aktualizacja w weekendy ;-)

poniedziałek, 28 stycznia 2008

Początek

następny odcinek >>>

Zaczęliśmy planować wyjazd do Azji Środkowej. Dlaczego tam? Powodów jest kilka. Po pierwsze jedna z naszych znajomych opowiadała nam o cudach, jakie można obejrzeć w krajach tego regionu. Krajach zamkniętych dla turystyki, krajach policyjnych, o rządach autorytarnych, ale przez to dla podróżników niezwykle bezpiecznych. Tylko trudno tam się dostać. Ja zawsze chciałem zobaczyć okolice, z których wyszły praktycznie wszystkie ludy indoeuropejskie, we wszystkich kierunkach. Gośkę nęcą pozostałości Jedwabnego Szlaku i to ona rzuciła pomysł na kierunek wyjazdu. Marcin szybko pomysł podchwycił, bo także myślał od jakiegoś czasu o Jedwabnym Szlaku. Stwierdziliśmy, że wspólny wyjazd to jest świetna okazja, by wybrać się w ten rejon, w który sami nie mielibyśmy chyba odwagi pojechać. Tym bardziej, że z każdym rokiem wzrasta prawdopodobieństwo konieczności kilkuletniej przerwy w wyjazdach w tego typu okolice. ;-)

No dobrze, padł pomysł i co dalej? Przyznam się, że nie wiedziałem do tej pory absolutnie nic o krajach Azji Środkowej poza tym, że powstały po rozpadzie ZSRR gdzieś między Morzem Kaspijskim a Himalajami. Nie byłem w stanie nawet odtworzyć prawidłowo nazw poszczególnych krajów, nie mówiąc już o tym, że ciągle mi się one między sobą myliły. Zacząłem rozumieć Amerykanów, Hindusów czy Chinoli, dla których Poland czy Holland to w zasadzie to samo. Kirgistan, Tadżykistan czy Uzbekistan – jeden pies. Wstyd, normalnie panie, wstyd!

W miarę jak zagłębiałem się w lekturę - zaczynałem nie tylko rozróżniać poszczególne państwa, ale zaczynałem wiązać ze sobą różne fakty i, jak to zwykle bywa w takich sytuacjach, odkrywały one przede mną swoje nieznane dotąd, a jakże fascynujące oblicze. Zagmatwane i obce dotąd sprawy zaczynały być jasne i zrozumiałe, porozrywane fakty dziejowe spinały się w spójną całość, ludy zaczynały przenikać się nawzajem, i wszystko zaczynało łączyć się w jedną historię ludzkości. Azja Środkowa okazała się bardziej fascynująca niż dało się to przewidzieć w najśmielszych oczekiwaniach. Jednak tych ciekawostek w głowie zaczęła się zbierać taka masa, że nadszedł czas, by je dla samego siebie jakoś uporządkować. A nic tak nie porządkuje wiedzy jak jej zapisanie. Dlatego dział poświęcony Azji Środkowej zacznie się na długo przed wyjazdem. Tym bardziej, że nie wiadomo tak do końca, czy na pewno do niego dojdzie...

następny odcinek >>>

czwartek, 24 stycznia 2008

Gross? A kto to jest Gross?

Najpierw Jedwabne, teraz Strach. I o co tyle krzyku? Kto pierwszy jest bez winy itd. Szkoda, że tak mało oburzonych na pisarstwo Grossa zauważa prosty fakt, że antysemityzm został stworzony przez samych Żydów i tak samo kiedyś jak i dzisiaj, ma na celu przede wszystkim integrację społeczności. Nic tak nie łączy jak wspólny wróg. Łączy także poczucie misji. Czyż nie dlatego Polacy mieli być Mesjaszem narodów w XIX wieku? Oburzając się i krzycząc na książki Grossa potwierdzamy tylko w jego oczach jego tezę: wszyscy nienawidzą Żydów i mówienie o tym naraża mówiącego na szykany. Przecież o to w tym chodzi? O prowokację.

Każdy naród, każda społeczność potrzebuje swojej mitologii. Żydzi wybrali dawno temu taką strategię i dzięki niej przetrwali 2000 lat bez państwa. Lepszy to wynik niż 123 lata Polaków, nieprawdaż? Nasza strategia była podobna i mimo krótszego czasu zostało nam do dzisiaj poczucie narodu uciskanego, cierpiącego za milijony. Czy można dziwić sie Żydom, że kreowanie antysemityzmu po dwóch tysiącach lat stało sie ich pierwszą naturą i istotą ich kultury? Ja sie nie dziwię. Tak samo jak w sumie nie dziwię się, że ten prosty mechanizm jest tak negowany przez samych zainteresowanych.

Rozmawiałem jakiś czas temu ze znajomym, powiedziałem mu w pewnym momencie, że jestem pełen podziwu dla solidarności wewnątrzgrupowej Żydów, że tak potrafią trzymać się razem i pomagać sobie w różnych elementach życia, choćby na drugim końcu globu i na najwyższych stanowiskach nie zapominają o tej narodowej solidarności. On na mnie spojrzał ze zdziwieniem i nie mógł uwierzyć, że w moich ustach są tak antysemickie słowa! Hmm. Czyli jakiekolwiek wspomnienie o Żydach jest oznaka antysemityzmu? Nie mówiąc już o dowcipach o Żydach!

Przypomniał mi się taki dowcip, który niestety jest bardzo nie na miejscu, ze względu na dzisiejsze okoliczności, ale z drugiej strony może dobitniej zabrzmi moje pytanie: Samolot nie może dolecieć do lotniska z powodu awarii. Pasażerów może uratować jedynie odciążenie zniżającego się coraz bardziej samolotu. Po wyrzuceniu wszystkich bagaży przyszła pora na pasażerów. Kilka osób dało się przekonać do skoku i przyszła kolej na Polaka. Polak nie chciał dać się przekonać żadnymi argumentami i w końcu zrezygnowana stewardesa machnęła ręką "no tak, wiedziałam, żę Pan nie wyskoczy". Na te słowa Polak zerwał sie z fotela "Co? Ja nie wyskoczę? Ja nie wyskoczę?" I wyskoczył.

Czy opowiadając takie dowcipy jestem antypolakiem?

poniedziałek, 21 stycznia 2008

Dzień 15, Klasztor Shaolin

13 sierpnia 2007, poniedziałek

Ponieważ nasze przewodniki zapomniały o okolicach Luoyang, w tym także o klasztorze Shaolin, postanowiliśmy dać się skusić na wycieczkę do Shaolin oferowaną przez hotelowych łapaczy. Cena była przystępna, więc czemu nie. Rano wsiedliśmy do autobusu i po około dwu godzinach jazdy dotarliśmy do jakiejś świątyni, która miała z Shaolin nic wspólnego. To był już ten czas, że ostatnią rzeczą o jakiej marzyliśmy to ogladać jakieś nieznane chińskie świątynie. Poszliśmy sobie z Gośką na pole kukurydzy które rosło dookoła. Obejrzeliśmy jamę w lessie, kiedyś służącą może za piwniczkę a może za mieszkanie i pojechaliśmy dalej. Chińska przewodniczka nawijała coś po chińsku i tak po godzinie dojechaliśmy do kolejnego fascynującego miejsca. Tym razem jednak okazała się to być jedna ze starszych szkół konfucjańskich. Na jej dziedzińcu rośnie olbrzymi cyprys. Napisu na tabliczce nie zrozumiałem, ile w końcu on mam lat? 2100 czy 4500?:

„General Cypress: General was appointeel by Emperor Wudi in the West Han Dynasty in 110 BC. The cypress is twenty meters high, thirteen meters in the trunk 4500 years age had been Proved by the scholars it still looks alive and exuberant although it's old.”

Następnie pojechaliśmy do kolejnej świątynki, gdzie mieliśmy pół godziny na obiad. Po obiedzie jeszcze 40-minutowa jazda i o 13:30 byliśmy na miejscu, w Shaolin. Z Luoyang wyjechaliśmy o 8 rano! Co najmniej 3 godziny w plecy. No ale nic. Ruszyliśmy za tłumem. Według słów przewodniczki najpierw pójdziemy na pokaz sztuk walki. No w takim miejscu nie można sobie darować. Dzielni akrobaci oprócz baletu w stylu gong-fu pokazali oczywiście kilka sztuczek. Po długiej koncentracji zawodnika następowało rozbijanie metalowych sztabek o głowę albo przebicie szyby cienkim gwoździem tak by pękł balon po drugiej stronie szyby (szyba po wszystkim była cała choć z małym otworkiem w środku). Wrażenie zrobił jednak na mnie koleś, który zgiął dwie drewniane lance, metalowymi ostrzami oparte o jego gołą szyję.

Po wyjściu z pokazu dotarliśmy wreszcie do właściwego klasztoru. Ładnie położony na łagodnym zboczu, każdy kolejny pawilon jest nieco wyżej. W jednym z ostatnich można zobaczyć wgłębienia w kamiennej podłodze, wytupane przez ćwiczących mnichów. Staje przed oczami scena z filmu „Klasztor Shaolin” z 1973 roku (tego bez Bruce'a Lee). Całość może nieco większa od standardu, ale jednak niezbyt daleko od niego odbiegająca. Następnie ostatni obowiązkowy punkt programu czyli Las Stup. Według rozkładu wycieczki zostało nam na niego 20 min. Dogadaliśmy się jakoś z przewodniczką, że odjeżdżają stąd także autobusy do Luoyang i że wrócimy już samodzielnie. Już na spokojnie pokręciliśmy się miedzy stupami. Klimat trudny do opisania. Teren niewielki, po oddaleniu się od tłocznego centrum można łatwo znaleźć zaciszne miejsce. Ja miałem poczucie z jednej strony zaciekawienia wreszcie czymś odmiennym połączonym z czymś w rodzaju odczuwania obecności spokojnych duchów, które z łagodnym uśmiechem w kącikach ust pobłażliwie na nas spoglądają. Z drugiej jednak strony miałem poczucie bycia intruzem w miejscu, którego nie rozumiem i którego znaczenia nie potrafię docenić.

Podobno ze szczytu pobliskiej góry, na która można wjechać wyciągiem jest piękny widok na okolicę. Może wjechaliśmy na nieodpowiednią górę, a może spodziewałem się zbyt wiele. Widok był ładny, ale nie powalający. Pokręciliśmy się trochę i poszliśmy w kierunku przystanku. Po drodze przejechaliśmy obok wielkich placów, na których ćwiczyli współcześni adepci sztuk walki. Ech, gdybyśmy nie stracili tyle czasu rano! Teraz pozostało nam tylko cyknięcie kilku fotek i w nogi. Tak po japońsku.

Gdy czekaliśmy już na autobus, do przystanku oprócz innych osób podszedł, a raczej przykuśtykał wesoły staruszek. Uśmiechając się do nas coś zaczął pokazywać, żebym dał mu swoją rękę. Chce się przywitać? Podałem mu prawą rękę, ale on machnął swoją ze zniecierpliwieniem i wziął w swoje dłonie moją lewą. Rzucił okiem i z uśmiechem wyciągnął w górę kciuk, a wszyscy dookoła zaczęli się cieszyć. Ja też poczułem się lepiej, ale staruszek przystąpił do dalszych badań. Pomiędlił trochę moja dłoń, lekko się skrzywił i kazał mi przykucnąć. Następnie położył swoje dłonie na mojej głowie i delikatnie ją uciskał. Niestety, przyjechał autobus, więc wstałem i pokazując na otwarte drzwi zacząłem się tłumaczyć, że muszę jechać. Staruszek ścisnął mnie silnym chwytem za rękę i kategorycznie domagał się dokończenia operacji. Miałem spory kłopot z wyswobodzeniem ręki. W końcu się udało i pojechaliśmy. Do dziś się zastanawiam, czy w jakiś poważny sposób nie naruszyłem wtedy bioenergetycznej równowagi mojego ciała... ;-)

środa, 9 stycznia 2008

Dzień 14, Luoyang

12 sierpnia 2007, niedziela

Po odespaniu całonocnej podróży do Luoyang pierwsze kroki skierowaliśmy do autobusu jadącego do Świątyni Białego Konia. Według legendy świątynia powstała w wyniku snu Cesarza, który wówczas miał w Luoyang swoją stolicę. Pewnej nocy przyśnił mu się sen o złotym bóstwie przelatującym nad pałacem. Sen musiał być niezwykle sugestywny, przejęty Cesarz wezwał speców, którzy wyjaśnili mu, że niechybnie musiał to być sam Budda. Cesarz podszedł do sprawy poważnie i wysłał do Indii emisariuszy, by przywieźli jakieś buddyjskie święte teksty. Wrócili po kilku latach na białych koniach z kilkoma sutrami i misjonarzami, dla których wybudowano świątynię. Nazwano ją odpowiednio do środka lokomocji jakim przybyły do Chin pierwsze oficjalne święte teksty religii, która miała się po jakimś czasie na dobre zadomowić w Państwie Środka. Jednak dzisiaj, poza barwną legendą i wagą inicjującego miejsca – jest to typowy chiński kompleks świątynny, nie odróżnia się od całej masy innych świątyń. Ale zobaczyć trzeba ;-)

Gdy wróciliśmy do centrum miasta, było za późno, by wybrać się gdzieś dalej. Mapę mieliśmy jakąś wyjątkowo ogólną i niedokładną, a nasz przewodnik wyglądał tak, jakby w fazie druku wypadł cały rozdział o okolicach Luoyang. Poruszaliśmy się więc trochę po omacku do tego stopnia, że nie nie znaleźliśmy miejscowej starówki. Znaleźliśmy za to wieżę telewizyjną niedaleko rzeki. Śmiesznie wyglądała nowoczesna iglica z olbrzymimi talerzami anten satelitarnych ustawionymi przy podstawie, a obok, dosłownie przylegające do ogrodzenia poletka działkowe z kukurydzą i warzywami. Tuż za poletkami wyrastały bloki, niemalże takie same jak na warszawskim Ursynowie. Doszliśmy do rzeki, usiedliśmy na murku i popadliśmy w jakiś stupor zastanawiając się dlaczego przyjechaliśmy do tak koszmarnego miasta. Postanowiliśmy pójść do jakiegoś kina, żeby zobaczyć jakiś chiński film, ale z tym także okazał się być problem. Gdy weszliśmy do jakiegoś miejsca przypominającego kino usłyszeliśmy pytanie, czy nie chcemy może kupić jakiegoś mieszkania? Wyjaśniliśmy, że szukamy kina, więc skierowano nas do taksówki.

Taksówkarzem okazała się być młoda atrakcyjna Chinka, która zawiozła nas do miejscowego... Carrefoure'a. Gdy zobaczyliśmy znajome logo wpadliśmy w zachwyt: po prawie dwóch tygodniach będziemy mogli zjeść jakiś nabiał! Biały ser z pieczywem! O tak! Wszyscy zgodnie podzieliliśmy się swoimi marzeniami o pieczywie i najróżniejszych serach. Ale najpierw kino. W kinie, choć był to siedmiosalowy multiplex, niestety było tylko jakieś zachodnie love story, na seanse z chińskimi strzelankami nie było już biletów. Niepocieszeni poszliśmy na piwo, a potem na zakupy do supermarketu. Jak powinniśmy się spodziewać tutaj także porażka. W całym sklepie ani grama nawet żadnego sera ani pieczywa. Mnóstwo za to różnego rodzaju pakowanych próżniowo wynalazków typu kurze nóżki, narybek, prażone gąsienice itp. przysmaki. Na dziale mięsnym oprócz kalmarów, kałamarnic i ryb, można dostać węże i żółwie. Jeszcze żywe. Zaskoczeniem, choć w sumie nie aż tak dużym, była wódka wyborowa na półkach z alkoholem.

Wieczorem postanowiłem zrobić przepierkę bielizny i koszulek. W pięknie wyglądającej łazience, z marmurowym blatem, była podwieszana umywalka. Czysto i schludnie, dużo miejsca, aż się prosi o pranie suszące się w ciągu dnia na sznurku. Niestety, podczas prania pierwszej pary majtek umywalka uciekła spod moich rąk, lądując na podłodze w drobnych kawałeczkach. Jakimś cudem nic mi się nie stało, nogi nie pokaleczone, ale nie mamy gdzie umyć nawet zębów. Wizyta w recepcji była trudna. Recepcjonistka po kilku minutach prób zrozumienia o co chodzi wysłała sprzątaczkę do pokoju. Po zrozumieniu co się stało napisała na kartce 120 yuanów do zapłacenia. My na to w krzyk, że nie zapłacimy za felerną umywalkę, bo tak po prawdzie to JA mogłem zostać poszkodowany i cud, że MI się nic nie stało. Było zatrudnienie na tłumaczkę przechodzącej niedaleko studentki, były telefony do kierownika, uratowała nas chyba zbliżająca się olimpiada. Dostaliśmy nowy pokój, a następnego dnia miał się z nami skontaktować boss. Nikt do nas nie przyszedł.

poniedziałek, 7 stycznia 2008

Dzień 13, Pagody i mury Xi'an

11 sierpnia 2007, sobota

Na początek dnia zaliczamy Wielką Pagodę Dzikiej Gęsi. Wspinamy się na jej szczyt, choć kolejna kontrola bagażu zaczyna działać na nerwy. A może to upał? A może to monotonia architektury, kolejna świątynia, koleni buddysie, nic się nie dzieje, nuda, jak w polskim filmie. Ze szczytu widok na miasto, w tym miejscu jakoś mało ciekawe – ot, blokowiska. W jedna stronę widok na wielką fontannę, która akurat daje pokaz tańca. Ogród jak ogród – wychodzimy. Na dole przy milczącej już fontannie młode pary robą sobie ślubne zdjęcia, dzieci taplają się w wodzie, sprzedawcy sprzedają wodę. Kupujemy w promocji mrożoną zieloną herbatę w butelkach i jedziemy do muzeum, które podobno także trzeba zobaczyć. W muzeum oglądamy wszystkie wystawione figury sprzed 1, 2, 3 i 4 tys. lat i robmy niektórym zdjęcia. Wielką zaletą tego muzeum jest klimatyzacja, która nie jest lodowata, jak wszędzie, tylko przyjemnie chłodna. Po wyjściu z muzeum kolejny punkt to Mała Pagoda Dzikiej Gęsi. Ze względu na upał, opustoszały żołądek i wysoka cenę biletu – odpuszczamy sobie. Podobno duża strata, bo Bartek wszedł do środka, a tam zaskakująco ciekawa multimedialna ekspozycja. No trudno.

Po jedzeniu kierujemy się w stronę murów obronnych. Idziemy ulicami, jakich nigdzie nie widziałem. Na środku czteropasmowa jezdnia, po dwa pasy w każdą stronę. Następnie pas zieleni wysadzany drzewami. Dalej z każdej strony trzypasmowa jezdnia i kolejny pas zieleni wysadzany drzewami. Następnie pas dla rowerzystów i motorowerzystów, krawężnik i szeroki chodnik dla pieszych. Ja chcę takie ulice u nas!

Mury miejskie otaczają całe miasto w granicach sprzed 400 lat. Maja 16 km długości, 12 metrów wysokości i 18 metrów szerokości u podstawy. Po szczycie murów jeżdżą kolejki turystyczne, można przejechać się pewnie dookoła. My przeszliśmy do następnej bramy i zeszliśmy do muzeum Beilin, gdzie można podziwiać las kamiennych tablic z inskrypcjami od epoki Han do dynastii Mandżurskiej. Niestety, a może na szczęście nikt z nas nie umie czytać po chińsku więc przeszliśmy się po pięknym ogrodzie i trafilismy do dzielnicy artystów. Dzielnica artystów to niestety kolejne miejsce w stylu warszawskiej starówki albo Kazimierza nad Wisłą, to znaczy po czasach świetności została tylko opinia i turystyczny disneyland.

Wróciliśmy do dzielnicy muzułmańskiej mijając grających w karty, chińskie szachy lub domino, wystawy z żywymi modelkami w sukniach ślubnych i centra handlowe na kilkanaście pięter. Zjedliśmy pożegnalną kolacje w knajpie, gdzie była smoobsługa. Dostaliśmy podgrzewany rondel w dziurze stołu zasilany kuchenka gazową. Braliśmy z lodówek różne dziwne rzeczy nadziane na patyki i smażyliśmy je w tym rondlu. Później usmażony drobiazg moczyło się w jednym z czterech sosów i zjadało. Niektóre z tych rzeczy były całkiem smaczne inne mniej, ale nie mam najmniejszego pojęcia co jedliśmy. Ważne że nikomu nie zaszkodziło.

 


Igor Czajka - Copyright 2008. Wszystkie Prawa Zastrzezone.

mail do autora - Igor Czajka