauny Tybetu. Tym bardziej, że mam w oczach wiele innych przykładów bestialstwa ze strony samych Europejczyków, często w imię szczytnych ideałów. I nie muszę siegać w tym celu do wojen krzyżowych, czy procesu podbijania indiańskich państw przez Corteza i jemu podobnych. Czy uważam w takim razie, że mają prawo robić to, co robią? Absolutnie nie. Uważam po prostu, że środki i metody trzeba dostosować do sytuacji. Wysyłanie koszulek do Chin? Bezsens. Pikietowanie pod ambasadami? Strata czasu. Bojkot zakupu produktów firm wspierających reżim? O! To może być trafne. Niech Chińczycy wyrzynają się nawzajem, ale niech wiedzą, że nie mogą liczyć na bezproblemowe kontakty z Zachodem. Chińczycy chcą, by respektować ich autonomię? Niech respektują autonomię innych. Ale wymagając tego od Chińczyków, musimy, jeśli chcemy być wiarygodni sami respektować autonomię Chińczyków w ich własnym kraju. Jeśli chcą się izolować – czemu nie. Chcą iść w ślady Korei Płn. – niech idą. Mają do tego prawo, jako niepodległe państwo. Jeśli poważnie traktujemy wyznawane przez nas wartości.

    Co możemy zrobić my, prości konsumenci? Zagłosować naszymi nogami i naszymi portfelami. Chce coca-cola być tylko na chińskim rynku? Niech sobie będzie. Chce Adidas sprzedawać swoje chińskie buty tylko w Chinach – niech sprzedaje. Wątpię, by im się to opłaciło. Mamy wpływ na wiele rzeczy, ale tu, u nas, w naszym europejskim domu. Jak na nasze wybory zareagują rządy i koncerny? Na pewno lepiej niż chińskie władze na nasze apele. Gdyby Sekretarze się ugięli – stracili by Twarz – a to pierwszy krok do utraty mandatu Nieba. Jednak na rezygnację z Zachodnich inwestycji także nie mogą sobie pozwolić.

  7. Mylić się jednak może ten, kto sądzi, że tu jedynie o kasę idzie. Chiny to szczwany lis i umie rozpoznać słabe punkty przeciwnika. Zachodnia kasa to jedno, zachodnie technologie to drugie. A system liberalny i demokratyczny Zachodu jest kolosalnie nieszczelny. Polityka otwartości to nie tylko możliwość korzystania przez Chińczyków z dobrodziejstw świata. To nie tylko możliwość ściągania do Chin dużej kasy i nowych technologii. To także umożliwienie Chińczykom swobodnego podróżowania po świecie. Możliwość zatrudniania się przy wszelkich nowych technologiach, co z kolei oznacza dużo łatwiejsze szpiegostwo gospodarcze i transfer najnowszych pomysłów technologicznych do strefy, gdzie chronione są interesy chińskie a nie autorów pomysłu. Transfer nowoczesnych technologii tą drogą także przybiera rozmiary przekraczające normalne wyobrażenie. Niebezpieczeństwo zamknięcia tej ścieżki modernizacji Chin także może być, na razie jeszcze, sporym argumentem.

Rany, znowu się rozpisałem. Zupełnie bez sensu... I jeszcze kilka linków:

Chińscy szpiedzy działają w Polsce?
Tysiąc ziaren piasku
Chiny wstrząsną światem
SŁABOŚĆ MILITARNA AMERYKI
Rozmawiajcie z Chińczykami jak przyjaciele
Ujguryzacja Tybetańczyków

środa, 26 marca 2008

Chinofoby i chinofile - a nie można normalnie?

Tekst będący kontynuacją poprzedniego postu: Tybetańskie lustro.

Ludzie chociaż w minimalnym stopniu interesujący się Chinami dzielą się na dwie kategorie. Pierwsi, zafascynowani tym krajem, potęgą jego kultury, bądź potęgą statystyk, bagatelizują znaczenie mrocznych aspektów jego istnienia. Drudzy, nafaszerowani negatywną propagandą, nie chcą słyszeć o żadnych faktach, mogących mieć jakikolwiek pozytywny wydźwięk. Jedni i drudzy okopują się na swoich pozycjach szukając kolejnych argumentów dla poparcia swojej tezy. Im bardziej się okopują, tym gorzej z przyjmowaniem argumentów drugiej strony: nie można przecież być niekonsekwentnym. A przyznanie się przed samym sobą do niekonsekwencji przychodzi najtrudniej. Nie jestem pewien, czy diagnoza finwe.isilra, napisana w komentarzu, o zaspokojeniu potrzeby bycia dobrym poprzez hałasowanie na temat Tybetu jest wyczerpująca. Wydaje mi się, że nie jest to jedyna ukryta motywacja. I finwe.isilra rozwija swoją myśl na blogu. Ja do zestawu motywacyjnego dołożyłbym jeszcze, po pierwsze, większą atrakcyjność protestowania od tworzenia konstruktywnych propozycji. Po drugie, potrzebę bycia konsekwentnym wobec wypowiedzianych przez siebie słów. Po trzecie, czasem konformizm wobec grupy, a innym razem bunt wobec autorytetów. Dodam tylko jeszcze refleksję, że większość buntowników nawołujących np. do bojkotu chińskich wyrobów nie zauważa, że pisząc taki apel, ma na sobie przynajmniej dwie rzeczy (np. koszulkę i skarpetki, czy choćby bieliznę) wyprodukowaną w Chinach i stuka w klawisze „made in china”, oglądając efekt na chińskim monitorze. Ale dosyć z tą amatorską psychoanalizą. Wróćmy do Chin.

Poszukując w necie źródeł informacji, które nie wiadomo jak i skąd krążą w mojej głowie, natknąłem się na kilka ciekawych rzeczy. Miedzy innymi na znamienną wymianę poglądów na portalu psz.pl Najpierw Łukasz Foltyn i Piotr Szumilewicz epatują nas statystykami, liczbami i faktami, które mają nas przekonać, że Chiny są krajem, z którego moglibyśmy się wiele nauczyć w sprawach transformacji gospodarki od systemu peerelowskiego do kapitalistycznego. No fajnie. Na to Waldemar Chamala przytacza jeszcze większą liczbę danych mających udowodnić, że Chiny są krajem nędzy i zacofania, a chińska transformacja ustrojowa i gospodarcza nie odbiega od schematu transformacji krajów wychodzących z głębokiego kryzysu, jakim jest np. okres powojenny. Trudno się nie zgodzić, że Rewolucja Kulturalna poczyniła chyba większe spustoszenie potężnego państwa, niż sama wojna. Na koniec dostajemy emocjonalny i kiepsko przetłumaczony tekst Guya Sormana o Imperium Kłamstw.

Zatrzymam się najpierw na dwu pierwszych tekstach. Ma rację Łukasz, gdy pisze, by zwracać uwagę na liczby. Odpowiednio przedstawione mogą pokazywać tą samą rzecz z różnej strony. Na przykład Chamala podaje informację, że w Chinach tylko w 2004 roku ulokowano łącznie 150 mld $ zagranicznych inwestycji. Dla porównania, w Polsce od początku lat 90 zainwestowano 73 mld $. Co nam daje takie porównanie? Mi - nic. Zróbmy szybki rachunek: 1300 mln ludność Chin, 38 mln ludność Polski. Czyli Chiny są „tylko” 34 razy liczniejsze od Polski. Zatem można przyjąć, że proporcjonalnie do liczby ludności w Polsce, od początku lat 90 zainwestowano 73 x 34 = 2482 mld $. Przyjmując, że od 1990 roku do 2004 roku inwestowano w Chinach tyle samo kasy daje to wynik: 150 x 14 = 2100 mld $ zagranicznych inwestycji. Polska to nie jest taka zła kraj, jak by powiedział Zulu Gula, czyż nie?. Foltyn z kolei podaje informację, że Chiny na badania i rozwój przeznaczają ponad 70 mld $ rocznie, mając ponad 800 tys. naukowców. Stosując powyższe analogie daje to w skali Polski 2 mld $ na badania i 23 tys. naukowców. Hmm… chyba nie jest z nami tak źle? Nie wiem jakie są dane dotyczące Polski, ale wydaje mi się, że dysponujemy nieco wyższymi wartościami.

Do liczb trzeba mieć dystans, jak do całego świata. A może nawet nieco większy. Nie porównujmy się z Chinami, bo jak słusznie zauważa Chamala, nie wybudujemy nigdy u siebie ponad 1000-kilometrowej linii kolejowej na wysokości 5 tys. m npm, ani największej na świecie Zapory Trzech Przełomów. Możemy zastanawiać się jedynie nad zagrożeniami i szansami tego dalekiego kraju oraz zupełnie osobno naszego malutkiego grajdołka. Jasne jest, że w dobie globalnej gospodarki wszystko ze sobą się łączy. Ale raczej teoria chaosu bardziej jest tu przydatna, niż analizy bazujące na analogiach.

Trzeci wspomniany autor serwuje nam solidną porcję tragicznych historii otwierających nam noże w kieszeni. A ja przekornie na to odpowiem, że przy ponadmiliardowym narodzie można odszukać dowolną sytuację będącą świetną ilustracja dowolnej tezy. Przykład zastosowania tej strategii w drugą stronę? Wyobraźmy sobie chiński dziennik podający informację o Polakach przetrzymywanych i zabijanych we włoskich obozach pracy. Głośno było o nich jakiś czas temu. Czy informacja taka byłaby nieprawdziwa? A interpretacja, że zgniłe kapitalistyczne społeczeństwa potrafią doprowadzić do takich wynaturzeń – to już byłaby nadinterpretacja? Oczywiście! A co powiecie o przypadkach handlu żywym towarem? O zmuszaniu do prostytucji? O handlu dziećmi? O przypadkach pedofilii w instytucji mającej strzec moralności? Gdzie szmugluje się narkotyki? Czyż nie do krajów Zachodnich? Ja nie mam zaufania do dziennikarstwa z tezą. Staram się nie budować swoich opinii na podstawie tak serwowanych ocen. W czasie Zimnej Wojny mieliśmy podobną wojnę propagandową. Po obu stronach barykady te same rzeczy miały przeciwne znaczenie. A prawda? Prawda jest w zdrowym rozsądku.

Sorman twierdzi, że odwiedza Chiny od 1967 roku i to daje mu mandat do uogólniania sytuacji oraz przedstawiania reprezentatywnych przykładów na podstawie historii, jak sam pisze, kilku wyjątkowych Chińczyków. Widocznie artykuł w Newsweeku napisany został przez zindoktrynowaną Chinkę. Widocznie mandżurska genetyczna spotkana w Pingyao była ubeckim agentem. Radek Pyffel, który zjechał przez kilka lat spędzonych na stypendiach prawie całe Chiny, nigdy mi nie opowiadał o ukrywaniu się pod brezentem przyczepy traktora. Ale to pewnie dlatego, że zakochiwał się w Chinkach i brak mu było dystansu.

Sorman opisuje źródła błędnego rozumienia Chin i panujących stereotypów, jako zapożyczone od jezuitów z XVII wieku. Jezuici byli pierwszymi, którzy na przykład w południowoamerykańskich Indianach dostrzegli ludzi. Sorman wykazuje postawę nie tyle daleką zarówno jednym i drugim zakonnikom, ile bliską bardziej św. Wojciechowi: takie same dzieci boże jak on, niemal od razu pozbawiły go życia. Postawa może i szlachetna oraz idealistyczna, ale czy mająca cokolwiek wspólnego z rzeczywistością? Sorman być może nie czytał Weggela i nie miał okazji dowiedzieć się, że Chińczycy różnią się od nas, choć w nieco inny sposób niż opisywali to XVII-wieczni badacze. Dystans, tylko dystans może nas uratować.

Kończąc wrócę do dylematu większości myślicieli: czy XXI wiek będzie, czy nie będzie należał do Chin? Uważam, że tego typu dyskusje są jałowe. Podobnie jak wszelkie futurystyczne wizje. Stanisław Lem stwierdził kiedyś, że najbardziej prawdopodobne w przyszłości jest to, co czego najmniej się spodziewamy. Kto spodziewał się jeszcze na początku lat 80-tych upadku komunizmu i ZSRR? Kto jeszcze w latach 80-tych wierzył w powstanie wirtualnej rzeczywistości? Cięższe od powietrza maszyny latające (proszę nie podawać przypadku Leonarda)? Przykłady można mnożyć. Jałowe nie są analizy możliwości i zagrożeń – one, oparte na solidnych podstawach, mogą pomóc w rozwiązywaniu na czas pojawiających się kryzysów.

Jakie są szanse Chin?

  1. Otworzenie intelektualnej dyskusji oraz zinstytucjonalizowanie tradycyjnych chińskich kanałów komunikacji i konsultacji między władzą a społeczeństwem. Pisze szeroko o tym Weggel w swojej książce, a rozwija i pokazuje przykłady Mark Leonard w artykule z dodatku Europa.

  2. Dywersyfikacja źródeł energii – w tym względzie jesteśmy w podobnej sytuacji.

  3. Na razie nieograniczone możliwości rozwoju – pokłady biedy są tak dalekie, że naprawdę jeszcze sporo czasu upłynie zanim Chiny doszlusują do społecznej równości Niemiec czy Szwecji ;-) (Aczkolwiek proszę pomyśleć Niemczech sytuacji Turków w takich Niemczech, albo ogólniej o sytuacji nie-Niemców…)
Jakie są problemy i zagrożenia?
  1. niekontrolowany wzrost gospodarczy – wbrew pozorom to jest największe zagrożenie: gdyby uwolnić całkowicie energię Chińczyków, wzrost byłby duuuużo wyższy, nastąpiłoby gwałtowne przegrzanie koniunktury, nastąpiłby krach i cała układanka by się posypała jak domek z kart. Zdają sobie z tego sprawę chińscy decydenci i otwarcie mówią, że jednym z priorytetowych działań jest schładzanie chińskiej gospodarki.

  2. Rosnące rozwarstwienie społeczne – to może rodzić niepokoje, centralne planowanie ma na celu trzymanie w ryzach chińskiej energii ludzkiej. Tworzone są kolejne strefy ekonomiczne i powoli, ale nie raptownie uwalniana swoboda poruszania się.

  3. Zanieczyszczenie środowiska – już teraz są problemy z dostępem do wody, a sytuacja będzie się pogarszać. W Datongu parę lat temu stężenie dwutlenku węgla w powietrzu było na tyle duże, że zabroniono ludziom wychodzić z domów przez kilka dni, bo mogli się udusić. Piasek z pustyni Gobi potrafi dolecieć nawet do Pekinu. Prowadzi się intensywne zalesianie obrzeży pustyni by zapobiec jej ekspansji. Chiny myślą o ochronie środowiska, ale otwarcie przyznają, że w obecnej chwili priorytetem jest wzrost gospodarczy.

  4. Brak polityki społecznej i emerytalnej. Robotnicy nie mają w Chinach żadnego ubezpieczenia. To tykająca bomba. Gdy obecne pracujące pokolenie się zestarzeje, mogą zacząć się kłopoty. Na razie funkcję państwa pełni rodzina, ale przy polityce jednego dziecka rodzina może mieć problem z utrzymaniem emerytów. Być może dlatego też ochrona środowiska jest na dalszym planie: w zatrutym powietrzu ludzie krócej żyją i krócej są na emeryturze. W przypadku Chin to nie jest nieprawdopodobna teza ;-)

  5. Uzależnienie surowcowo energetyczne – sposobem na łatanie jest chociażby budowa rury z Kazachstanu
Szans i problemów jest na pewno więcej. Nie czuję się na siłach, by je szczegółowo rozpisywać. Chciałem tylko zasygnalizować, że mogą być one zlokalizowane w zupełnie innych miejscach niż się to wydaje. Ich rozwiązanie też może być zupełnie inne od tego, co byśmy chcieli. Jedno jest pewne: nie można przykładać Zachodniej miary do kultury chińskiej. Pomimo tego, że technologicznie to ta sama cywilizacja, mentalnościowo i kulturowo to inna planeta. W dodatku planeta, która zawsze była samodzielna i niepodległa. Pomimo okresów uzależnienia nie była nigdy (jak borykające się, bądź co bądź, z podobnymi problemami Indie) niczyją kolonią. Wypracowała jeszcze przed narodzeniem Chrystusa zasady organizacji społecznej i światopogląd, którego łatwo nie wykorzenią jakiekolwiek obce idee. A świat Zachodu jest dla Chin czymś obcym. I mam niejasne wrażenie, że dyfuzja idei z Zachodu do Chin będzie równie skuteczna jak dyfuzja idei buddyjskich i hinduskich z Indii na Zachód.

Dalsze rozwinięcie tematu w następnym poście: Chiny - kilka bardzo luznych refleksji.

wtorek, 25 marca 2008

Tybetańskie lustro

Spora wrzawa się wywiązała z powodu ostatnich zamieszek w Tybecie. Obserwuję tą wrzawę z uwagą, ale też z daleko posuniętą rezerwą, wynikającą ze świadomości prostego faktu: historię piszą zwycięzcy... Niestety Tybetańczycy mają pecha: na dachu świata tylko Chińczycy mają swoje interesy. Nikt, poza Chińczykami, nie jest ani kapitałowo, ani politycznie zaangażowany w tym regionie. Co więcej, wielu przeszkadza sprawa Tybetu w prowadzeniu interesów. Indie, USA, Rosja i większość innych krajów handluje z Chinami, a nie z Tybetańczykami. Z Dalajlamą fajnie się spotkać, pokazać, zamanifestować swoje poparcie dla wspólnych idei, ale na to, by za deklaracjami poszły twarde czyny, Dalajlama raczej nie ma co liczyć.

Historię piszą zwycięzcy. Dlatego o Katyniu oficjalnie mówi się dopiero teraz. Dlatego masowa eksterminacja Indian w USA była romantycznym zdobywaniem Dzikiego Zachodu. Dlatego Aborygeni jeszcze na początku XX w. zaliczani byli do fauny kontynentu australijskiego. Dlatego Saddam Hussajn był ważnym partnerem USA w czasach Zimnej Wojny i zbrodniarzem, gdy przestał być potrzebny i jednocześnie (o zgrozo!) zaczął realizować własną politykę. Jedynym graczem, z którym Chiny mogłyby się liczyć jest USA. Czy można mieć nadzieję na jakikolwiek ruch ze strony Ameryki? Osobiście nie widzę na to najmniejszej szansy. Dlaczego? Z powodu gigantycznej hipokryzji całego świata zachodniego, który gdzieś na początku czasów nowożytnych przestał poważnie traktować wyznawane wartości. W tej materii odsyłam do Kołakowskiego oraz do Chomsky'ego (do którego pewnie jeszcze wrócę).

Jaki jest obecny azjatycki układ sił? W największym skrócie:
  1. USA trzymają Chiny za jaja kontrolując morski szlak, którym idzie ropa z krajów Arabskich. Wystarczy zablokować cieśninę Malakka by pozbawić Chiny dostaw jednego z najistotniejszych surowców.

  2. Dlatego Chiny dogadały się z Rosją i krajami Azji Centralnej, by zbudować rurociąg przesyłający ropę i gaz z tego regionu.

  3. Ocenia się, że w ciągu 20 lat potencjał militarny Chin dogoni potencjał USA w stopniu uniemożliwiającym Ameryce przeprowadzenie zwycięskiej wojny z Chinami. Dziś na portalu Dziennika pojawił sie artykuł z informacja, że USA już dziś miałyby problemy: "Państwo Środka może pobić Amerykę"

  4. Chiny od jakiegoś czasu (jeśli jeszcze tego nie robią, to coraz poważniej to rozważają) zaczynają zamieniać rezerwy walutowe z dolara na euro.
Wiadomo już dzisiaj, że USA nie pójdzie na konflikt z Chinami. Po pierwsze ma za dużo interesów w tym kraju. Po drugie Ameryka jest wycieńczona Irakiem i Afganistanem i konflikt z powodu Tybetu czy Tajwanu jest coraz mniej realny czysto finansowo. Ale przede wszystkim Chiny nie spełniają trzech podstawowych warunków uderzenia prewencyjnego, sformułowanych przez Chomsky'ego. W swojej książce "Hegemonia albo przetrwanie" pisze on na stronie 25:

"Ofiara wojny prewencyjnej musi odznaczać się kilkoma cechami:
  1. Musi być praktycznie bezbronna.
  2. Musi być na tyle ważna, by w ogóle opłacało się podejmować jakieś działania.
  3. Musi dać się ją przedstawić jako ucieleśnienie skrajnego zła i bezpośrednie zagrożenie dla naszego przetrwania."
Irak spełniał wszystkie warunki, a Chiny zostały wykreślone niedawno z listy krajów łamiących prawa człowieka. Tybetańczycy nie mają na kogo liczyć. Jak powstanie rura z Azji Centralnej światowy układ sil ulegnie jeszcze głębszej zmianie i nic nie będzie już takie jak obecnie. Amerykanie stracą argument cieśniny Malakka, dolar zupełnie straci na znaczeniu, bedzie albo wojna, którą Ameryka zawsze ratowała gospodarkę, albo zmieni się światowy lider. Nie pozostanie nic innego jak uczyć się chińskiego. Tybetańczycy nie są sami. Wystarczy popatrzeć na Afrykę. Wystarczy popatrzeć na historie europejskich podbojów i w Ameryce i w Afryce czy w Australii. Szczerze mówiąc nie dziwię się Chińczykom, którzy pukają sie w czoło na moralizatorskie nawoływania Zachodu w sprawie Tybetu. Być może Chińczycy za 100 lat pójdą w ślady Australii i przeproszą Tybetańczyków, ale na razie, przy obecnym układzie sił i poziomie wiary w deklarowane wartości Tybet stoi niestety na przegranej pozycji.

Ciekawy zdystansowany komentarz do wszystkich emocjonalnych reakcji napisał na swoim blogu Łukasz Sobek. W pełni się z nim zgadzam. Podobnie jak w pełni popieram inicjatywę bloga FreeTybet.pl: może i nie możemy wiele zrobić, ale rozmawiajmy! Dyskutując możemy zmienić nastawienie kilku najbliższych znajomych, otworzyć oczy kilku ludziom, a od tego zaczyna się zmienianie świata. Słowa mają siłę. I w tym miejscu być może kolejna niespodzianka: Chiny także dyskutują. Chiny także myślą o możliwych rozwiązaniach. Myślą w zupełnie innych kategoriach, z zupełnie innej perspektywy, ale jednak. Bardzo ciekawy artykuł ukazał sie w ostatnim dodatku Europa: O czym myślą Chiny?

Na dzisiaj wystarczy. Ciąg dalszy mojej opinii w kolejnym wpisie: Chinofoby i chinofile - a nie można normalnie?

czwartek, 20 marca 2008

Salman Rushdie - Dzieci północy

Kiedy główny bohater powieści przyszedł na świat „wskazówki zegara złożyły się niczym ręce w tradycyjnym geście powitania”. Główny bohater urodził się „dokładnie w chwili uzyskania przez Indie niepodległości. Aż wszystkim dech zaparło.” Jego los „został nierozerwalnie przykuty do losu kraju.” (s. 9) Przez następne prawie sześćset stron bohater snuje swą opowieść w sposób, który nieustannie trzyma w napięciu. Jest coś takiego w języku Rushdiego, co też świetnie zostało przetłumaczone, co sprawia, że człowiek odkłada książkę dopiero wtedy, gdy oczy kleją się w stopniu uniemożliwiającym kontynuację lektury. Każde zdanie rozbudza pragnienie przeczytania następnego i tak aż do ostatniej strony.

Po drodze poznajemy historie różnych osób związanych z głównym bohaterem i mających niebagatelny wpływ na jego losy. Historie, którymi można by obdzielić kilka powieści. Przy tym przenikają się ze sobą: fantastyka z realizmem, magia z codziennością; uwznioślanie banału i trywializowanie wzniosłości odbywa się z tak typową dla Rushdiego lekkością i naturalnością, że czytelnik nie odczuwa podczas lektury żadnego dysonansu. Nawet krótki, nie związany z fabułą, epizod fekalny nie razi i, pomimo całkowicie odmiennego charakteru i stylistyki tego fragmentu, sprawia wrażenie bycia absolutnie na swoim miejscu w tej długiej i fascynującej opowieści. Pozwolę sobie go przytoczyć w całości, bo moim zdaniem, pomimo całkowitej niereprezentatywności, świetnie oddaje dystans i autoironię narratora, który na każdym kroku bawi się z czytelnikiem w swoją własną grę.
Północ albo coś koło tego. Mężczyzna niesie złożony (i nienaruszony) czarny parasol, kroczy ku mojemu oknu od strony torów kolejowych, przystaje, kuca, wali kupę. Następnie dostrzega moją sylwetkę na tle światła i zamiast obrazić się za mój voyeuryzm, woła: - Spójrz tylko! - i dalej rąbie najdłuższą kupę jaką widziałem w życiu. - Ponad czterdzieści centymetrów! - krzyczy. - A ty jaką robisz? - Dawniej, kiedy miałem w sobie więcej pary, chciałoby mi się opowiedzieć jego historię; ta godzina i parasol w ręku stanowiłyby niezbędne powiązania, żeby rozpocząć proces wplatania go w swoje życie, co więcej, z całą pewnością dowiódłbym jego nieodzowności dla każdego, kto pragnie zrozumieć moje życie i czasy spowite mrokiem nocy; dziś wszakże jestem wyłączony, wyciągnięty z gniazdka, zostały mi do napisania tylko epitafia. Pomachawszy więc ręką temu mistrzowi wypróżniania się, odkrzykuję: - Jak dobrze pójdzie, to dwadzieścia centymetrów – i zaraz o nim zapominam. (s. 586)

Czym są tytułowe dzieci północy i jakie mają właściwości – tego nie zdradzę. Dość powiedzieć, że niejeden raz będziemy zaskakiwani. Nie tylko zwrotami akcji, ale także zwrotami w pojmowaniu wszystkiego co się działo i co ma nastąpić w przyszłości. Obok Szatańskich wersetów i Ziemi pod jej stopami to moje ulubione książki nie tylko Rushdiego ale w ogóle.

Masz inne zdanie? Napisz mi o tym! ;-)

Książki Salmana Rushdie'go w Wydawnictwie Rebis
O książce na Biblionetce


poniedziałek, 17 marca 2008

Chiny 2007 - spis treści

W Chinach byliśmy przez 3 tygodnie. Wykupiliśmy jedynie bilety na samolot i fru. Oczywiście wcześniej we czwórkę przedyskutowaliśmy, co chcemy na miejscu zobaczyć. Ostrych tarć w tym względzie nie było, bo przy pierwszej wizycie kanon jest jasny, a różne odchylenia łatwo storpedować brakiem czasu. Plan był zatem napięty, a relacja będzie ex-post. Mapę wyprawy zamieszczam niżej. Można na niej obejrzeć nie tylko trasę podróży ale także lokalizację niektórych zdjęć. Niestety nie wszystkich, choć może z biegiem czasu także to uzupełnię.


Wyświetl większą mapę


Z informacji praktycznych: 1 Y (juan) = ok. 0,38 zł, więc ceny w Y dzieliłem w przybliżeniu przez 3 i zaokrąglałem w górę ;-) Najtańszy przelot zdecydowanie Aerofłotem. Hotele z dwuosobowymi pokojami w granicach 10-30 zł (w Pekinie dużo drożej, nawet pow. 100zł) za pokój. Jedzenie w knajpkach w granicach 5-10 zł za obiad. Transport głównie koleją, autobusy bardzo ciasne, można też wynająć samochód – za całodzienny przejazd z Datongu do Taihuai (ok. 250 km), ze zwiedzaniem po drodze, zapłaciliśmy ok. 200 zł (na 4 osoby, więc wyszło po 50 zł od łebka).

Relacja ma charakter jak najbardziej subiektywny. Starałem się unikać opisów miejsc, które oglądaliśmy, odsyłając do innych stron w sieci. Chciałem skupić się na ulotnych, nietypowych sytuacjach, zatrzymać uwagę na nieoczekiwanym detalu, opisać ludzi oraz ich odmienne spojrzenie na świat. Nie wiem czy mi się to udało. Oceńcie sami.

Spis treści:

Relację można pobrać w formacie .pdf :
Zobacz też:

czwartek, 13 marca 2008

Oskar Weggel - Chiny

Tuż przed wyjazdem do Chin Gośka znalazła w internecie tą świetną książkę. Mnie bardziej interesowała zamierzchła historia, dlatego dość długo nie mogłem się zabrać do tej lektury. W zasadzie przeczytałem ją dopiero po powrocie. I tu niespodzianka! Naprawdę fascynująca rzecz! Jest to piąta edycja książki, która ewoluowała razem z Chinami. Pierwsze wydanie ukazało się w roku 1981, więc od tego czasu zmieniło się na tyle dużo, że w zasadzie teraz jest to zupełnie inna książka.

Oddajmy na chwilę głos autorowi:

„Celem tej książki jest w pierwszym rzędzie obalanie stereotypów. Najłatwiej to osiągnąć, ukazując bez osłonek polityczne, gospodarcze i kulturalne wyzwania, którym Chiny muszą sprostać. Skomplikowane, a czasem wręcz nierozwiązywalne problemy, z jakimi boryka się ten kraj, pokazują, że nie jest on lewiatanem, lecz olbrzymim placem budowy, na którym dzień i noc prowadzi się prace i dokonuje eksperymentów, a obok niewątpliwych sukcesów pojawiają się katastrofalne błędy. Po drugie postaram się wykazać, że tamtejsze sukcesy ekonomiczne nie są dziełem przypadku, a ponadto w Chinach istnieją realne szanse na demokratyzację, zwłaszcza na wybrzeżu. Po trzecie wreszcie, chodzi o ukazanie Państwa Środka – w którym od roku 1949 ścierają się wpływy marksistowskie, wolnorynkowe i elementy tradycji – jako autonomicznego obszaru kulturowego o własnym systemie wartości, który po nieudanej próbie maoistowskiej Rewolucji Kulturalnej od dawna wkroczył na drogę renormalizacji. Wyraźnie odczuwalne determinanty żywej od setek lat tradycji nie stanowią przy tym wyłącznie elementów hamujących rozwój, lecz – przeciwnie – wyzwalają kreatywne impulsy. Poglądową (i dla gospodarek zachodnich częstokroć bolesną) lekcję pozytywnego oddziaływania tradycji dała Japonia oraz Cztery Małe Smoki (Korea Płd., Tajwan, Hongkong i Singapur), wyrastające z tej samej prastarej gleby metakonfucjanizmu co Chiny.”


Autor opisuje po kolei większość aspektów życia we współczesnych Chinach. Można wreszcie zrozumieć, dlaczego Chińczycy mogą „budować socjalizm kapitalistycznymi metodami” jednocześnie dalej czcząc Mao. Jak doszło do obecnego bumu gospodarczego i dlaczego sami Chińczycy aż tak bardzo nie narzekają, jak by się to mogło wydawać. Co więcej, są ze swojego kraju coraz bardziej dumni i podkreślają, że teraz Chińczycy do Chin wracają, a nie z nich wyjeżdżają. W kraju, który podobno jest komunistyczny!

Wiedziałem już wcześniej że pojęcia europejskie trudno jest zastosować do opisu społeczeństwa chińskiego. Do tego stopnia, np. pojęcie „prawa człowieka” jest w zasadzie nieprzekładalne na język chiński. Chińczyk realizuje się poprzez współpracę z grupą. Jeśli grupa dobrze funkcjonuje, dzięki miedzy innymi niemu – wtedy Chińczyk jest szczęśliwy i samozrealizowany. Zachodni indywidualizm i samorealizacja przez odróżnienie się, jest tak samo niepojęta dla Chińczyka, jak chińskie współgranie dla nas. OK, ale jak to się przekłada na codzienne życie i z czego w zasadzie wynikają takie a nie inne postawy – to pięknie wyjaśnia Weggel. Używa do tego celu pojęcia metakonfucjanizmu, ale co to jest – dowiecie się z lektury. Naprawdę polecam!

Opis książki na stronie Wydawnictwa Cyklady
Opis książki na biblionetce

poniedziałek, 10 marca 2008

Dzień 20, Powrót

18 sierpnia 2007, sobota

Nasz wyjazd w końcu dobiegł końca. Trzy tygodnie czerwonych świątyń i złotych buddysiów. Przed wyjazdem Radek Pyffel uśmiechnął się z przekąsem na nasz plan podróży stwierdzając – "no tak, taki cesarski model, nie wiem czy się nie znudzicie, ale jak chcecie" - teraz wiem co miał na myśli. Jednak mimo wszystko kawał świata, czuć potęgę tego kraju, potęgę kultury, która pomimo przemierzenia kilku tysięcy kilometrów jest wszędzie taka sama. Chińczyk z południa może się nie porozumieć z Chińczykiem z północy, ale jeśli zapiszą to, co mówią chińskimi znakami, to pomimo różnic w wymowie przeczytają ten sam sens. Co więcej, pismo koreańskie i japońskie ma wiele wspólnych lub podobnych znaków oznaczających podobne rzeczy. Dla Chińczyków ostatnie 200-300 lat to wypadek przy pracy, wyjątek potwierdzający regułę, że Chiny to Państwo Środka, że Chiny to centrum świata. Chińczycy są przekonani, że już niedługo zajmą z powrotem należne im miejsce. Patrząc na ich zapał do pracy i widoczne efekty ostatnich lat pracy – nie wydaje się to być takie niemożliwe. Nie chcę jednak wchodzić w futurystyczne dywagacje, chcę jedynie zakończyć moja opowieść.

Wczesnym rankiem taksówka dojechaliśmy na dworzec kolejki maglev. Przejazd przez miasto przy bezchmurnym niebie pogłębił tylko poczucie rodzimego cywilizacyjnego zacofania. Od hotelu przejechaliśmy ładnych kilkadziesiąt kilometrów szeroką autostradą przez środek miasta, postawioną niemal w całości na betonowych palach kilka metrów nad ziemią. Mijaliśmy osiedle za osiedlem kilkunastopiętrowych mieszkalnych wieżowców, a na horyzoncie majaczyły szklane biurowce Pudongu. Magnetyczny pociąg na lotnisko pokonuje odległość 30 km w 8 minut z prędkością 430 km/h. Został wybudowany jako linia eksperymentalna, by sprawdzić parametry przed planowanym uruchomieniem podobnego pociągu na trasie Szanghaj-Pekin. Więcej komentarza chyba nie trzeba.

Na lotnisku w Moskwie tylko 12 godzin czekania, a w sklepach najtańsza kanapka plus pół litra coca-coli kosztowało 14$. W Warszawie okazało się, że bagaż połowy pasażerów nie przyleciał. Jednym słowem twarde lądowanie w Europie ;-) Ale nic to. Wróciliśmy cali i zdrowi. Nie było przyprawiającego o zawrót głowy dreszczu egzotyki, jak w położonych na zupełnie innej planecie Indiach. Nie wiem jak reszta, ale ja wróciłem porażony potęgą tego kraju widoczną na każdym kroku. Oczywiście przy całej świadomości sytuacji politycznej i gospodarczej warto zwrócić uwagę na jeden fakt. Statystyki w jakiś sposób opisują tempo wzrostu gospodarczego i takie tam różne abstrakcyjne rzeczy. Ja powiem tylko, że moja kuzynka, która była w Chinach ładnych kilka lat temu (ale nie kilkanaście), widziała na ulicach szarych ludzi poruszających się prawie wyłącznie na rowerach. Teraz ludzie są kolorowi, uśmiechnięci i jeśli nie jeżdżą własnymi samochodami to wsiadają do taksówki. Jeśli mówią o swoim kraju to słychać w ich głosie dumę, a nie strach.

Nie jest moim celem idealizowanie obrazu współczesnych Chin, ale wydaje mi się, że warto w tym państwie zacząć dostrzegać coś więcej niż szary komunistyczny reżim i źródło taniej siły roboczej.

K O N I E C


p.s. W następnych dwóch postach zamieszczę parę słów na temat wiele wyjaśniającej książki o Chinach oraz spis treści całej relacji ;-)

czwartek, 6 marca 2008

Agregatory nie lubią mojego bloga

Przepraszam za odrobinę prywatnej frustracji, ale może ktoś w sieci pomoże rozwiązać pewien techniczny problem, który dorwał mnie i nie chce puścić, i trzyma będąc kolejnym powodem dla wielu innych życiowych frustracji. Chodzi o RSS i różne blogowe agregatory.

Zarówno MyBlogLog, jak i BlogCatalog, a ostatnio również Blogbox nie widzą nowych postów z mojego bloga. Żadne odświeżanie, pingowanie i tym podobne praktyki nie przynoszą żadnego rezultatu. Zlikwidowanie adresu kanału i zdefiniowanie go na nowo także nic nie daje. Nie ma też znaczenia czy adres kanału RSS jest oryginalny blogspotowy czy przekierowany na feedburnera. Ech...

Masz lub miałeś kiedyś podobny problem? Poradziłeś sobie z nim? Daj mi znać! Proszę... ;-)

poniedziałek, 3 marca 2008

Dzień 19, Tongli

17 sierpnia 2007, piątek

Na wycieczkę do Tongli właściwie zdecydowaliśmy się w ostatniej chwili i znienacka. Poprzedniego dnia, Dorota z Bartkiem postanowili w pewnym momencie olać ogrody Suzhou i pojechać właśnie do Tongli, jako do chińskiej Wenecji pozbawionej turystów. Miejsce zachwyciło ich tak bardzo, że przysłali nam pełnego zachwytów sms-a z informacją, że zostają tam na noc oraz prośbą sprawdzenia porannych pociągów z Suzhou do Szanghaju. Zgodnie doszliśmy do wniosku, że w takim razie poświęcimy oglądanie Szanghaju na rzecz cichego i spokojnego Tongli, by choć na koniec nieco się wyciszyć.

Nauczeni doświadczeniem z poprzedniego dnia, wsiedliśmy raniutko do pociągu i już o 9 rano ponownie wylądowaliśmy na rozkopanym i zatłoczonym placu przed dworcem kolejowym w Suzhou. Nie mogliśmy odszukać żadnych znaków informacyjnych, więc pozostał wypróbowany sposób pt. "koniec języka za przewodnika". Po wytypowaniu dobrze ubranej, zadbanej młodej Chinki, następował atak: "do you speak english?" Za trzecim razem się udało i mogliśmy przystąpić do pytań skąd odchodzi autobus do Tongli? Pytanie okazało się dosyć trudne, Chinka zastanawiała się jakiś jak nam wytłumaczyć drogę, po czym stwierdziła, żebyśmy poszli za nią, ona nam pokaże, bo to za trudno opowiedzieć. Rzeczywiście, droga do dworca autobusowego nie była może zbyt długa, jednak i tak zajęła nam z 10 minut po różnych dziwnych chodnikach, kładkach, mostkach i przejściach między parkanami.

Gdy doszliśmy do dworca, sympatyczna Chinka nie poczuła się zwolniona z obowiązku pomocy obcokrajowcom. Dopytała się w kasie wszystkich szczegółów, następnie wytłumaczyła nam, że to jest miasto z opłatą za wstęp, że do biletu wstępu wliczony jest przejazd autobusem, że bilet ten uprawnia do wejścia do większości głównych atrakcji, w związku z czym na pewno się opłaca go kupić. OK, kupiliśmy bilety, pozostała kwestia znalezienia autobusu. Tu też przyszła nam na ratunek nasza przewodniczka. Pokazała na bilecie, które znaczki oznaczają nazwę naszej miejscowości i kazała uważać na żółty autobus, który miał przyjechać za około 10 minut. Gdy upewniła się że wszystko rozumiemy, przeprosiła nas, że musi już nas zostawić. Bardzo serdecznie jej podziękowaliśmy za pomoc zapewniając, że tak, na pewno już damy sobie radę. Była to kolejna osoba w Chinach, która zupełnie bezinteresownie, postanowiła na poważnie podjąć się roli naszego niespodziewanego przewodnika.

Samo miasteczko faktycznie senne, nastawione na turystów, ale bez tłumów. Rikszarze nie nachalni, knajpki prawie puste, na straganach spokój. Uliczki na przemian z kanałami tworzą kamienny labirynt z niewielka ilością zieleni. Czując niedosyt ogrodów rozpoczęliśmy zwiedzanie od zamienionego na muzeum domu bogatego kupca, gdzie pokoje mieszkalne przenikają się z altanami, stawami i roślinami w sposób niemal niezauważalny, tworząc senną, klimatyczną oazę, w której zapomina się o wszelkich troskach. Z niektórych pawilonów dochodziła muzyka. A to chłopak grający na sanxian w duecie ze śpiewająca dziewczyną, grającą jednocześnie na pipie, w innym pawilonie kobieta brzdąkająca na zheng, w jeszcze innym facet grający na flecie o dźwięcznej nazwie dizi. Ten ostatni niestety się speszył jak mnie zobaczył, przestał grać, ale wrócił do swojego zajęcia parę minut po tym jak znowu został sam. Trudno wyczuć, czy byli to zatrudnieni tam czasoumilacze, czy też klimat sprzyjał do takiej formy hobbystycznej aktywności.

Na jednym z kanałów siedziała sobie na łódce kobieta prezentująca, popularny ponoć do dzisiaj w południowych Chinach, sposób połowu ryb za pomocą kormoranów. Uwiązane za nogę na cienkim sznurku ptaki, maja założone na szyje metalowe obręcze, nie pozwalające im połknąć upolowanej ryby. Na sygnał rybaka wytresowane ptaki łapią ryby, rybak wyciąga wtedy za pomocą sznurka kormorana do łódki i wyciąga z jego dzioba rybę. Nie wiem, czy kobieta z Tongli była tam na stałe, czy też posadzili ją do celów aktualnie kręconej reklamy. Widzieliśmy ją w sumie ze trzy razy w tym samym miejscu, ale w pewnym momencie mogliśmy zaobserwować rybaczkę przy pracy, filmowaną przez ekipę telewizyjną, pośród snujących się na wodzie sztucznych mgieł.

Nie mogliśmy sobie darować również wycieczki chińska gondolą po kanałach, obejrzenia kilku domów zamienionych na muzea, przepłynięcia na wysepkę, na której podobno kręci się mnóstwo filmów i tym podobnych atrakcji. Do poruszania się braliśmy rowerowe riksze, zaciskając zęby – z jednej strony czuliśmy się jak wyzyskujące kapitalistyczne świnie, z drugiej strony była świadomość, że jest to wreszcie okazja dla delikwenta, aby zarobił parę groszy (ups... juanów). Na koniec posnuliśmy się po sklepikach i kupiliśmy chińskie bambusowe stożkowate kapelusze. W jednym z otwartych na ulicę kramów z instrumentami muzycznymi sprzedawca pokazał mi jak się obsługuje zheng: brzmienie szarpanej długimi paznokciami struny jest modulowane poprzez jej naciskanie po drugiej stronie mostka.

Do Szanghaju wróciliśmy o zmierzchu i postanowiliśmy zobaczyć kolonialną dzielnicę francuską. Metrem dostaliśmy się na drugi koniec głównej ulicy i spotkało nas kolejne rozczarowanie tym miastem. Dopiero po dotarciu do centrum czuć było kilkunastomilionową metropolię. Z nie tak dawnych przecież chińskich szarych mundurków i rowerowych tłumów nie zostało nawet śladu. No może poza bardzo rzadkimi muzealnymi lumpami w rewolucyjnych mundurach i w czapkach z czerwona gwiazda na czole. Dzisiaj Szanghaj to wielopoziomowe skrzyżowania, kolorowo oświetlone budynki i tłumy zajętych taksówek. Pięknie podświetlone wieżowce, olbrzymie przestrzenie handlowe na poziomie zero, poprzetykane sympatycznymi knajpkami i scenami, na których występowały różnej proweniencji zespoły: od punk-rocka, przez jazz, aż po piosenkę francuską. Kolorowo ubrani ludzie, drogie samochody, światła i blichtr. Żeby tak jeszcze można było przysiąść na chwilę na jakimś murku czy ławeczce. Lepiej tego jednak nie robić. Niestety. Z reguły są oplute...

Z przewodnika TravelChinaGuide
Chińska informacja o Tongli po angielsku
Z Chińskiej strony o Suzhou, także po angielsku

 


Igor Czajka - Copyright 2008. Wszystkie Prawa Zastrzezone.

mail do autora - Igor Czajka