aktualizacja w weekendy ;-)

poniedziałek, 7 lipca 2008

Droga przez pustynię

<<< poprzedni odcineknastępny odcinek >>>

Ostatni w ciągu najbliższych dwu dni, poranny prysznic w zimnej wodzie, zakończył się urwaniem węża od natrysku. Na szczęście dało się go jakoś wcisnąć z powrotem w metalową obudowę, więc mogłem spłukać z siebie resztki mydła. Hotel Nukus, w którym się znaleźliśmy, cały był w opłakanym stanie. Popękane szyby, porwane łóżka, porozbijane kafelki w łazience, nie wspominając o rozpadającym się dosłownie w rękach prysznicu. Jednak jest nadzieja. Na parterze trwa remont. I robota naprawdę się toczy! Sądząc po tym co widać, to może być z tego jeszcze niezły standard. Ktoś ewidentnie postanowił zainwestować. Poprzedniego dnia, gdy szukaliśmy samochodu nad Aral, zajrzeliśmy do drugiego w mieście hotelu Taszkient, ale tam poza niezłą dyskotekową mordownią nie funkcjonowało chyba nic. I nie wyglądało, żeby trwał jakiś remont.

O umówionej porze czekał na nas kierowca w swoim UAZie. Samochód przekroczył nasze najśmielsze oczekiwania. Okazało się, że jest to całkiem nowoczesna terenówka, bardzo przestronna w środku i bardzo wygodna. Naprawdę pełen komfort. W kontekście naszych dotychczasowych doświadczeń było to dość surrealistyczne. Kierowcą był rodowity Karakałpak o okrągłej twarzy i wąskich oczach. Niezwykle kontaktowy, miły, sympatyczny, a jednocześnie bardzo taktowny i nie narzucający się w żaden sposób swoim pasażerom. Na imię miał Szymbergen, albo jakoś tak.

Po niecałych dwu godzinach jazdy zatrzymaliśmy się w Kungradzie na zakupy. To ostatnie miasto na trasie, a właściwie ostatnia większa miejscowość. Na bazarze nie targowaliśmy się zbytnio, nasz kierowca znał ceny i albo sprzedawca to akceptował albo szukaliśmy dalej. Kupiliśmy żółty ser, ryby w konserwach, nieśmiertelne chińskie zupki, jakąś kiełbasę i wodę. Na koniec kierowca zaprowadził nas do miejscowej piekarni, gdzie w tandorze piekli przepyszny miejscowy chleb. Gdy po zakupach ruszyliśmy dalej, zniknęły od razu dwa wielkie placki.

Przy bazarze był niewielki parking, na którym stały obok siebie nowoczesne i rozpadające się autobusy. Było trochę samoróbek, przeważały jednak stare poradzieckie samochody, których marek nie byłem w stanie rozpoznać. Ludzie z reguły skośnoocy, patrzyli na nas z zaciekawieniem, ale trzymali się na dystans. Niedaleko ktoś targował się o zawartość wielkich worków na drewnianym wózku, ktoś inny suszył czerwone jeszcze, świeżo zdarte skóry. Upał dopiero nadchodził.

Nukus przy Kungradzie był całkiem cywilizowanym miastem. A z każdym kilometrem za Kungradem było jeszcze gorzej. Minęliśmy ostatnią wioskę i skończyła się jakakolwiek zielona roślinność. Pustynia była miejscami poprzecinana płytkimi równoległymi rowkami w odstępach kilku metrów. Szymbergen wyjaśnił, że robią tutaj eksperymentalne próby wprowadzenia specjalnych słonolubnych roślin, które pozwolą zatrzymać piasek na miejscu. W czasie piaskowych burz, sól z wysychającego morza potrafi zawędrować kilkaset kilometrów dalej. Woda gruntowa jest zasolona i większość roślin nie jest w stanie tego wytrzymać. Na razie jednak te eksperymenty nie przynoszą chyba oczekiwanych rezultatów, bo pustynia jest sucha i jałowa.

Na horyzoncie majaczyła skarpa płaskowyżu Ustiurt. Plato, jak mówią miejscowi. W miarę jak płaska wyniosłość powoli zbliżała się do drogi, tak droga robiła się coraz bardziej wątła, jakby traciła siły i ochotę do dalszej podróży wobec niepokojącego zjawiska. Tuż przed podjazdem, spłoszony wypalonymi w słońcu skałami, skończył się asfalt. Wjechaliśmy pomiędzy kamieniami na górę i dalej toczyliśmy się już wyschniętymi koleinami poprzez brunatną pustynię, bez jednego żywego krzaczka. Zatrzymaliśmy się w miejscu, gdzie jakich prastary strumień wyżłobił kiedyś krótka dolinę. Ponoć stąd było kiedyś widać morze. Teraz widać jedynie brązowo-żółty horyzont.

Po około stu kilometrach rozjeżdżających się na różne strony dróg minęliśmy ogrodzone gospodarstwo Gazpromu. Szyby wydobywcze są na dnie jeziora. Domki pracowników leżą na skarpie. Na mapie miejsce jest oznaczone jako Komsomolsk na Ustyurte. Absurdalny widok. Zapytałem kierowcę, czy nie ma mapy tych okolic, bo chciałbym zobaczyć gdzie dokładnie jesteśmy, ale kierowca nie ma mapy. Skąd on wie którędy jechać? Odpowiedział z uśmiechem: mapę mam tu, w mojej głowie! Kiedyś wziął go ze sobą znajomy, który też ma UAZ-a. Przyjechali do niego jacyś zachodni turyści i chcieli jechać nad morze. On twierdził, że owszem, zna drogę, ale potrzebny mu drugi samochód, bo turystów zbyt wielu. Na każdym rozjeździe się zatrzymywał i dzwonił do Szymbergena:
- Szym? Jak jechać?
- No przecież podobno wiesz jak jechać?!
- Dobra dobra, gadaj szybko, żeby turyści się nie zorientowali!
- Wiesz co? Jednak ja pojadę pierwszy.

Map tu nie ma i najpierw trzeba przejechać kilka razy tą trasę, by się nie pogubić. A wszystko wygląda niemal tak samo. Każde rozwidlenie dróg to jałowa i sucha okolica. Z pomocą przychodzi może licznik kilometrów, bo nie dostrzegłem żadnych wstążek ani innych znaków szczególnych pozwalających się zorientować w tym pustkowiu. Minęliśmy niewielkie stadko dzikich wielbłądów (co one jedzą?). Wcześniej zatrzymaliśmy się jeszcze przy ruinach latarni nad wielkim niegdyś jeziorem Sudachye. Kiedyś wskazywała drogę łódkom płynącym z okolic Moynaku, dzisiaj można stąd jedynie podziwiać (czasem) zieloną równinę, poprzetykaną resztkami błękitnych tafli wody.

Pojechaliśmy dalej. Monotonia pejzażu działała na większość z nas usypiająco. Ja zaś nie mogłem oderwać oczu od horyzontu, na którym od kilku godzin nie widziałem śladu nie tylko człowieka, ale w ogóle czegokolwiek żywego. W pewnym momencie kierowca wskazał na wrzynający się ostro pomiędzy skały zjazd: - tędy będziemy wracać do Moynaqu. Jeszcze 50 kilometrów na północ i będziemy na miejscu.

<<< poprzedni odcineknastępny odcinek >>>

2 komentarze:

  1. Swietny blog Igor. Jade z zona do UZB na poczatku pazdziernika. Tez chcemy jechac nad M. Aralskie i tez na razie mamy tylko kontakt do Tazabaya...

    Serdecznie pozdrawiam,

    Piotr

    OdpowiedzUsuń
  2. Dzięki Piotrze! Życzę udanego wyjazdu! Uzbekistan jest fascynujący, choć poza trzema miastami nie można oczekiwać architektonicznych fajerwerków. Kultura miejscowych tez przez zsowietyzowanie nie jest tak odległa od znanych z PRLu klimatów. Ale na pewno warto. ;-))))

    OdpowiedzUsuń

 


Igor Czajka - Copyright 2008. Wszystkie Prawa Zastrzezone.

mail do autora - Igor Czajka