aktualizacja w weekendy ;-)

poniedziałek, 9 czerwca 2008

Lądowanie w Taszkiencie

<<< poprzedni odcineknastępny odcinek >>>

Po załatwieniu biletów, wiz i paru innych mniej istotnych rzeczy, w końcu wsiedliśmy do samolotu. Najpierw międzylądowanie w Stambule. Miałem tam farta, bo widoczność była znakomita, a podczas całego podejścia do lądowania miałem widok na cieśninę Bosfor. Na niewielkiej wysokości doskonale było widać azjatyckie wybrzeże, z delikatnie pofalowanymi pagórkami, pięknymi willami i krętymi drogami. Skupiska domów zagęszczały się coraz bardziej by w końcu szybko przejść w zwartą zabudowę. Minęliśmy wspaniały most nad cieśniną, po której płynęły majestatycznie liczne większe i mniejsze statki. Z coraz mniejszej wysokości doskonale było widać zadbane osiedla i ulice, aż w końcu minęliśmy dzielnicę starówki wypełnioną przepięknymi meczetami z Hagią Sofią na czele. Nie byliśmy dotąd w Stambule, ale teraz już wiem, że koniecznie trzeba tam pojechać i nie będzie to wycieczka na kilka dni.

Po 4 godzinach kiblowania w Stambule, dolecieliśmy w miarę szybko do Taszkientu. Drogę nieoczekiwanie skrócił nam sen, który spadł na nas szybko i skutecznie. Lądowanie nastąpiło o godzinie 3:30. Lotnisko w Taszkiencie nie prezentowało się ani okazale ani imponująco. Dojechaliśmy autobusem z samolotu do budynku dworca i ustawiliśmy się grzecznie w kolejce do odprawy paszportowej. Po godzinie za plecami usłyszeliśmy szum – to była grupa pasażerów następnego samolotu. Kolejka oczywiście nie miała żadnego określonego kształtu. Panowie w trzech okienkach powoli sprawdzali paszporty. Ustawiliśmy się tyralierą, bo różne osoby tak umiejętnie się przemieszczały, że z końca kolejki znajdowały się nagle przed nami. Pomimo pilnowania tej azjatyckiej formy porządku nasze dotychczasowe doświadczenie okazało się niewystarczające, bo do okienka dotarliśmy jako jedni z ostatnich. Wyprzedziła nas przy tym zarówno grupa z naszego samolotu jak i grupa z tego następnego. Naprawdę nie wiem jak oni to robią.

Po kontroli paszportowej należało przejść jeszcze kontrolę celną. Do tego potrzebna była wypełniona deklaracja, w której były różne dziwne pytania o przewożoną broń lub „drags & medicines”. Mieliśmy informacje, że w tym policyjnym kraju lepiej zgłaszać wszystko, bo w razie kontroli, jak masz to, co zadeklarowałeś to ok., ale jeśli masz coś, czego nie zadeklarowałeś to mogą być kłopoty. Dotyczy to nie tylko kasy, ale wszelkich innych rzeczy. Uznaliśmy, że nasze scyzoryki nie są rodzajem białej broni, jednak mieliśmy ze sobą sporą ilość leków, więc na wszelki wypadek, zgodnie z wytycznymi zaznaczyliśmy krzyżyk przy pozycji „drags & medicines”. Celnik popukał się w czoło, pokazał co gdzie trzeba wpisać i kazał wypełnić deklarację jeszcze raz w dwu egzemplarzach. Jeden zabiera on, a drugi ostemplowany należy przechować do kontroli przy opuszczaniu terytorium Uzbekistanu. No dobrze, zrobiliśmy wszystko zgodnie ze wskazówkami i wreszcie mogliśmy wyjść z dworca.

Cały proces, od momentu wylądowania do momentu opuszczenia budynku lotniska trwał jedynie trzy i pół godziny! Dobrze, że do Nukusu lecieliśmy następnego dnia, gdybyśmy lecieli od razu, przerwa miedzy samolotami była jedynie trzygodzinna. Nie wiem jak byśmy się wyrobili. ;-)

Przed lotniskiem znowu zgodnie ze standardem dopadła nas wataha taksówkarzy, oferujących dowóz do hotelu za 10$ od osoby. My byliśmy zdecydowani na autobus, tym bardziej, że pora była już normalna. Taksówkarze schodzili coraz niżej z ceną, a my w międzyczasie uświadomiliśmy sobie, że uciekając przed taksówkarzami nie wymieniliśmy pieniędzy. Kilka drobnych dolarów na takie okazje mieliśmy. W końcu cena stanęła na 6$ za cały samochód. Zapakowaliśmy się w czwórkę z plecakami do matiza (tak, to jest możliwe!) i dojechaliśmy szybko do hotelu Gulnara’s B&B (tel: +998 71 144 77 66, e-mail: gulnara@globalnet.uz). Później dowiedzieliśmy się, że taki przejazd kosztuje 2000 somów, czyli ok. 1,5$

<<< poprzedni odcineknastępny odcinek >>>

0 komentarzy:

Prześlij komentarz

 


Igor Czajka - Copyright 2008. Wszystkie Prawa Zastrzezone.

mail do autora - Igor Czajka