aktualizacja w weekendy ;-)

poniedziałek, 11 sierpnia 2008

Aralskie pożegnanie

<<< poprzedni odcineknastępny odcinek >>>

Poranek był zaskakująco chłodny. Na szczęście nie zmarzliśmy, ale wyjście ze śpiwora było bolesne. Musieliśmy wstać wczesnym świtem, bo chcieliśmy jeszcze dzisiaj dojechać do Chiwy. Szybko wrzuciliśmy rzeczy do plecaków, plecaki do samochodu, chleby do żołądków i ruszyliśmy w kierunku Moynaqu. Wschód słońca niestety był zasłonięty przez chmury, wiec ten punkt programu trzeba było wykreślić. W ramach rekompensaty spotkaliśmy po drodze samotnego orła, który upolował coś jakieś sto metrów od drogi.

Po zjechaniu na dno kierowca zatrzymał samochód, żeby wymienić jakąś zużytą część przy silniku. Było zatem kilka minut na rozprostowanie kości i kontemplację księżycowego krajobrazu. Łyse wzniesienia klifu, rachityczne powysychane krzaczki, na których osadziła się warstwa soli, spękana ziemia pokryta małymi muszelkami, które znaliśmy z aralskiego wybrzeża, porozrywana i zardzewiała karoseria starego autobusu – wszystko razem tworzyło niezwykłą aurę antytezy tajemniczego ogrodu, który był przecież kwintesencją życia, w przeciwieństwie do tego miejsca, które było kwintesencją końca. Wszyscy robiliśmy zapamiętale zdjęcia spękanej ziemi, by pamiętać czemu należy szanować wodę.

W miarę oddalania się od klifu pejzaż stawał się coraz mniej przyjazny. Myślałem że to nie możliwe, ale każdy kolejny kilometr zmieniał moje wyobrażenie o znaczeniu pojęcia „pustkowie”. Droga nie była tak wyboista jak poprzedniego dnia. Koleiny były płytkie i nie rozjeżdżone oraz prawie bez zakrętów. Mogliśmy jechać znacznie szybciej. W pewnym momencie całkowicie skończyła się jakakolwiek roślinność. Szary suchy popękany muł upstrzony był koralikami muszel. Miałem wrażenie, że zaraz przyjdzie fala i nas pochłonie jak egipską armię która goniła Mojżesza przez Morze Czerwone. Nikt z nas nic nie mówił, każdy zafascynowany patrzył przez okno, z zaciśniętymi wargami wypatrując na horyzoncie końca pustki.

Szymbergen opowiadał poprzedniego wieczoru, że po drodze do Moynaqu jest fragment lasu, gdzie czasem poluje na króliki albo kuropatwy. Zdarzają się też inne zwierzęta, na przykład lisy. Dojechaliśmy w końcu do tego „lasu”. Gdyby kierowca nie powiedział mi że to jest to miejsce z jego opowiadania, nigdy bym się nie domyślił, że można to coś nazwać lasem. Zarośla, faktycznie były gęściejsze i bardziej zielone niż gdzie indziej. Ale żadna roślina nie była wyższa od samochodu.

Droga doszła do miejsca, które po deszczu jest ponoć bardzo trudne do pokonania. Szymbergen opowiadał, jak kiedyś przez dwie godziny walczyli, by przejechać mały wąski rów. Gdy jest sucho można go nawet nie zauważyć, ale gdy zaczyna padać - płynie nim woda, a brzegi robią się cholernie śliskie. Na szczęście dla nas tym razem pogoda była normalna. Wjechaliśmy w końcu na coś w rodzaju utwardzonej drogi na specjalnym nasypie. Nie było asfaltu, ale też nie była to już zwykła polna droga. Co więcej, drogi co kilkadziesiąt kilometrów krzyżowały się ze sobą. Zagadka ich przeznaczenia szybko się wyjaśniła wraz z pojawieniem się na horyzoncie szybów Gazpromu. Szymbergen ostrzegł, żeby nie pokazywać aparatów fotograficznych, bo pracownicy tych szybów bardzo nie lubią zdjęć. Wyschnięcie Aralu na pewno ułatwiło eksploatację tutejszych złóż gazu. Czy następstwo przyczyny i skutku nie zachodzi również w drugą stronę (np. doprowadzono do wyschnięcia jeziora by odsłonić dno i ułatwić eksploatację) – to oczywiście pewnie zbyt daleko idące teorie, ale znając historię planów zawracania syberyjskich rzek, samo zastanawianie się nad tym na pewno nieuprawnione nie jest ;-)

Po przejechaniu 250 km po niegdysiejszym dnie Morza Aralskiego wjechaliśmy znowu na asfalt. To była miejscowość Uchsay. Kilkanaście kilometrów dalej rozpoczął się Moynaq. Kierowca pokazywał raz na prawo, raz na lewo: o tu była największa fabryka konserw, a tu była fabryka czegoś tam, a tam była inna fabryka. Dziś te miejsca straszą wybitymi szybami albo odartymi ze ścian żelbetowymi szkieletami. Jeden z nielicznych zadbanych domków to szare parterowe biuro Gazpromu. Jest to jedyny obecnie pracodawca w okolicy. Z miasta liczącego kilkadziesiąt tysięcy ludzi zostało do dzisiaj kilkaset osób.


Zajechaliśmy na parking przy starym porcie. Na parkingu ustawiono tablice informujące o rozmiarach zmian w granicach Morza Aralskiego oraz o historii tych terenów. Zdjęcia satelitarne z 2004 oraz 2007 roku uświadamiają tempo wysychania, które ciągle rośnie. Całkiem możliwe, że już za kilka-kilkanaście lat Morze Aralskie będzie jedynie wspomnieniem. W Kazachstanie, przy pomocy Banku Światowego, wybudowano tamę Kok-Aral na wąskim przesmyku łączącym północną i południową część jeziora. Dzięki temu wody Syr-Darii są w stanie zasilić mniejszy akwen Jeziora Północnoaralskiego. Jest szansa, że ten fragment dawnego Morza przetrwa. Dla części Uzbeckiej raczej już nie ma nadziei. Kilka lat temu przywódcy państw regionu spotkali się by radzić, co zrobić dla ratowania Aralu. Jedynym wyjściem byłaby rezygnacja z wielkich obszarów upraw bawełny, zamknięcie kanałów i przewrócenie głównego nurtu wody w koryto Amu-Darii. Jednak Uzbekistan stwierdził, że nie może pozwolić sobie na taki krok, że jego po prostu na to nie stać i w związku z tym nic nie zostało zrobione, ani nawet postanowione.

Na białym słonym piasku straszą stare rdzewiejące rybackie kutry. Będące symbolem katastrofy aralskiej widnieją na fotografiach przy wszelkich informacjach o tym regionie. Szczerze mówiąc, te mojnackie statki mocno mnie rozczarowały. Wyobrażałem sobie okręty na pustyni, w pozostałościach portu zasypanego piaskiem, albo wręcz gdzieś na horyzoncie, pośrodku pustyni. Statki w Moynaqu to były zwykłe małe kutry rybackie, przerdzewiałe do szpiku, z poszyciem rozebranym na złom. Nie zostało ich dużo. Dosłownie kilka sztuk. Tylko na jednym można dostrzec resztki farby. Po zabudowaniach portowych też nie zostało najmniejszego śladu. W sumie nad polskim morzem też można obejrzeć kutry rybackie, w trochę lepszym stanie, ale wyciągnięte na piaszczysty brzeg.

Ostatni rzut oka na horyzont i pojechaliśmy w kierunku Nukusu żegnając ostatecznie przygodę z Aralskim Morzem.

<<< poprzedni odcineknastępny odcinek >>>

1 komentarz:

 


Igor Czajka - Copyright 2008. Wszystkie Prawa Zastrzezone.

mail do autora - Igor Czajka