aktualizacja w weekendy ;-)

poniedziałek, 8 września 2008

Poszukiwanie aparatu

<<< poprzedni odcineknastępny odcinek >>>

Jeszcze raz przeszukaliśmy nasze plecaki. Wypakowaliśmy wszystko i spakowaliśmy ponownie. Nerwowe próby odtworzenia w pamięci minuta po minucie czasu po wyjściu z taksówki. Nikt do nas w tym czasie nie podchodził. Samochód przeszukałem trzy razy. Aparatu nie ma. Gdzie został – nie wiadomo.

Dobra, trzeba pójść do hotelu, ochłonąć, pomyśleć. Nic teraz nie poradzimy. Miejscowy telefon pre-paidowy tutaj nie ma zasięgu. Może uda się zadzwonić z hotelu. Jeszcze raz wypakowanie plecaków – aparatu nie ma. Zresztą Marcin pamięta, że miał go osobno, żeby robić zdjęcia po drodze. Nic to, zaraz zapadnie zmierzch, chodźmy na mury, pomyślimy wieczorem.

Z murów przepiękny widok bajkowego miasta oświetlonego zachodzącym słońcem. Wszystko utrzymane w kolorach jasnobrunatnego piasku wzmocnionego drewnianymi żerdziami. Bliżej centrum miasta nad dachy domów wznoszą się turkusowo zdobione wyniosłe gmachy medres, meczetów i minaretów. Na zewnątrz murów straszy sowiecka architektura poprzetykana zaniedbanymi i rozsypującymi się budynkami o dłuższej niż ostatnie sto lat historii. Nie jesteśmy jednak w stanie odbierać tych wszystkich wrażeń, bo każdy myślami szuka aparatu. Marcin co prawda z uśmiechem ciągle powtarza:
- Spoko, to tylko aparat, tylko przedmiot, nie ma tragedii – ale widać, że robi to samo co każdy z nas: próbuje odszukać miejsce, gdzie mógł go zostawić.

Zapadł zmierzch, w hotelu czekała na nas kolacja. Zjedliśmy tradycyjny płow, który rozczarował małą ilością warzyw i mięsa. Jego głównym składnikiem był tłusty ryż. Otworzyliśmy piwo i poprosiliśmy gospodynię o telefon. Wiedzieliśmy, że nasz kierowca mieszka w Urgenczu. Wiedzieliśmy, że naszego kierowcę zna kierowca polecony przez Tazabaya. Pierwszy telefon był więc do Tazabaya. Marcin wyjaśnił mu całą sytuacje i poprosił o dwie rzeczy. Po pierwsze, niech Szymbergen sprawdzi samochód, czy może tam nie został ten aparat. Po drugie, czy mógłby zdobyć telefon do naszego taksówkarza? Aparat mógł zostać zarówno w samochodzie jak i w knajpie, w której jedliśmy obiad. Nie byliśmy w stanie go zlokalizować w naszej pamięci i, szczerze mówiąc, nie liczyliśmy na to, że któryś z kierowców okaże się na tyle uczciwy, by przyznać się do znalezionego aparatu. Jednak zawsze warto spróbować, chociażby po to, by mieć poczucie, że zrobiło się wszystko co w było można.

Po piętnastu minutach zadzwonił Tazabay i powiedział, że nie udało mu się odszukać kontaktu do naszego kierowcy oraz że w samochodzie Szymbergena nic nie zostało. No trudno. Zatem aparat trzeba najwyraźniej spisać na straty. Jak uspokajał nas Marcin – to tylko przedmiot. Fajnie. Nowy aparat, nowy obiektyw. Sprowadzony ze Stanów specjalnie na ten wyjazd. Początek wyjazdu i trach, ani aparatu, ani zdjęć, koniec.

Zamówiliśmy kolejne piwo, gdy gospodyni odebrała telefon i po długiej i bardzo głośnej wymianie zdań zapytała Marcina czy mówi po rosyjsku. Marcin mówi, więc dostał słuchawkę. Po drugiej stronie wzburzony głos tłumaczył mu, że w jego samochodzie nic nie zostało, że przecież sprawdzał trzy razy, czy coś nie zostało! I jak może go oskarżać, że ukradł mu aparat, jak on by nigdy w życiu nie wziął nic cudzego! I niech mu ręka uschnie, jeśli jest inaczej i jest bardzo obrażony, że mogliśmy go posądzić o coś takiego...
- Ale spokojnie, ja nic takiego nie twierdzę – udało się w końcu Marcinowi przebić przez słowotok taksówkarza – mi tylko chodzi o to, by Pan sprawdził jeszcze raz samochód, czy może ten aparat nie wpadł gdzieś pod siedzenie lub nie ukrył się w jakimś innym miejscu?
- Ale przecież sprawdzałeś trzy razy samochód i nic tam nie zostało! Zgubiłeś aparat gdzieś indziej! Na pewno nie w moim samochodzie! – dalej krzyczał taksówkarz.
- A czy mógłby Pan jednak sprawdzić, ja nie twierdzę, że zostawiłem go w samochodzie, mogłem zostawić ten aparat także w restauracji lub gdzie indziej, ale mi chodzi tylko o to by sprawdził Pan jednak jeszcze raz swój samochód.
- Ty mnie obrażasz! Ja dwadzieścia lat wożę ludzi i stąd i turystów i nigdy nikomu nic w moim samochodzie nie zginęło! Jak możesz mi coś takiego zarzucać!...
- Ale ja o nic Pana nie oskarżam! Ja tylko proszę żeby Pan sprawdził samochód...

Rozmowa ciągnęła się w nieskończoność, obie strony powtarzały swoje kwestie, w końcu jakoś udało się to zakończyć, ale konkluzji żadnej nie było. Marcin stwierdził tylko, że facet sprawia wrażenie podchmielonego i raczej nic się z nim nie wynegocjuje. Zatem dalej jesteśmy w tym samym punkcie wyjścia, pomimo, że najwyraźniej Tazabayowi udało się zdobyć numer do gościa i z nim rozmawiać.

Minęło kolejne piętnaście minut, gdy znowu zadzwonił telefon.
- Jest! Jest aparat – rozległ się uradowany głos naszego taksówkarza. – leżał pod tylną szybą! Ale jak on się tam schował, przecież sprawdzałeś samochód trzy razy!
- No to się bardzo cieszę! Tylko jak teraz mógłbym go odebrać? – zapytał Marcin.
- A przyjechać po niego nie możesz?
- No nie bardzo, bo jest już po 22 i na postoju nie ma tu taksówek, chyba że jutro, ale ja i tak nie wiem gdzie mam przyjechać, bo ja nie znam Urgenczu.
- Rozumiem. Ale ja mam problem, bo u mnie są goście i my już wypiliśmy trochę i ja nie mogę przyjechać. Ale mogę wziąć taksówkę i wtedy aparat przyjedzie do ciebie. Ja za ten aparat nic nie chcę, ale taksówkarzowi trzeba będzie zapłacić za kurs w tę i spowrotem. Ile możesz zapłacić?
- Ile będzie trzeba tyle zapłacę, byle mieć ten aparat.
- Dobra, to ja poszukam taksówki i do ciebie zadzwonię.

Po dwudziestu minutach kolejny raz zadzwonił telefon.
- Taksówkarz chce 15 tys. somów, bo to jest późna pora. Możesz tyle zapłacić?
- Dobra, zgoda, niech przyjeżdża. Jak się umawiamy?
- Bądź za pół godziny przy tej bramie gdzie was wysadziłem.

Marcin się rozłączył i dalej nie mógł uwierzyć, że jednak aparat się odnalazł i niedługo go odzyska. Gotowy był zapłacić każde pieniądze (no, może prawie każde) za taksówkę, mógłby zapłacić nawet jakieś znaleźne temu taksówkarzowi. 15 tys. somów czyli jakieś 25 zł za odzyskanie aparatu wartego o wiele więcej było dla nas jakimś nieprawdopodobnym fartem i darem od losu. Taksiarz, który przywiózł nas do Chiwy, pałał na samym początku takim oburzeniem, a później tak się zarzekał, że absolutnie nic nie chce za ten aparat i że cieszy się, że się znalazł, że Marcin nawet nie zaproponował mu jakiejś doli za znaleźne. Wszyscy mieliśmy poczucie, że mógłby to być kolejny powód do obrazy.

Po umówionym czasie przyszliśmy pod bramę miasta, pod którą podjechała taksówka. Wysypał się z niej nasz kierowca, uściskał nas obu na misiaka, upewnił się, że to na pewno nasz aparat, jeszcze raz opowiedział historie swojej kariery, że nigdy mu się coś podobnego nie trafiło, że przecież oglądałem samochód trzy razy i że nie wie jak do tego doszło. W końcu udało się z nim pożegnać i wróciliśmy do hotelu, ciągle nie wierząc w szczęśliwy koniec tej historii.

<<< poprzedni odcineknastępny odcinek >>>

3 komentarze:

  1. Jak zwykle świetnie piszesz:) Bardzo mnie cieszy, że sprawa wzięła taki obrót, bo szczerze mówiąc na początku tekstu nie spodziewałem się absolutnie, że aparat się znajdzie, czasem jednak jest coś takiego jak szczęście po prostu. A propos szczęścia - zapytam prosto z mostu: jak tam zaślubiny?? Ja już swoje przeżyłem, wspominam jako bardzo udane i wspaniałe przeżycie, mam nadzieję u Ciebie tak samo:))

    Pozdrawiam serdecznie!

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie jestem pewien czy to jest kwestia szczęścia. Ja myślę że Uzbecy to po prostu niezwykle uczciwy naród. Choć interpretacja może też być inna:

    Zbyt dużo osób wiedziało, że aparat mógł zostać w tej taksówce. A to jest państwo policyjne. Dlatego facet mógł się tak zdenerwować, że ktoś na niego doniesie, że złodziej i np. straci licencję taksówkarza. Ewentualnie można też sobie dopowiedzieć, że w tej sytuacji upłynnienie tego aparatu byłoby niezwykle trudne i ryzykowne.

    Ja jednak wolę myśleć o tym w kategoriach uczciwości i niesamowitej wręcz potrzebie niesienia pomocy gościom podróżującym po ich kraju, czego przykłady miałem w wielu innych miejscach. o czym oczywiście jeszcze napiszę ;-)

    Co do ślubu i wesela to jeszcze się nie otrząsnąłem. Myślę że zamieszczę jakiś opis za parę dni. Na razie mogę powiedzieć, że udało się znakomicie, a ze wzruszenia mam cały czas łzy w oczach...

    OdpowiedzUsuń
  3. Chyba bym osiwiała od czegoś takiego :)

    OdpowiedzUsuń

 


Igor Czajka - Copyright 2008. Wszystkie Prawa Zastrzezone.

mail do autora - Igor Czajka