aktualizacja w weekendy ;-)

poniedziałek, 15 września 2008

Chiwa, cz.1

<<< poprzedni odcineknastępny odcinek >>>

Położona w centrum współczesnego uzbeckiego wilojatu Chorezm, Chiwa przez około 400 lat była stolicą chanatu chiwskiego. Według archeologów założona w okolicach przełomu er, według legendy założona przez Szema, syna Noego. Jedno jest pewne, było to ważne miasto na Jedwabnym Szlaku, gdzie można było odsapnąć po pustynnym piekle podróży. Dzisiaj jest perłą Centralnej Azji, odrestaurowaną przez Rosjan w latach siedemdziesiątych XX w. Zamknięta z każdej strony piaskowymi murami, prostokątna przestrzeń miasta, tworzy bajkową atmosferę, żywcem przeniesiona z baśni tysiąca i jednej nocy. A z atmosferą miejsca jest zazwyczaj tak, że zaczyna się ją właściwie odczuwać po kilku dniach dopiero. W przypadku podróży o dość napiętym planie, można powiedzieć jedynie o czymś w rodzaju przeczucia atmosfery, która mogłaby nas pochłonąć, gdybyśmy zostali tutaj dłużej. Opisanie tej atmosfery jest pewnym progiem, przeszkodą, która może okazać się niepokonaną. Jednak spróbujmy...

Po wieczornym spacerze po usypanych z piasku miejskich murach, po przygodach z aparatem, po lichym śniadaniu mającym chyba tylko zaostrzyć apetyt, poczłapaliśmy niespiesznie w kierunku głównej cytadeli, obok której wznosi się symbol Chiwy, czyli niedokończony minaret Kalta Minor. Można do niego wejść od środka położonej tuż przy nim medresy Amin Khan, obecnie zamienionej na hotel. Niestety, w środku trwał remont, więc musieliśmy zadowolić się obejrzeniem klinkierowych mozajek tylko z zewnątrz. Minaret kazał wybudować w 1852 roku Mohammed Amin Khan. Miał on mieć ponad 70 m wysokości i miał to być najwyższy minaret na całym świecie. Niestety w 1855 roku budowę przerwano i tu źródła nie są zgodne. Jedna wersja mówi o tym, że architekt zgodził się potajemnie wybudować jeszcze wyższy minaret w Bucharze. Rozgniewany chan kazał zrzucić architekta z wieży i minaret stanął na marnym 26 metrze. Druga wersja mówi o tym, że po prostu chan zabrał się z tego świata i wszystkie jego ziemskie zachcianki zostały anulowane. Jak by nie było, niebieska szeroka baszta wygląda bardzo malowniczo na tle zachodniej chiwskiej bramy.

Następnie poszliśmy obejrzeć Kuhna Ark, czyli główną fortecę, ale poza fantastycznym widokiem na miasto niewiele tam było ciekawego. Podobnie jak w kolejnej zamienionej na hotel Mohammed Rakhim Khan Medresie, gdzie poza piękną mozaiką na wejściowym portalu, największą atrakcją byli młodzi akrobaci myślący o karierze w dalekiej Europie. Włócząc się po nasłonecznionych zaułkach podglądaliśmy kobiety tkające dywany, dzieci rzeźbiące podstawki pod Koran, targowaliśmy się z przekupkami sprzedającymi pamiątki, nie mając zamiaru nic kupować. Jednym słowem sielankowa zabawa w turystę. Dotarliśmy w ten sposób do Pahlavon Mahmud Mauzoleum, czyli grobu faceta, który oprócz tego, że był poetą i filozofem, był także legendarnym zapaśnikiem nazywanym przez potomnych Herkulesem Wschodu. Legenda sobie przez lata rosła i doszła do takich rozmiarów, że gość awansował na patrona Chiwy, a jego skromny początkowo grób rozrósł się na początku XX wieku do dzisiejszych rozmiarów całkiem pokaźnej budowli w stylu perskim.

Ze studni na dziedzińcu, przechodnie wyciągali wiadrami zimna świętą wodę. Wokół, na rozłożonych pod dachem dywanach, odpoczywali przechodnie. My trafiliśmy, już któryś raz z rzędu na tą samą grupę, sprawiającej wrażenie starej wielopokoleniowej uzbeckiej rodziny, z licznymi kuzynami i żonami, której przewodniczył miejscowy Don Corleone. W ciemnych okularach i z różańcem w dłoniach zwracał na siebie uwagę i koncentrował wokół siebie liczna rzeszę rodziny. Przed mauzoleum grupa grzecznie podzieliła się, osobno usiadły kobiety, osobno mężczyźni, a przewodnik pośrodku między obiema grupami opowiadał o randze tego miejsca.


Wewnątrz budynku całe rodziny modliły się, rytmicznie kiwając głowami w takt melodyjnych psalmów, imam błogosławił jedzenie, a niewierni podziwiali misterne kolorowe mozaiki na ścianach i suficie, delektując się chłodem dającym wytchnienie od pustynnego upału na zewnątrz. Zupełnie niezamierzenie sprofanowałem święte miejsce wypinając się na imama przy ustawianiu aparatu na miniaturowym statywie. Duchowny ograniczył się do zabicia mnie wzrokiem, wywołując salwę zakłopotanego śmiechu na twarzach moich towarzyszy podróży. Przeprosiłem w duchu Allacha i minutą ciszy uczciłem pamięć świętego męża, w którego mauzoleum się znajdowaliśmy.

Chiwa na stronie Uzbek World
Inna strona o Chiwie

<<< poprzedni odcineknastępny odcinek >>>

2 komentarze:

  1. Oj, zazdroszczę takiej wyprawy...

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie ma co zazdrościć ;-) Bilet na samolot i fru ;-))))

    OdpowiedzUsuń

 


Igor Czajka - Copyright 2008. Wszystkie Prawa Zastrzezone.

mail do autora - Igor Czajka