aktualizacja w weekendy ;-)

poniedziałek, 29 września 2008

Chiwa, cz.2

<<< poprzedni odcineknastępny odcinek >>>

Następnym celem po Pahlavon Mahmud Mauzoleum była Islom-Hodża Medresa oraz Minaret. Jeden z najmłodszych zabytków Chiwy, z początku XX w. Medresa, jak medresa, w sumie nic ciekawego poza architekturą nie odbiegającą od młodszych o nawet 800 lat budowli. Ciekawostką była możliwość przebrania się w historyczne szaty, z której to możliwości skwapliwie korzystają miejscowi pozując do balkonowych zdjęć z wielkim mieczem u pasa.

Obok medresy wybudowany jest najwyższy w Chiwie minaret. Jego wnętrze upodobały sobie zakochane pary, które dają upust swoim żądzom, rozbudzonym przez młode hormonalne burze. W efekcie liczni turyści przeciskają się na wąskich schodach nie tylko między sobą nawzajem. Trzeba również dokonywać nie lada akrobacji, by wyminąć splecione w ciemnościach liczne młode ciała. Dobrze, że mieliśmy ze sobą latarki, jednak i tak nie udało się przestudiować twarzy młodych zakochanych Uzbeków. Chłopcy kryli swoje twarze biustach swych wybranek, a wybranki w czarnych czuprynach swych wybranków. Ze szczytu minaretu można za to delektować się pełną panoramą okolic miasta. Niewielka przestrzeń zabudowy, otoczona zielonymi polami bawełny, kończy się całkiem niedaleko żółtym piaskiem pustyni.

Po opuszczeniu minaretu rozdzieliliśmy się i zaczęliśmy osobno szwędać się po mieście. Zahaczyliśmy o meczet piątkowy (Juma Mosque), którego sufit wsparty jest na dwustu kilkunastu drewnianych kolumnach. Kilka z nich to oryginalne egzemplarze z X wieku uratowane z wojennej zawieruchy. Jednak poza mroczną i chłodną atmosferą pośród lasu pięknie rzeźbionych filarów nie ma tu nic więcej. Absurdalnie w tym miejscu wyglądającego, jednego straganu z pamiątkami, nawet nie chcę wspominać. Szybko wróciliśmy na zalane upalnym słońcem suche uliczki, by dotrzeć do pałacu Tosh-Hovli, zwanego również Kamiennym.

Pałac ten powstał w XIX wieku jako bardziej reprezentacyjna alternatywa dla cytadeli Khuna Ark. Allach Kuli Khan nie był cierpliwym władcą. Kazał stracić pierwszego architekta, któremu nie udało się dotrzymać absurdalnego dwuletniego terminu ukończenia prac. Wybudowany ostatecznie w dziewięć lat kompleks ma dziewięć dziedzińców i sto pięćdziesiąt pokoi. Chan nie zrezygnował jednak z tradycji i najznamienitszych gości przyjmował w jurcie ustawionej na specjalnie do tego celu przygotowanym postumencie, na jednym z dziedzińców.

Po południu spotkaliśmy się znowu w knajpce, by co nieco przekąsić. Marcin Aldoną kupili wielkie czapy uzbeckie, spod których prawie nie było nas widać. Czekając na jedzenie zalegliśmy na poduchach jak na arabskich rysunkach i chłonęliśmy atmosferę orientu. W jadłospisie były w zasadzie tylko cztery dania: a) ryżowy płow z baraniną, b) szaszłyk barani, c) lagmon, czyli coś pośredniego miedzy zupą a spaghetti z baraniną i warzywami oraz d) sziorba czyli rosół z baraniny. Płow był na chiwski sposób mało warzywny i mało mięsny. W zasadzie to tłusty ryż z odrobiną marchewki i wspomnieniem po mięsie. Za to piwo było wyśmienite. Po obejrzeniu wszystkiego, co było do obejrzenia, wieczorem czekał nas jeszcze pokaz tradycyjnych uzbeckich tańców.

Na pokaz musieliśmy wejść do środka Alloquli Khan Medresa. Zasiedliśmy niedaleko francuskiej grupy, dostaliśmy piwo i zieloną herbatę – wedle gustu. Po chwili rozpoczął się pokaz. Dwu facetów, trzy kobiety, nastolatek i dziecko. Każdy grający na jakimś instrumencie. W zasadzie jakikolwiek taniec uskuteczniała tylko najmłodsza dwójka, reszta ograniczyła aktywność do odśpiewania kilku piosenek. Kolorowe ubrania wirowały w powietrzu, złote zęby błyszczały promieniach zachodzącego słońca. Mieliśmy mieszane uczucia. Mi podobała się muzyka. Dla Gośki kicz pokazu przekroczył granice akceptacji. Na pewno było dosyć śmiesznie. Jak się później okazało, tańce mogliśmy obejrzeć jeszcze tylko w Samarkandzie. Biorąc jednak pod uwagę fakt, że w Samarkandzie większość stanowią Tadżycy, jest duża szansa, że była to jedyna okazja zobaczenia uzbeckich tańców.

Po zielonej herbacie apetyt wrócił spory i trzeba było odwiedzić jeszcze jedną chiwską knajpę, by skonsumować kolejną porcję lagmona. Najwidoczniej po kilku pustynnych dniach nasze żołądki domagały się odnowienia zapasów energetycznych. Tym bardziej, że następnego dnia czekały na nas zoroastryjskie forty i długa droga do Buchary.

<<< poprzedni odcineknastępny odcinek >>>

0 komentarzy:

Prześlij komentarz

 


Igor Czajka - Copyright 2008. Wszystkie Prawa Zastrzezone.

mail do autora - Igor Czajka