aktualizacja w weekendy ;-)

poniedziałek, 25 lutego 2008

Dzień 18, Suzhou

16 sierpnia 2007, czwartek

Drukowany przewodnik poleca, by do zwiedzania Suzhou, czyli słynnego miasta ogrodów, leżącego kilkadziesiąt kilometrów od Szanghaju, wynająć rower. Z takim też postanowieniem wyszliśmy z hotelu. Bilet kolejowy udało się kupić dopiero na godzinę 11. Trudno, zaczekamy, zjemy śniadanie. Okazało się, że na tej trasie w zasadzie większość pociągów to szybka kolej do Nankinu, która jeździ z podróżną prędkością 250 km/h. Wygodne lotnicze fotele, czyste zadbane wagony, kosmiczny wygląd całego pociągu przypominającego francuskie TGV, wyświetlacz aktualnej prędkości wraz z komunikatami o bieżącej stacji... zacząłem się zastanawiać czy nas nie przeniosło do Japonii? Czy nadal jesteśmy w Chinach? Do oddalonego o ok. 90 km Suzhou dotarliśmy w niecałe 30 min.

Nerwica zwiedzania dała o sobie znać zaraz po wyjściu z dworca. Prowadzeni przez zdezaktualizowaną mapę (tempo budowania, przebudowywania i remontowania jest kolosalne nie tylko w olimpijskim Pekinie, ale niemal w całych Chinach), dotarliśmy w końcu do jednej z głównych ulic. Wyjęliśmy z bankomatu pieniądze i wypożyczyliśmy rowery. Przemieszczanie się na rowerze, w tłumie Chińczyków, pokonywanie skrzyżowań, na których światła kierowały ruchem z jakąś wschodnią logiką, nieustanne próby wyczuwania intencji innych uczestników ruchu... Ech, to było niezłe doświadczenie. Co ciekawe, rower jest na tyle uznanym środkiem lokomocji, że nie tylko ma oddzielone krawężnikiem od części samochodowej pasy ruchu (bo trudno to nazwać ścieżka rowerową), ale także nie można nawet wejść z rowerem na zamknięte dla ruchu kołowego deptaki. Policjanci (czy milicjanci?) nie pozwolą nikomu z rowerem wejść, wskazując specjalny parking, na którym parkingowy za drobna opłatą (2Y) pilnuje poprzypinanych do stojaków dziesiątek rowerów.

No dobrze. Co warto zobaczyć w Suzhou? Oczywiście: ogrody. Przecież to najsłynniejsze miasto ogrodów! Ogrody chińskie w pełnej swej różnorodności. I co? I zobaczyliśmy dwa! Okazało się bowiem, że ogrody otwarte są do godziny 16. W ogóle wszystko, co jest warte zobaczenia otwarte jest do godziny 16. Także jeśli chcesz w ciągu jednego dnia obejrzeć chociaż kilka ogrodów – koniecznie musisz przyjechać tutaj wczesnym rankiem. Nie pamiętam o której godzinie otwierają, ale zanim się wyjdzie z dworca, wypożyczy rower i dojedzie na miejsce – warto być na stacji w Suzhou o 8 rano. O chińskich ogrodach i ich historii ładnie napisała Lanyun. Oprócz tego można zajrzeć do linków zamieszczonych pod postem.

Nieświadomi niczego (ogrody u nas zamyka się przecież o zmroku) weszliśmy najpierw do Pagody Północnej Świątyni (Beisi Ta). Przewodnik prawi, że jest to najwyższa pagoda na południe od Jangcy, powstała w III w. n.e., odbudowana po zniszczeniach w 1582 roku. Jak wszystko w Chinach nie wygląda na swoje lata, a pozwala ze swojego szczytu popatrzeć na stare chińskie miasto, w którym obok tysiącletnich ogrodów jest las mieszkalnych i biurowych wieżowców. Następnie wizyta w muzeum jedwabiu, gdzie można po angielsku poczytać o historii jedwabnictwa oraz pooglądać narzędzia i żywe jedwabniki w różnych stadiach rozwoju. Jeśli ktoś się nie brzydzi – polecam.

Krótki przejazd przez kilka przecznic i po raz pierwszy zostawiamy rowery. Ogród Pokornego Administratora (Zhuozheng Yuan) jest najrozleglejszym ogrodem Suzhou. Trochę zestresowani czasem i zostawionymi rowerami nie potrafiliśmy w nim odsapnąć, ale i tak można było poczuć spokój płynący z wijących się alejek i świetnie utrzymanych pawilonów. Porośnięte lotosami jeziorka, bambusowe gaje, drewniane pawilony – relaks i harmonia. Na końcu jeszcze rzut oka na sporą kolekcję wiekowych bonsai. Ogród założył w XVI w. cesarski urzędnik, który po rezygnacji ze stanowiska zajął się zarządzaniem pracami ogrodniczymi. Piękny przykład sytuacji, gdy uprawianie własnego ogródka dało dużo lepsze efekty również dla potomnych, niż tzw. służba krajowi ;-)

Następnie wsiedliśmy na rowery i popedałowaliśmy do Ogrodu Szczęścia. Po drodze zahaczyliśmy jeszcze o Xuanmiao Guan, czyli taoistyczną Świątynię Tajemniczości. Do tej świątyni musieliśmy także dojść na piechotę szeroką handlowa ulicą tylko dla pieszych. Sama świątynia nie różniła się zbytnio od innych poza tym, że jeden z posągów miał wychodzące z oczu małe dłonie. Nigdzie czegoś podobnego nie widziałem i nie mam pojęcia, jakie znaczenie może mieć ta postać? Ogród Yi Yuan należy do najmniejszych w Suzhou, jednak wijące się pośród skał wąskie alejki oraz przejścia, w których ledwo mieści się jeden człowiek, są tak skonstruowane, by sprawić wrażenie, że ogród nie ma końca. Rzeczywiście jest to jakiś mikrokosmos, w którym można się bardzo przyjemnie zagubić.

Ogród Mistrza Sieci (Wangshi Yuan) był naszym następnym celem. Nie mogliśmy go znaleźć, kilkakrotnie pytaliśmy przechodniów jak do niego trafić i kilkakrotnie przejeżdżaliśmy uliczkę prowadzącą do wejścia. Już myślałem, że Mistrz Sieci grzebie coś w Matrixie, bawiąc się z nami w chowanego, ale w końcu udało się! Dotarliśmy do bramy, jednak tu czekała nas gorycz porażki: ogród właśnie zamykano. Na nic się zdały prośby, że tylko na chwilę, tylko rzucić okiem, że jesteśmy tu tylko dzisiaj itd. itp. Zostaliśmy zaproszeni na koncert świateł o godzinie 21, a teraz przepraszamy, ale jest już nieczynne. Nie będę opisywał naszej frustracji i złości na samych siebie, na zbyt późna porę przyjazdu do Suzhou, na godziny pracy muzeów w tym mieście i w ogóle na cały świat. Wróciliśmy na dworzec, po drodze oddając rowery, na dworcu coś zjedliśmy i poczekaliśmy jedyne trzy godziny na najbliższy pociąg do Szanghaju, na który udało się dostać bilety.

Suzhou na innych stronach:
CT Poland
Kraków - Azja
Globtroter
Kurde Czajna
Chińskie Radio
Wikipedia

czwartek, 21 lutego 2008

Koncert .oSo. w Naparstku

Jutro, 22 lutego, w Piątek - kolejny koncert .oSo. Towarzyszyć mu będzie zespół Playfinger. Start przewidziany jest na godzinę 20:00. Dojazd prosty, w centrum Warszawy, przy Pl. 3 Krzyży, na tyłach teatru Buffo. Mapka już niepotrzebna

Scena i widownia, ustawione na dnie niegdysiejszego basenu, tworzą niezły klimat. Obok sceny regularna knajpka. Klub Naparstek i teatr Montownia to jest to samo miejsce, ale w zależności od tego, co się tam dzieje, to różnie sie nazywa. Ciekawa sprawa, której kompletnie nie kumam. ;-) Nie ma sie co rozpisywać. Jeśli nie masz co zrobić ze sobą w piątkowy wieczór - przyjdź na nasz koncert. Będzie nam bardzo miło :-)

Zaproszenie na koncert na stronie klubu Naparstek.


Po koncercie: bardzo udany występ. Publiczność dopisała, ludzie śpiewali razem z nami i nie chcieli nas wypuścić. Nagłośnienie wyjątkowo dobre, jedynie wokalista był trochę za cicho. Ale w końcu były dobrze ustawione gitary i można było się delektować dźwiękiem. Kobietom najbardziej przypadły do gustu "Drzwi", a facetom "Skwer". Podobał się także "Rower". Zaczynamy być rozpoznawalni i widać, że kawałki jednak różnią się między sobą nie tylko dla nas, a to dobry znak. Teraz czekamy na następny koncert...

poniedziałek, 18 lutego 2008

Dzień 17, Szanghaj

15 sierpnia 2007, środa

Przy wyjściu z dworca jak zwykle zaczepiło nas kilku hotelowych łapaczy. Wzięliśmy wizytówki i postanowiliśmy najpierw sprawdzić upatrzony w przewodniku hotel niedaleko Bundu. Żaden taksówkarz nie chciał nas zabrać, wszyscy udawali zajętych, albo po zobaczeniu adresu nie chcieli tam jechać. Musieliśmy odejść spory kawałek od dworca by wreszcie złapać taksówkę. Niestety, zabytkowy hotel okazał się być po remoncie i ceny podskoczyły na tyle, że musieliśmy szukać dalej. Przy tych poszukiwaniach spotkaliśmy jakąś parę z Polski, ale po tym jak dziewczyna zareagowała na brak zrozumienia u portiera słowami "kurwa, no przecież pokazuję ci te twoje znaczki ty popierdolony żółtku, czego ty kurwa nie kumasz?" - postanowiliśmy jak najszybciej zakończyć tą znajomość, zanim się nawet rozpoczęła. W końcu zmusiliśmy jakiegoś taksówkarza, żeby zawiózł nas do hotelu wskazanego na wizytówce. Taksiarz bardzo protestował, twierdził że tam nas nie przyjmą, ale byliśmy twardzi. W hotelu rzeczywiście nas nie chcieli przyjąć, twierdząc że jest to miejsce jedynie dla Chińczyków, że dla obcokrajowców jest za niski standard i że przepisy im nie pozwalają. My tymczasem powoływaliśmy się na negocjacje z naganiaczem, z którym nawet ustaliliśmy cenę. Skończyło się w końcu tak, że zaprowadzono nas do hotelu na sąsiedniej ulicy, gdzie za wcześniej ustaloną cenę dostaliśmy dwa piękne i czyste pokoje. Uff... Prysznic, drzemka i do miasta.

Niestety dojechaliśmy do Szanghaju na tyle późno, że przez te wszystkie perturbacje z hotelami wylądowaliśmy w centrum na Bundzie dopiero o godzinie 18. W zasadzie była to nasza jedyna okazja zobaczyć miasto w resztkach zachodzącego słońca. Tak bowiem wyszło, że Szanghaj widzieliśmy w zasadzie tylko w nocy. Teraz spacerując po Bundzie łykaliśmy widoki w wielkim pośpiechu. A te były... rozczarowujące. Sama Perła Orientu czyli wieża telewizyjna będąca wizytówka miasta utrzymana jest w stylistyce plastikowej zabawki z lat osiemdziesiątych. Przydałaby się jej naprawdę porządna modernizacja. Pozostałe wieżowce także nie odbiegają od tego przaśnego stylu kojarzącego mi się z nastroszonymi fryzurami zespołu Europe. Naszym ideałem został jednak budynek ze świecącym na czerwonym tle olbrzymim napisem Aurora. Sam Bund broni się kolonialną architekturą, ale na końcu Dalekiego Wschodu oczekiwania są, pomimo pełnej świadomości kontekstu, jednak nieco inne.

Deptak nad Bundem zadeptany jest maksymalnie. Po prostu tłok. Turyści, spacerowicze, sprzedawcy; tłum przy barierkach nad wodą, zatłoczone ławki, co chwila ktoś chce ci sprzedać zegarek, wrotki, hulajnogę, migające piłki itp. Niby klimat jak w każdym turystycznym miejscu, ale tutaj podniesione to do potęgi nie wiem już której. Ponieważ mieliśmy i tak kupić komuś dla jaj podróbkę Rolexa postanowiliśmy sprawdzić wytrzymałość sprzedawcy. Gdy wykazaliśmy zainteresowanie pytając o cenę, był to sygnał dla handlarza, że tym klientom już raczej odpuścić nie wolno. Przeszedł razem z nami chyba z pół kilometra, stracił z pół godziny i na koniec zadowolony raczej nie był. Od ceny 300Y (ok. 100 zł) zszedł do 20Y (ok. 8 zł). W ten sposób staliśmy się posiadaczami "oryginalnego" Rolexa za jedyne 8 zł. Nie wiem, ile kosztuje wyprodukowanie zegarka. Ale chyba niewiele.

Gdy nadszedł zmierzch, który jeszcze nie był nocą, ale już nie był dniem, poszliśmy na kawę, odpocząć i poczekać na neony. Kawiarnia, z widokiem na Pudong, serwowała jedynie kawę i lody, które smakowały wyśmienicie pomimo bajońskiej ceny. Przez te kilkadziesiąt minut byliśmy jedynymi klientami. Po odpoczynku poszliśmy oglądać miasto nocą. Pozytywne wrażenie to że miasto tętni życiem. Nie tylko na głównej ulicy ale w ogóle. Mnóstwo ludzi, z których część się gdzieś spieszy, część spaceruje, część zbija bąki. Co chwila zaczepia sprzedawca dziwnych owoców, czasem nawinie się żebrak, ale rzadko, bo policja od razu ich usuwa. Wieczorem, już po godzinie 22, trudno nam było złapać taksówkę do hotelu. Nie dlatego że jest ich mało. Większość była zajęta, a wolne natychmiast były wyłapywane przez grupy chętnych. Musieliśmy odejść sporo od centrum, by w końcu złapać transport do hotelu.

piątek, 15 lutego 2008

Niesamowita Słowiańszczyzna, cz.2

Postanowiłem wyrzucic to z siebie i na tym poprzestać. Chaos myśli i uczuć kotłuje się gdzieś w głębi, ale trudno. Przyjdzie jeszcze czas na uporządkowanie. Tymczasem pies szczeka w ciemność, przeczuwając tylko, bez cienia wiedzy...

Tutaj część pierwsza.

Dlaczego tak mało wiemy o prasłowiańskich wierzeniach, obrzędach, obyczajach? Czy dlatego nic lub prawie nic się nie zachowało, bo nie miało się co zachowywać? Czy nie trzeba było w zasadzie niczego wykorzeniać, wystarczyło ponazywać inaczej różne święta, nadać im chrześcijańskich patronów i już? Stara wiara szła w zapomnienie? A może inaczej? Z jakąś niezwykłą zaciętością tępiono wszelkie przejawy starej obrzędowości, gusła i zabobony, które przetrwały jedynie w enklawach, gdzie naprawdę diabeł mówi dobranoc?

Kto wie cokolwiek o buncie Masława? Kto wie o misjach Cyryla i Metodego w dzisiejszej Małopolsce? Jak przetrwały Dziady na Litwie niemal do naszych czasów? Wracam do Niesamowitej Słowiańszczyzny. Wracam do świetnej faktograficznie, aczkolwiek nudnej książki Religia Słowian Szyjewskiego, świetnej Mitologii Słowian Gieysztora. Warto do nich zajrzeć i wrócić do Janion, by zrozumieć dlaczego jesteśmy tacy, jacy jesteśmy.

Wittgenstein stwierdził w swoim traktacie, że "granice mojego języka oznaczają granice mojego świata". Myśląc w innym języku przechodzimy do innego świata. Język strukturuje nasze rozumienie otaczającej rzeczywistości. Dlatego nosimy w sobie ten pierwiastek prasłowiański niezależnie od tego, jakie są nasze biologiczne korzenie. Jesteśmy ludźmi lasu, jesteśmy kulturą wiecu, jesteśmy anarchistami, jednoczącymi się i niepokonanymi wobec zewnętrznego zagrożenia, ale nie akceptującymi żadnej władzy, która by chciała nam narzucić coś innego niż to co sami sobie wymyślimy. Zarówno w skali makro jak i wśród przyjaciół. Gdy wszyscy się zgadzamy co do celu, to możemy góry przenosić. Jeśli ktoś się buntuje natychmiast wybucha kłótnia, konflikt narasta, by dobry pomysł zetrzeć w pył. Nie znamy pojęcia podporządkowania się demokratycznej większości. Jedyną drogą do wspólnego działania jest zauroczenie wszystkich uczestników wiecu. Pod tym względem mamy wiele wspólnego z Chińczykami...

Słowianie na Tarace - polecam!
Slavinja
Słowiańskie miejsce w Sieci
Na Wikipedii o Słowianach ogólnie
Religia Słowian na Wikipedii

Na razie wystarczy.



środa, 13 lutego 2008

Niesamowita Słowiańszczyzna

Luźne myśli inspirowane "Niesamowitą Słowiańszczyzną" Marii Janion.

Idee panslawistyczne nie mają w Polsce dobrej opinii kojarząc się z imperialną polityką Rosji. Do tego stopnia są na cenzurowanym, że wszelkie myśli o słowiańskiej wspólnocie i słuszności bratania się Słowian dostają pejoratywna łatkę panslawizmu. Na każdym kroku, z gorliwością neofity, podkreślamy swój związek z Zachodem, jakbyśmy bali się jakiejś demaskacji zbrodni. A przecież nasz związek z Zachodem jest co najmniej tak samo silny jak ze Wschodem. Jesteśmy Europą Środkową w pełnym tego słowa znaczeniu.

Kontusz szlachecki wykazuje wybitne wpływy wschodniej sukmany. Ale nigdzie indziej niemieccy osadnicy tak szybko się nie zasymilowali tworząc polskie mieszczaństwo. Nie chcę tu jednak pisać wielu przykładów naszego polskiego stania okrakiem w dwu różnych światach. O tym można przeczytać choćby w eseju Janion dostępnym on-line tutaj. Chcę zasygnalizować tylko bardzo dobrą lekturę, która otwiera oczy na dawno wyparte z historycznej świadomości fakty i zależności. Odświeżone spojrzenie na słowiańskie mity, które często grzęzły "w panslawistycznych lub nacjonalistyczno-faszystowskich pułapkach" (z okładki). Niezła recenzja zamieszczona jest na stronie Książkowo.

Pierwsza część "Niesamowitej Słowiańszczyzny" Marii Janion opisuje w szeregu esejów to, o czym zapomnieliśmy; to, co zostało wyparte; to, co zostało zniszczone. Pokazuje jak pierwotna słowiańskość walczyła i buntowała się przeciwko nowej wierze, jak ścierały się frakcje zachodniego i wschodniego rytu chrześcijańskiego, jak zepchnięte do podświadomości słowiańskie duchy trwają i zasilają zbiorową wyobraźnię aż do dzisiaj. To nie jest sielanka. To jest historia słowiańskiej traumy, historia kompleksu niższości i współistniejącego kompleksu wyższości, historia poczucia "przynależności do strony słabszych i pokrzywdzonych, zniewolonych i poniżonych, pozbawionych jakiegoś ukrytego dziedzictwa, niesprawiedliwie zapomnianych, a także usuniętych na bok bądź miażdżonych przez proces, który określono jako dziejowy postęp" (z okładki).

Fascynującą lekturę w zasadzie można zakończyć na tej pierwszej części. Druga część poświęcona psychoanalizie współczesnej literatury, przeprowadzonej z feministycznego punktu widzenia, niestety pozbawia ogromnej części przyjemności. Oczywiście to, co dla mnie jest przeszkodą dla kogoś może być zaletą, ale jednak świetna podstawa pierwszej połowy książki, nie owocuje zadowalającym rozwinięciem w drugiej. Niemniej, wszystkim którzy widzą jedynie proste odpowiedzi i proste rozwiązania w kwestii relacji Polski ze Wschodem - polecam lekturę "Niesamowitej Słowiańszczyzny".

Książka w Wydawnictwie Literackim
Maria Janion - Polska między Wschodem a Zachodem
Recenzja na blogu Książkowo
Recenzja na portalu Granice.pl
Kilka luźnych myśli na blogu fotoptikona

Do tematu słowiańskiego wrócę jeszcze, ale na razie tylko sygnał, nie można zbyt dużo słów na raz... tutaj część druga...



poniedziałek, 11 lutego 2008

Dzień 16, Longmen i podróż do Szanghaju

14 sierpnia 2007, wtorek

Dokładnie cały dzień spędziliśmy w grotach Longmen. Potworny upał i duchota sprawiły, że wypiłem dwa chińskie redbule, co okazało się błędem, bo zacząłem się trząść jak galareta i zrobiłem się nerwowy. Z grot wrażenie zrobił na mnie jedynie centralny zestaw największych posągów kompleksu, czyli Grota Modłów za Przodków. Reszta ciekawa może dla archeologów i pasjonatów kamiennych zdekompletowanych rzeźb, dlatego oprócz grot zająłem się fotografowaniem chińskich turystek. Po przejściu na drugą stronę rzeki zwiedziliśmy willę w której ukrywał się kiedyś jakiś chiński oficer o nazwisku Jiang Jieshi. Była też mowa o Rewolucji Kulturalnej i jej fatalnych skutkach. Gdy w końcu doszliśmy, że Jiang Jieshi to w istocie Czang Kaj-szek, trochę się zdziwiliśmy. Chyba jednak daleko nam do zrozumienia chińskiej historii i sytuacji.

Piękny park, w którym na spokojnie wypiliśmy zimne piwo, był przesympatyczną odmianą od przyprawiającego o ból głowy turystycznego pędu. Chińscy turyści robili sobie z nami zdjęcia, a czas zwalniał tempo do normalnej prędkości. Wieczorem mieliśmy wsiąść do pociągu do Szanghaju, ale teraz nie miało to najmniejszego znaczenia.

Jednak wszystko co dobre, szybko się kończy i ostatecznie znaleźliśmy się w tym pociągu, w którym mieliśmy spędzić 16 godzin podróży w normalnej siedzącej pozycji. Na szczęście udało się dostać miejscówki, ale o spaniu mogliśmy zapomnieć. To była jedna z najdłuższych podróży w moim życiu. Choć nie powiem, również jedna z ciekawszych. Nie jestem jednak chyba w stanie opisać jej ze szczegółami. Zabieram się do tego od dłuższego już czasu i chyba skapituluję. Dość powiedzieć, że mieliśmy do czynienia ze wszystkimi stereotypami na temat zachowań Chińczyków. Bardzo miłe dwie starsze panie, które za pomocą jedynie komunikacji niewerbalnej starały się za wszelka cenę być uprzejme i pomóc nam w przetrwaniu długiej drogi. Myślę, że gdyby nie one mógłby w którymś momencie nastąpić jakiś wybuch.

Z drugiej strony bowiem mieliśmy do czynienia z małżeństwem dziadków podróżujących z dwojgiem nadpobudliwych wnucząt. Dzieci te nieustannie łuskały ziarna słonecznika, otwierały kolejna paczkę orzeszków, albo obgryzały marynowane kurze nóżki. Łupiny, opakowania, obgryzione kości lądowały oczywiście na podłodze. Jedzenie wystarczało na zajęcie uwagi przez krótki czas, wiec dziadek chodził po pociągu raz z wnuczką, raz z wnuczkiem. A pociąg nie był luźny, lecz wręcz przeciwnie. Korytarz między trzema rzędami foteli z jednej strony i dwoma rzędami z drugiej strony wypełniony był ludźmi oraz walizkami i torbami, które nie mieściły się na półkach pod sufitem. Dwa z naszych czterech plecaków leżały na podłodze pod fotelami. Podziwiałem sprawność dziadka, który z anielską cierpliwością przeciskał się z dzieckiem na ręku do kibla i z powrotem.

Co jakiś czas w tym tłoku pojawiał się także sprzedawca kolejnych porcji kurzych nóżek, orzeszków i słonecznika. Co kilka godzin w wagonie następowało spore zamieszanie, bo nadchodził Czyściciel, który wielką miotłą wygarniał spomiędzy nóg i spod stolików sterty śmieci. Bowiem nasi dziadkowie i ich pociechy nie byli jedynymi, którzy zrzucali wszystko na podłogę. Tak to już widocznie jest przyjęte i byliśmy chyba jedynymi osobami, które się temu dziwiły. Gdy Czyściciel doszedł do nas, przesuwał miotłą całkiem pokaźną górę. Wyobraź sobie tych wszystkich ludzi z tymi wielkimi torbami robiących miejsce dla tego wędrującego wysypiska. To jednak nie koniec. Uwieńczeniem całej nocy był spektakularny sik na podłogę. Chłopczyk nie wytrzymał, albo za późno dał znać że chce mu się siku i zaczął sikać na podłogę, w leżącą pod stolikiem stertę śmieci. Nas zamurowało, dziadkowie pomogli tylko chłopcu kucnąć, wąska strużka moczu powędrowała pod siedzenia wprost do naszych plecaków.

Nie będę opisywał co się później działo. Najdelikatniej rzecz ujmując nie byliśmy zadowoleni, a najmniej Dorota, której plecak najbardziej ucierpiał. Nie poprawiło nam humoru ani wschodzące słońce, ani widok Jangcy, która miała szerokość chyba z 3 km, a pod kolejowym mostem przepływały statki wyglądające na dalekomorskie. Jangcy była spowita mgłą brązową jak nasze samopoczucie. Jednak im bliżej Szanghaju tym mgła się rozrzedzała i w końcu ta zbyt długa podróż dobiegła kresu.

piątek, 8 lutego 2008

Szukanie Muzyki

Jakiś czas temu dotarło do mnie, że słuchanie muzyki przestało mi sprawiać frajdę. Było to bardzo dziwne uczucie, ponieważ jak nudził mi się jeden rodzaj to przeskakiwałem do następnego, odkrywając po drodze fascynujące światy dźwięków, które pozornie nie miały ze sobą wiele wspólnego. I tak, od Slayera przepłynąłem sobie jeszcze w podstawówce swobodnie do bluesa, by znaleźć się w latach sześćdziesiątych i odkrywać dla siebie także lata siedemdziesiąte. Wtedy zakochałem się w Black Sabbath, ale np. do Zeppelinów jeszcze nie dorosłem. Kiedyś wracając z jakiegoś koncertu, wdałem się w rozmowę z jakimś gościem, który stwierdził – wiesz, do Zeppelinów trzeba dojrzeć. Jeszcze do nich dojrzejesz i się zakochasz. – pokiwałem głową z pobłażaniem, ale facet miał rację: parę lat później już po objawieniu Nirwany i Pearl Jam odkryłem Zeppelinów także dla siebie.

To był moment przełomowy, ponieważ od tego czasu połknąłem bakcyla muzyki poważnej. I o ile klasycy nigdy mi nie podchodzili, o tyle Beethoven i nieco późniejszy Bruckner otworzyli przede mną labirynt dźwięków, w który wszedłem bez najmniejszego zająknięcia. A później? Później byli już Strawiński, Szostakowicz, Webern i Schönberg, Lutosławski i Penderecki. Ten ostatni rzadko lubiany, ale chyba tylko z powodu swojej popularności. Do mnie jakoś trafiają jego monumentalne konstrukcje. To chyba pozostałość po zamiłowaniu do ciężkiego metalu. Zresztą do dzisiaj zachwycam się płytą Clouds zespołu Tiamat. Na równi z nagraniami utworów Palestriny czy Ockeghema.

Gdy już przesłuchałem niemal całą XX-wieczną awangardę muzyczną, wszystkie eksperymenty Cage’a i innych Stockhausenów, ogarnęło mnie dawno zapomniane uczucie nudy. I wtedy usłyszałem w knajpce w Lutowiskach (Bieszczady) przyjemną nieskomplikowana muzykę sącząca się z głośnika. Zapytałem. To były Tołhaje. Tak rozpocząłem przygodę z nieco inaczej rozumianym folkiem. Zachwyciła mnie Kapela Ze Wsi Warszawa. Później wpadłem w objęcia różnych innych muzycznych planet. Z Indii przywiozłem kilkanaście płyt z tamtejszymi wytworami i wpadłem jak śliwka w kompot. Stałem się fanem rytmów hinduskich i arabskich.

I co z tego, jak przy każdym nowym kawałku mam coraz bardziej wrażenie, że już to gdzieś, kiedyś, słyszałem? Żyjemy w świecie, gdzie po raz pierwszy w historii możemy obcować z wytworami kultury w sposób nieograniczony zarówno terytorialnie jak i czasowo. Średniowiecze? Proszę bardzo: płyta taka. Mozambik? Proszę bardzo: płyta śmaka. W efekcie coraz mniejsze pole do odkrywania, coraz bardziej wymieszana kultura, coraz nudniejsza papka płynie z głośników. Może postawa inżyniera Mamonia jest jedyną, która pozwoli przetrwać w świecie, w którym poszukiwanie oryginalności skazane jest z góry na porażkę? A ja? Ja coraz bardziej zbliżam się do momentu, gdy jedynym ciekawym utworem będzie 4:33 Johna Cage’a na milczący fortepian i publiczność. Żeby go posłuchać w zasadzie nawet nie musze wychodzić na balkon… ;-)

poniedziałek, 4 lutego 2008

Giampaolo Capisani - Nowe państwa Azji Środkowej

<<< poprzedni odcineknastępny odcinek >>>

Świetna książka dla osób szukających pierwszego kontaktu z państwami Azji Środkowej. W przystępny sposób sprzedane informacje na temat historii poszczególnych krajów na tle całego regionu. Można uporządkować sobie wiedzę o migracji ludów od Czyngis-Hana przez Tamerlana po Wielkich Mogołów. Z ciekawostek: Tamerlan uważał się za potomka Czyngis Hana, choć był potomkiem z bocznej linii żeńskiej, co nie przeszkadzało mu jednak wyżynać w pień całych miast, usypywać piramid z czaszek pokonanych, a jednocześne dbać o rozwój sztuki i handlu na jedwabnym szlaku. Baber, który dał początek hinduskiej dynastii Wielkich Mogołów (jeden z jego następców, w rozpaczy po śmierci ukochanej żony, kazał wybudować Taj Mahal) najechał Indie z dzisiejszego Uzbekistanu, skąd wygoniły go koczownicze plemiona uzbeckie. Afganistan był państwem sztucznie stworzonym przez Rosję i Anglię w XIX wieku, tylko w tym celu, by mocarstwa nie miały wspólnej granicy.

Spora porcja współczesnych informacji politycznych i gospodarczych daje wgląd w przyczyny dzisiejszej sytuacji poszczególnych krajów. Wiadomości na temat bogactw naturalnych połączone są z informacjami na temat trudności w ich eksploatacji i eksporcie. Różne złożone problemy polityczne i społeczne wyłożone są w przystępny sposób. Wszystko to pozwala nie tylko poznać, ale usystematyzować i uporządkować potężną porcję nieznanej normalnie wiedzy. Byłbym zachwycony tą książką gdyby nie jedno ale.

Niestety wiele pozostawia do życzenia warstwa językowa. Nie wiem, czy to kwestia niechlujności autora czy tłumacza. Oprócz tego nagminne jest mieszanie czasów, liczb, literówki itp. pospolite dość błędy, które nie czynią lektury przyjemną i lekką. Gdy, jako do następnej lektury, sięgnąłem po Kapuścińskiego „Kirgiz schodzi z konia”, zrozumiałem jaką wartość i jaką przyjemność mogą sprawić okrągłe zdania, poprawny język, po prostu dobra literatura. Zdarzają się także w „Nowych państwach” momenty gdy autor w jednej części przeczy informacjom podawanym w innej, choć na szczęście nie występuje to często. Burzy jednak nieco zaufanie do rzetelności i jakości reszty informacji. Niemniej jednak jest to fantastyczna pozycja otwierająca oczy na istotę i problemy całego, prawie zupełnie nie znanego w Europie, regionu.

Nowe państwa Azji Środkowej
Giampaolo Capisani
Wydawnictwo Akademickie DIALOG , Grudzień 2004


Recenzja Jerzego Rohozińskiego

<<< poprzedni odcineknastępny odcinek >>>

 


Igor Czajka - Copyright 2008. Wszystkie Prawa Zastrzezone.

mail do autora - Igor Czajka