aktualizacja w weekendy ;-)

poniedziałek, 28 lipca 2008

Ognisko nad Aralskim Morzem

<<< poprzedni odcineknastępny odcinek >>>

Wódka, którą postawił na stole nasz kierowca, pomimo tego, że była ciepła, nie była ostra i miała lekki posmak gruszki i śliwowicy. Nie mogłem się nadziwić, że jedynym surowcem była pszenica.
- To najlepsza nasza wódka – wyjaśnił Szymbergen. – Można ją dostać tylko w jednym miejscu w Nukusie. Poza Karakałpakstanem już jej nie dostaniesz.

Ponieważ każdy z nas miał w swoim plecaku spory zapas „na prezenty” i „na wszelki wypadek”, popijaliśmy sobie w promieniach zachodzącego słońca i grantsa i żołądkową, na koniec dobijając naszego kierowcę żubrówką. Nie był chyba przygotowany na taki obrót sprawy, bo dotychczas woził Japończyków, Niemców albo Francuzów. Niemniej jednak do śpiewania karakałpackich piosenek nie dał się namówić.

Zanim jednak doszło do śpiewów przy ognisku wysłuchaliśmy opowieści, jak czyste i zdrowe powietrze jest w okolicy. Rzeczywiście, nie ma w promieniu kilkuset kilometrów żadnej fabryki, jeśli nie liczyć szybów gazowych Gazpromu. A plaga kamieni nerkowych, wynikająca z pyłu solnego w powietrzu, która występuje wśród mieszkańców nadaralskich wiosek to chyba tylko wroga propaganda. Podobnie jak informacje o gigantyźmie niemowląt, zapadalności na wszelkiego rodzaju odmiany raka czy zatrucie wód gruntowych solą i pestycydami. Zastanawiałem się czy jest to objaw zwykłej ignorancji, czy też to wszystko zdawało się nie istnieć w umyśle lokalnego patrioty? Wrażenie narastało wraz z kolejnymi opowieściami.

Niedaleko od naszego obozowiska, na największej na morzu wyspie, umiejscowiony był za czasów sowieckich, tajny poligon broni biologicznej. Co tam robiono, do dzisiaj nie wiadomo, oficjalnie produkowano wąglika. Teren został opuszczony i pozostawiony samopas. Morze Aralskie wysycha, wyspa stała się już dawno półwyspem, tylko kwestią czasu może być zmaterializowanie horrorów, gdy jakiś lis albo inny zając przeniesie na zamieszkałe tereny nieznane dotąd wirusy. W 2002 roku zorganizowano podobno ekspedycję w celu neutralizacji wąglika i dziś Szymbergen tylko wzrusza ramionami. Jak do tej pory nic stamtąd nie przyszło, to pewnie już nie przyjdzie.

A kiedyś teren był pilnie strzeżony. Tu gdzie siedzimy jeszcze 20 lat temu nie wolno było dojeżdżać. Na całym klifie istnieją tylko trzy zjazdy. I ten znajdował się już w strefie chronionej. Drugim zjedziemy jutro jadąc do Moynaku. Trzeci jest jeszcze 50 kilometrów na północ. Tutaj stacjonowali żołnierze i nikt nie miał prawa wstępu pomimo, że od poligonu teren był odgrodzony przestrzenią kilkudziesięciu kilometrów wody. Teraz niegdysiejsze eksperymenty nie są już takie tajne. O poligonie można poczytać w wikipedii.

*

Szymbergen uprzedził nas, że gdyby nie daj Boże w nocy zaczęło padać, to natychmiast mamy go obudzić. Ziemia jest tu bardzo gliniasta i gdy rozmięknie, to samochód nie podjedzie pod górę, bo będzie się ślizgał. Gdyby w nocy spadł deszcz to jest niebezpieczeństwo, że będziemy czekać kilka dni aż ziemia wyschnie. Ostrzeżenia o niebezpiecznych skutkach możliwych opadów zabrzmiały absurdalnie w okolicy, gdzie wszystko dookoła było wyschnięte na pieprz.

Gdy zrobiło się ciemno, obłupaliśmy jedno z okolicznych rachitycznych drzewek z wyschniętych konarów. Szymbergen pilnował, żeby nie łamać „zielonego”, choć naprawdę trudno było odróżnić, który konar żyje a który jest już suchy. Ostatecznie jednak kryterium było dość proste: suche było kruche, żywe nie dawało się ułamać. Dorzuciliśmy do ogniska, kierowca bardzo ekologicznie podlał gałęzie benzyną i zrobiło się znowu jasno. Jak już wspominałem, kilka prób namówienia go na zaśpiewanie karakałpackich piosenek, połączone z prezentacją polskich i łemkowskich „pieśni masowego rażenia” przyniosło jedynie taki efekt, że facet puścił nam jego ulubione miejscowe kawałki ze swojej komórki.

Jedynym wyjściem było pójść spać. Jednak nic z tego, bo gdy tylko weszliśmy do namiotów usłyszeliśmy rytmiczny odgłos kropel. Nastąpiła chwila paniki. Dziewczyny zarzekały się, że za żadne skarby nie wsiądą do samochodu z kierowcą w takim stanie. Ale też nie chcieliśmy nocować na dole, bo nie mamy ani czasu ani jedzenia na kilkudniowe grzebanie się w glinie. Zdawaliśmy sobie też sprawę, że piechotą na szczyt klifu będziemy szli co najmniej godzinę. Deszcz na razie padał malutki i Szymbergen był zdezorientowany.
- Jak myślisz Igor? Rozpada się czy przejdzie?
- Szym! Przecież to Ty tu mieszkasz! Ja nie wiem! - U nas taki deszcz może przejść w ulewę, ale może też zaraz minąć, coś tam można po chmurach, temperaturze i prognozach powiedzieć, ale tutaj? Nie mam pojęcia jakie bywają deszcze na pustyni w samym środku Azji!!! Zwijamy się!

Ustaliliśmy w końcu, że spakujemy rzeczy, do skarpy dojedziemy w samochodzie wszyscy razem, najbardziej stromy podjazd na skarpę Szymbergen pokona sam, a my wejdziemy na piechotę. OK, udało się wrzucić wszystko w miarę sprawnie do samochodu, wsiedliśmy i powolutku ruszyliśmy. Tuż przed stromizną kierowca zerknął w lusterko na dziewczyny, spojrzał pytająco na siedzącego obok Marcina i, nie zatrzymując się, podjechał na samą górę. Dziewczyny nie zdążyły zaprotestować.

Gdy rozbiliśmy namioty i ponownie zapakowaliśmy się w śpiwory, przestało kropić...



Jeszcze kilka aralskich linków:

Na Zgapie.pl
Wywiad z Wojciechem Tworkowskim z Ośrodka Studiów Wschodnich
Artykuł w Tygodniku Przegląd

<<< poprzedni odcineknastępny odcinek >>>

5 komentarzy:

  1. Jakbyście zostali, to na pewno by lunęło ;-P

    A pamiętam jak nocowaliśmy w na wpół opuszczonej kopalni na Rumunii (pod koparką ;-P), to my paliliśmy gałęziami, ale miejscowy nie patyczkował się, wyciągnął kilka belek nasiąkniętych smarem jakimś... usiedzieć było trudno przy tym syfie, a on jeszcze jajecznicę na tym gotował

    OdpowiedzUsuń
  2. wczoraj przeczytalem tego posta ale bylem juz zbyt zmeczony, gdyz juz bylo zdrowo po polnocy, zatem wrucilem dodac komentarz bo uwazam, ze warto. Heh szczerze to dopiero przy okazji Twojego posta pierwszy raz sprawdzilem co to waglik, choc od lat co rusz sie o tym mowi w mediach. Ciekawa sprawa z tym laboratorium, ale na wikipedii pisze ze to zneutralizowano we wspolpracy z rzadem usa. Swoja droga to WODKA uniwersalny srodek porozumiewania sie. Szczegolnie gdy juz dziala :)

    OdpowiedzUsuń
  3. @meteor2017 hehe, bo twardym trzeba być jak Roman Bratny ;-))))) Nie przestanie mnie chyba zadziwiać jaki syf człowiek potrafi znieść. Np. w Varanasi miejscowi pija herbatę zalewana woda prosto z Gangesu, który przekracza wszelkie normy skażenia bakteriologicznego i chemicznego kilkadziesiąt tysięcy razy. A oni żyją ;-)))))

    @martiger wiesz, wąglika to oni tam badali "oficjalnie", a co robili nieoficjalnie tego nie wiemy. Znając Rosjan i ich podejście do życia, bezpieczeństwa, pracy i metod - to obawiam się że jedna ekspedycja naukowa to za mało, nawet jeśli akurat wąglika zneutralizowali. Oczywiście można to odbierać, jak Szymbergen, jako pogoń za sensacją, niemniej jednak to kolejna w sojuzie tykająca bomba zegarowa. Bliżej nas taka bomba sa beczki z chemikaliami i odpadami radioaktywnymi na dnie Bałtyku ;-)

    OdpowiedzUsuń
  4. Jestem swiecie przekonany, ze amerykanie i cala reszta kombinuje nie tylko bronia chemiczna, biologiczna oraz roznymi eksperymentami wlacznie z ludzmi na taka skale ze nawet sam diabel sie boi. Wiec waglik czy odpadki radioaktywne to pewnie nic.

    OdpowiedzUsuń
  5. @marteger, hehe, pewnie masz rację ;-) Tylko jaki wniosek z takiej konstatacji? Nie warto nic robić, bo i tak kiedys to wszystko pier...? Czy też po diderotowsku warto zająć się tylko własnym ogródkiem?

    OdpowiedzUsuń

 


Igor Czajka - Copyright 2008. Wszystkie Prawa Zastrzezone.

mail do autora - Igor Czajka