aktualizacja w weekendy ;-)

poniedziałek, 14 lipca 2008

Resztki Morza Aralskiego

<<< poprzedni odcineknastępny odcinek >>>

Po ponad dziewięciu godzinach jazdy po wypalonym i suchym półpustynnym stepie dotarliśmy do celu. Kierowca nagle skręcił w kierunku krawędzi klifu i wjechał na wąską drogę schodzącą stromo w kierunku brzegu Morza. Koleiny wiły się malowniczo pośród zielonych, brązowych, żółtych i czerwonych skał. Okolica wyglądała tak, jakby ktoś postanowił zrobić tu wystawę wszystkich możliwych rodzajów minerałów. Jeden pagórek wyglądał w miarę normalnie, porośnięty wysuszonymi brunatnymi krzaczkami. Ale już następny pokryty był czymś rodzaju wulkanicznej zwietrzeliny w kolorze butelkowej zieleni. Jeszcze dalej przestrzenie pokryte gruba warstwą soli. Za chwilę żółty piasek i w końcu dotarliśmy do plaży.

Szymbergen zatrzymał samochód i powiedział, że dalej nie możemy jechać. Gdyby były dwa samochody, wtedy można: jeden się zapadnie - to drugi go wyciągnie. Z jednym samochodem jest zbyt duże ryzyko. Piasek jest niestabilny i nigdy nie wiadomo gdzie i kiedy samochód utknie w miękkim fragmencie podłoża. Temperatura nie była zbyt wysoka, od wody wiał chłodny wiatr, założyliśmy więc polary i ruszyliśmy na piechotę. Do obecnego brzegu mieliśmy do przejścia około kilometra.

Otaczała nas rozległa plaża z widoczną na horyzoncie wodą. Klif za naszymi plecami nie wydawał się już tak groźny i wyniosły. Na jego szczycie wrażenie robiły rozległe warstwy skał, które odłupane od krawędzi tworzyły niedostępne rozpadliny. Teraz mieliśmy pod nogami grubą warstwę szarej soli. Sól pękała pod butami odsłaniając ukrywający się pod nią żółty piasek. Jakiekolwiek pozostałości wodorostów, patyków czy innych przedmiotów leżących na ziemi również pokryte były równomierną solną masą.

Dojście do samej wody okazało się dosyć skomplikowane. Grunt blisko morza zrobił się grząski. Wielkie kałuże wody, liczne mikroskopijne mierzeje. Trudno znaleźć miejsce, gdzie można postawić nogę bez zapadnięcia się po kostki. Najedliśmy się trochę strachu, bo nie wiadomo, czy miękki piasek jest miejscowo, czy po daniu większego kroka nie zapadniesz się jak w bagno. Jednak jechać kilkaset kilometrów i nie dotknąć wody? Nie! To niemożliwe! W końcu udało się. Boczkiem, boczkiem, przy pomocy ławic muszli w końcu dotarliśmy do właściwej krawędzi. Śmiesznie wyglądały ślady na piasku po Marcinie i Aldonie. Od razu widać, kto miał większe problemy z dotarciem na brzeg ;-)

Woda Morza Aralskiego jest niesamowicie mętna. Kolor biały zwalam na zasolenie. Ale przecież Morze Martwe jest chyba jeszcze bardziej zasolone i nie jest biało mętne. Zatem prawdę pisali o zanieczyszczeniu wody pestycydami, nawozami i innymi świństwami. Nie wiadomo, czy całe życie wymarło tutaj z powodu zwiększającego się zasolenia, jak głosi oficjalna wersja, czy z powodu zatrucia wody chemią, co jest chyba bardziej prawdopodobne. Przy brzegu tonami leży warstwa nie tylko pustych morskich muszelek, ale również warstwa najróżniejszej maści owadów.

Powrót do obozu, który zaczął już przygotowywać Szymbergen trwał subiektywnie dużo dłużej. Plaża sprawiała wrażenie, jakby była jeszcze szersza niż wtedy, gdy szliśmy w kierunku wody. Zaskakujące, ale niektóre z brązowych zasuszonych roślin żyły w tych warunkach i co więcej – niektóre nawet kwitły! Gdzieniegdzie z piasku wystawały małe kolonie zielonych porostów. Namioty i samochód zajęły niewielki płaski placyk. Kierowca wyjął składany stolik i krzesełka, zrobił prowizoryczny ruszt i na ogniu z rachitycznego chrustu zagotował wodę na herbatę i zupki chińskie. Gdy przygotowaliśmy jedzenie zapytał:
- A u was wodka jest? – spojrzeliśmy po sobie...
- No jest...?
- Bo u mienia samaja haroszaja karakalpakskaja wodka, chcecie popróbować?
- Pewnie, że chcemy! Ale najpierw coś zjemy...

<<< poprzedni odcineknastępny odcinek >>>

0 komentarzy:

Prześlij komentarz

 


Igor Czajka - Copyright 2008. Wszystkie Prawa Zastrzezone.

mail do autora - Igor Czajka