aktualizacja w weekendy ;-)

czwartek, 26 czerwca 2008

Z Taszkientu do Nukusu

<<< poprzedni odcineknastępny odcinek >>>

Po wyjściu z muzeum Timura spotkaliśmy się z Aybekiem. Obejrzeliśmy pałacyk cara, parlament, wymieniliśmy w jakimś drogim hotelu pieniądze i poszliśmy na kawę. Po drodze Aybek pokazał nam bramę z białymi bocianami, będącymi tutaj symbolem pokoju.

Ciekawym procesem była procedura wymiany pieniędzy. Z informacji uzyskanych przed wyjazdem wynikało, że w większych miastach nie ma problemu z wyciąganiem kasy z bankomatu. Zabraliśmy więc trochę dolarów, trochę euro, ale nastawiliśmy się na bankomat. Na dotychczasowych wyjazdach był to najbardziej korzystny i najbezpieczniejszy sposób na wymianę miejscowej gotówki. Niestety, w Taszkiencie nie było to tak proste. Bankomaty były tylko w większych bankach oraz w drogich hotelach. Po długim spacerze trafiliśmy na jeden taki okaz. Bankomat, owszem, istniał. Była przy nim informacja, że pobierana jest automatycznie prowizja w wysokości 2,5% wybieranej sumy. Co z tego, skoro bankomat nie rabotajet. Jednak obok było okienko hotelowej kasy, gdzie można było pobrać ze swojej karty gotówkę u kasjerki. Prowizja jednak rosła do 4%. No trudno, co robić. Nie ma innego wyjścia. Jest niedziela, banki także nie rabotajet, a dzisiaj lecimy na drugi koniec Uzbekistanu, gdzie może być jeszcze gorzej. Postanowiliśmy wybrać gotówkę na dłuższy czas i wymieniliśmy po 400$. Pani w okienku spojrzała na nas lekko przerażonym wzrokiem, ale udało się. Dostaliśmy za te 400$ ponad 500 tys. somów. Problem polegał na tym, że najwyższym nominałem w Uzbekistanie jest banknot 1000 somów. Marcin zapytał panią, czy dorzuci nam jakąś siatkę na tą makulaturę. Dobrze, że mieliśmy plecaki, więc mieliśmy gdzie upakować tą sporą górę banknotów. Po jakimś czasie powstała nowa jednostka monetarna, gdy Gosia zapytała mnie: to ile kupek dziennie my wydajemy? Kupka (czyli 100 tys. somów) starczała na jakieś 3-5 dni na parę. W zależności od tego czy płaciliśmy za nocleg i przejazdy dolarami czy somami.

Następnego dnia mieliśmy jechać nad morze Aralskie, ale jedyny namiar jaki mieliśmy to znaleziony przez Aldonę w internecie Tazabay z Nukusu, który oferował nam dwudniową wycieczkę za 330$. Na kawie poprosiliśmy Aybeka o zorientowanie się, czy nie ma jakiś miejscowych kierowców, którzy dowiozą nas tam taniej i szybciej. Według mapy z Nukusu do Moynaku jest jakieś 200 km. Moynak leży w tej chwili jakieś 160 km od wody, więc byliśmy mocno zdeterminowani by obskoczyć ten punkt programu jednak w jeden dzień. Aybek niestety nic nie znalazł, więc pozostało nam szukanie na miejscu.

Po kawie pojechaliśmy po rzeczy do hotelu razem z Sevinch, która uparła się, że nas odprowadzi na lotnisko. Zabraliśmy plecaki i po drodze wysłuchaliśmy opowieści Sevinch, która opowiadała kierowcy, że ci inostrańcy widzieli najstarszy na świecie Koran, który jest w Tadź Mahal. Co ciekawe wielu miejscowych, zarówno w Taszkiencie jak i w całej Azji Środkowej, rozmawia ze sobą po rosyjsku.

Krajowy dworzec lotniczy nie wyglądał ani gorzej ani lepiej niż ten międzynarodowy. Przy czym użycie określenia „port lotniczy” czy „terminal” byłoby chyba nadużyciem. ;-) Po przygodach z kupowaniem biletu i nastraszeniem mnie o sposobach na nie wpuszczenie pasażera do samolotu trzymaliśmy się bardzo blisko okienka i jak tylko zaczęli czekowa to byliśmy jednymi z pierwszych w kolejce. Na szczęście nie było najmniejszych problemów. Byliśmy trochę rozczarowani, bo ani w poczekalni ani w samolocie nie było radzieckich klimatów w rodzaju przewożonych kur w koszyku i tym podobnych. Było sporo biznesmenów w nienagannych gajerach o aparycji Turkmenbaszy. Nie przeszkodziło im to jednak w przepychaniu się do schodków do samolotu, przy których stał rosły steward i wpuszczał do środka po 10 osób, chyba żeby się nie pozrzucali.

W środku samolotu zrozumieliśmy, dlaczego taki był pośpiech przy wejściu. Mianowicie nikt nie przejmował się numerami miejsc. Kto pierwszy ten lepszy. Nasze miejsca były zajęte przez jakiś dryblasów przed pięćdziesiątką, ale Gośka, która weszła do samolotu jako pierwsza z nas, wcale się tym nie przejęła i przekonała ich jakoś, że to nie są ich miejsca. Natomiast na końcu weszło do samolotu dwoje spóźnialskich i przez dłuższy czas chodzili między siedzeniami w te i nazad w poszukiwaniu jakiegoś wolnego miejsca. Zastanawialiśmy się nawet przez moment czy nie będą lecieć na stojąco, ale jednak coś się dla nich znalazło.

Po półtorej godzinie lotu nad pustynią wylądowaliśmy w Nukusie. Budynek dworca przypominał dworzec autobusowy Warszawa Zachodnia. Jako pierwsze bagaże wyjechały na taśmie olbrzymie opony, chyba do traktora. Poczekaliśmy trochę na nasze plecaki, zostaliśmy sprawdzeni przy wyjściu czy to na pewno nasze plecaki i pojechaliśmy do jednego z dwu hoteli w Nukusie.

Ciekawy artykuł o Taszkiencie w Rzepie
Relacja z wyprawy w 2006 roku
Inna relacja z podróży po Azji Centralnej w 2003 roku

<<< poprzedni odcineknastępny odcinek >>>

0 komentarzy:

Prześlij komentarz

 


Igor Czajka - Copyright 2008. Wszystkie Prawa Zastrzezone.

mail do autora - Igor Czajka