aktualizacja w weekendy ;-)

środa, 18 czerwca 2008

Wieczór z Uzbekami

<<< poprzedni odcineknastępny odcinek >>>

Taszkient jest jedynym miastem Azji Centralnej, w którym można przejechać się metrem. Stacje kolejki są dość bogato zdobione, każda w innym stylu i innej tematyce, łączy je jednak znajoma z rzeźb na PKiN sowiecka siermiężność. Wagoniki także znajome, podobne do tych jeżdżących w Warszawie, Pradze, czy Budapeszcie. W kasie kupujesz żeton za 300 somów i po przejściu bramki zjeżdżasz na peron. Pomimo, że wybudowane w 1977 roku, taszkienckie metro pozostaje jednak ciągle inwestycją przyszłościową. Gdy następnego dnia usłyszeliśmy, żeby wziąć samochód, bo samochodem będzie szybciej niż metrem, trudno było w to uwierzyć, ale faktycznie, w Taszkiencie nie ma korków.

Umówiliśmy się z miejscowymi w jakiejś knajpie blisko metra, żeby było łatwo trafić. Lokal wyglądał jak uzbecka odmiana McDonalda, więc jak wszyscy się zeszli to postanowiliśmy się przenieść. Aybek zaproponował inne miejsce, złapał taksówkę i kazał Nodirowi za sobą jechać. Pojechaliśmy z Nodirem, ale taksiarz tak się spieszył, że na któryś światłach zniknął gdzieś na horyzoncie. Aldona miała już miejscowy numer pre-paidowy, więc dzwonimy do taksówki: gdzie jesteście? Aybek próbuje wytłumaczyć Nodirowi jak jechać i trach: na skrzyżowaniu zatrzymuje nas milicjant. Tutaj też nie wolno gadać przez komórkę podczas prowadzenia. Milicjanta udało się przekonać, żeby zamiast mandatu przyjął ułamek kwoty bez mandatu i pojechaliśmy dalej.

Dojechaliśmy do miejsca, w którym zasiedliśmy przy drewnianych stołach, pod drewnianym sufitem, kelnerki chodziły w ludowych strojach, a między stołami przechadzał się grajek, który co trzy piosenki zmieniał przebranie i raz miał długą czarną brodę i turban, raz miał pejsy, a przy innej piosence nakładał bawarski kapelusz. Bardzo to było zabawne. Zamówiliśmy do jedzenia „delikates” czyli szaszłyk z baranich jaj pokrojonych na kawałki, jakieś inne zwyczajne już mięsko i oczywiście miejscowe piwo. Na przystawkę były sałatki i zapoznany już przepyszny uzbecki chleb. Za szybą w sąsiedniej sali była sala taneczna, o której Aybek powiedział coś czego nie mogliśmy zrozumieć. Mianowicie około północy faceci z knajpy mogą iść do niej na tańce, na coś w rodzaju konkursu. Ale kobiety muszą zostać w sąsiedniej sali i mają prawo patrzeć na popisy ich facetów jedynie zza szyby. Niestety w ferworze opowieści i dyskusji na różne inne tematy zapomnieliśmy o konkursie i nie wzięliśmy udziału w tej dziwnej akcji.

Dwa słowa jeszcze o naszych druzjach, którzy stanowili niemal kompletny przekrój uzbeckich fenotypów. Wysoki i szczupły Aybek o lekko skośnych oczach i europejskich rysach wraz ze swoją dziewczyna Katią, która była wybitnie skośnooka, jednak także bardzo daleko jej było do żółtej rasy. Katia zresztą była obiektem westchnień całej naszej czwórki, jej wdzięk i uroda była główna atrakcją naszego pobytu w Taszkiencie ;-) Nodir wydawał się być najbardziej typowym przedstawicielem uzbeckiego wyglądu, aczkolwiek jego drobna sylwetka trochę ten obraz zakłócała. Ciekawe było to, że Nodir dostał się na studia w Tokio i studiuje tam bodajże japonistykę lub inną informatykę. Nie pamiętam. Sevinch z kolei była z wyglądu typową Turczynką z wielkimi ciemnymi oczami. Jak się później zresztą okazało Sevinch jest z pochodzenia Azerką, która spora część życia spędziła w Baku. Cała grupa była tak sympatyczna, tak pomocna i tak opiekuńcza, jak to tylko w opowieściach być może. Nikt z nas nie spodziewał się, że te wszystkie opowieści nie tylko nie będą przesadzone, ale wręcz niezbyt oddają poziom gościnności tych ludzi.

Mieliśmy zamiar siedzieć w knajpie maksymalnie do 22-23, przecież jesteśmy po długim locie, na jet-legu i warto się wyspać, ale niestety, było zbyt miło i z knajpy wyszliśmy po 1 w nocy. Nodir odwiózł nas do hotelu swoim samochodem. Zasnęliśmy bardzo szybko.

<<< poprzedni odcineknastępny odcinek >>>

0 komentarzy:

Prześlij komentarz

 


Igor Czajka - Copyright 2008. Wszystkie Prawa Zastrzezone.

mail do autora - Igor Czajka