aktualizacja w weekendy ;-)

poniedziałek, 30 czerwca 2008

Kapitalizm po polsku

Jeżdżąc po Europie mam coraz większe wrażenie, że kompleksy Polaków dotyczące ich niezorganizowania i niezaradności są mocno przesadzone. Hiszpanie, czy Francuzi, nie mówiąc już o Włochach są o wiele bogatsi, dysponują bardziej zaawansowanymi technologiami, jednak jeśli ominąć te aspekty to pod względem organizacji życia codziennego i funkcjonowania pewnych instytucji są niestety przynajmniej na tym samym poziomie co my. Biorąc pod uwagę fakt, że Zachód miał o 50 lat więcej na dojście do obecnego etapu, to okazuje się, że nie jest z nami tak źle.

Polacy i chyba w ogóle ta nasza słowiańska część Europy wykazuje się jakąś przeraźliwie niedocenianą siłą umiejętności dostosowania do zmieniających się warunków. Przyjezdni od lat na przykład są pod wrażeniem sieci nocnych autobusów w Warszawie, którymi wszędzie w nocy dojedziesz. O tym się wcale nie mówi, a szkoda. Może trudno o tym mówić, bo rzadko mamy dostęp do opinii obcokrajowców i nawet jeśli słyszymy jakąś pochwałę, to składamy ją na karb nieznajomości tematu albo zwykłej uprzejmości i zbywamy wzruszeniem ramion: tak, ale w innych dziedzinach jesteśmy sto lat za Murzynami. Poza tym kto ze znajomych by uwierzył, że Polska nie jest taka zła? Ja tam Polskę lubię tym bardziej im więcej świata zobaczyłem, a podróże nie tylko nie rozbudziły we mnie kompleksu zaściankowatości, ale dały głębokie poczucie, że naprawdę nie mamy się czego wstydzić.

Jednak wcale nie oznacza to, że nie dostrzegam różnych ciemnych stron polskiej mocy. Walczę z nimi wysyłając na przykład maile do ZTM-u z informacjami o kierowcach autobusów, którzy zepchnęli mnie-rowerzystę autobusem na chodnik (tak, tak, to naprawdę się zdarza! Ale coraz rzadziej – strzeżcie się chamscy kierowcy autobusów!!!) Warto chyba zauważać takie przeszkadzajki i nazywać rzeczy po imieniu, żeby po prostu zmieniać tą naszą niedoskonałą rzeczywistość. Opiszę taki fragment kapitalizmu po polsku, który wyprowadził mnie w niedzielę z równowagi.

Zostałem mianowicie wysadzony na placu Wilsona w Warszawie i musiałem dostać się do Centrum. Najprościej metrem. Niestety, a może na szczęście, zorientowałem się, że moja karta miejska straciła ważność. Wchodzę więc do kiosku przy stacji metra:
- Mogę odnowić kartę miejską?
- Niestety nie.
- A gdzieś w okolicy może jest taka możliwość?
- Po drugiej stronie stacji jest jeszcze kiosk, może tam, ale nie wiem czy na pewno.

Nie dziwiło Was nigdy, dlaczego w większości kiosków nie można odnowić karty miejskiej? Czy to jest takie skomplikowane, drogie i nieopłacalne? Czy miasto nie mogłoby wymóc na kioskarzach prowadzenia sprzedaży tej usługi? A przynajmniej w kioskach już nawet nie blisko przystanków, ale na terenie stacji metra! Czy jakiś kanar zaniecha wypisania mandatu dlatego, że nie miałem gdzie kupić biletu? No ale dobrze, przejdę sobie na drugi koniec peronu. Trudno. Po drodze widzę automat do odnawiania karty miejskiej. Super! Automat przyjmuje tylko gotówkę i wydaje resztę. Nie ma jednak miejsca na kartę bankomatową. Kolejny absurd, ale na szczęście mam przygotowaną gotówkę, bo u kioskarzy rzadko kiedy można płacić kartą. Wkładam kasę do maszyny a ona mnie informuje, że nie wyda mi tym razem 4 zł reszty i że mogę zgłosić się po te 4 zł do punktu przy metrze Świętokrzyska po uprzednim zgłoszeniu reklamacji pod numerem telefonu takim a takim.

O niedoczekanie!!! Nie mam czasu włóczyć się po urzędach i nie mam ochoty darować im tych 4 zł. Tak dla zasady! Trochę wpieniony poszedłem do kiosku i poprosiłem o rozmienienie 50 zł. Oczywiście było to niemożliwe. Poszedłem więc do pobliskiej MiniEuropy, Drogi sklep, dużo kas, duży obrót, na pewno mi rozmienią. Oczywiście w żadnej kasie nie mieli drobnych. Wkurzyłem się na poważnie i w takim razie zażądałem paczkę zapałek.
- Ale nie wydam Panu, bo nie mam jak.
- W takim razie proszę zawołać kierownika, skoro odmawia mi Pani sprzedaży dostępnego w sklepie towaru.
- Dobrze, w takim razie proszę, oto zapałki i reszta.

Nagle drobne się znalazły, kartę miejską w automacie doładowałem i wróciłem do domu. Gdy wszedłem do mieszkania usłyszałem wielki chóralny wrzask przewalający się nad drzewami (mieszkam przy parku). Włączyłem telewizor i nie myliłem się – Hiszpanie strzelili pierwszego zwycięskiego gola...

2 komentarze:

  1. E no coś Ty! Kartę miejską ładujesz w głowicy północnej w kasie ZTM na poziomie -1, no chyba że jest niedziela. Wtedy gorzej...

    OdpowiedzUsuń
  2. Dobrze, że nie zrobili punktu doładowań na tyłach Huty, np. w miejscu gdzie trzeba było kiedyś pojechać by reklamować mandat (gdy np. bilet miesięczny został w domu) ;-)))))

    OdpowiedzUsuń

 


Igor Czajka - Copyright 2008. Wszystkie Prawa Zastrzezone.

mail do autora - Igor Czajka