aktualizacja w weekendy ;-)

poniedziałek, 1 września 2008

Z Nukusu do Chiwy

<<< poprzedni odcineknastępny odcinek >>>

Z Nukusu do Chiwy jest około 250 kilometrów. Po karakałpackich bezdrożach jazda dziurawą autostradą z podróżną prędkością 140 km/h była ciekawą odmianą. Samochodów nie mijaliśmy dużo, choć to droga najbardziej główna i w zasadzie jedyna przelotowa. Krajobraz dalej pustynny, ale już nie tak równinny. Pagórki, z których czasem wyrastały bardziej ostre różnokolorowe skały. Czasem minęliśmy jakąś osadę wokół fabryki, bardzo rzadko dostrzec można było niewielkie stado wielbłądów, albo kóz czy owiec. Przez większość czasu przeważał jednak żółty kolor piasku urozmaicony kępkami suchych traw i krzaków.

Przez Amu-Darię przejechaliśmy po pontonowym moście. Przejazd przez most był płatny. Płacił kierowca. Po kilku kilometrach dojechaliśmy do Urgenczu, jak się okazało rodzinnego miasta naszego taksówkarza oraz miasta skąd według pierwotnych planów mieliśmy wyruszać nad Aral. Kolejny raz okazało się, że coś, co postrzegaliśmy jako wielki pech, okazało się w rezultacie sporym fartem i oszczędnością przynajmniej trzech godzin w samochodzie. Dobry los czuwał.

Sam Urgencz zaskoczył mnie zielenią, czystością na ulicach i świeżością odnowionych budynków. Nie miał nic wspólnego z zapyziałym i szarym Nukusem. Nawet powietrze pachniało inaczej. Nie zatrzymując się, po 25 kilometrach dotarliśmy do Chiwy. Po drodze minęliśmy pola przygotowane do wzrostu bawełny. Przy szosie liczne drzewa i nawet niewielkie zagajniki, w samym mieście całkiem zielono. Dość zaskakujące po tych kilku pustynnych dniach.

W końcu dotarliśmy do samej Chiwskiej starówki, gdzie zamierzaliśmy poszukać jakiegoś małego hotelu. Taksówkarz wysadził nas przy jednej z czterech bram miasta otoczonego ze wszystkich stron jasnobrunatnym wysokim murem. Mur z półokrągłymi flankami wyglądał jak zamki na piasku budowane na plaży. Wypakowaliśmy z samochodu plecaki, trzy razy sprawdziłem, czy nic nie zostało w środku, rozliczyliśmy się i kierowca odjechał. Hotelu nie szukaliśmy długo, pierwszy z brzegu XXX okazał się na tyle sympatyczny i na tyle tani (8$ za noc od osoby), że od razu w nim zostaliśmy. Hotel, to może za dużo powiedziane. Był to po prostu dom prowadzony przez rodzinę. W środku trzy gościnne pokoje. Rano śniadanie w cenie, a wieczorem dla chętnych tradycyjny obiad za dopłatą.

No dobrze, zbliżał się zmierzch i chcieliśmy z wysokości miejskich murów, zobaczyć miasto wyglądające jak z baśni tysiąca i jednej nocy. Pojawił się jednak pewien problem, który dość gwałtownie zburzył nasz zachwyt: Marcin nie miał swojego, kupionego tuż przed wyjazdem, fotograficznego aparatu...

<<< poprzedni odcineknastępny odcinek >>>

0 komentarzy:

Prześlij komentarz

 


Igor Czajka - Copyright 2008. Wszystkie Prawa Zastrzezone.

mail do autora - Igor Czajka