aktualizacja w weekendy ;-)

poniedziałek, 2 czerwca 2008

Azjatyckie bilety lotnicze

<<< poprzedni odcineknastępny odcinek >>>

Zanim załatwiliśmy sobie wizy i polecieliśmy do Taszkientu musieliśmy sobie jeszcze załatwić lotnicze bilety. Niby nic specjalnego, normalna procedura. A jednak.

Pierwotnie plan był następujący: lecimy do Taszkientu, z Taszkientu od razu do Urgenczu. Następnie po przejechaniu całej trasy wracamy samolotem z Biszkeku albo z Almaty. Kiedyś ktoś nam zasugerował takie rozwiązanie – przelot do Urgenczu i tego się trzymaliśmy. Tym bardziej, że jak sprawdziłem przelot ten kosztuje ok. 150 zł, a to jest ponad 1000 km, więc gigantyczna oszczędność czasu, a za podróż lądem zapłacilibyśmy podobnie. Jeśli chodzi o powrót to uzależnialiśmy to po pierwsze od istniejących połączeń, a po drugie od tego jak nam się uda rozplanować plan podróży. Z jednej strony fajnie byłoby zahaczyć o Almaty w Kazachstanie, z drugiej strony mieliśmy tylko 3 tygodnie.

Okazało się, że Aeroflot w ogóle nie lata do Almaty. Na szczęście w zaprzyjaźnionym biurze podróży, gdzie zawsze kupuję bilety i gdzie zawsze wynajdują mi najtańsze bilety (porównywarki internetowe wymiękają) – znaleźli mi połączenie przez Stambuł liniami tureckimi. Koszt to 2150 zł. Terminy także były korzystniejsze, więc dylemat się rozwiązał – wracamy z Kazachstanu. Pozostał przelot z Taszkientu do Urgenczu.

I tu zaczęła się szopka. Na jesieni ubiegłego roku, gdy zacząłem interesować się promocjami i rezerwacjami połączenie to było niedostępne w okresie wiosennym 2008. OK., czekamy. Na wiosnę długo nie publikowali rozkładu lotów, a gdy w końcu się pokazał na interesujący mnie termin nie było miejsc. W porządku, może coś się zwolni. Zapisali mnie na listy oczekujących w różnych terminach pobocznych i czekałem. Wyliczyliśmy ile mniej więcej będziemy potrzebować czasu i przyjęliśmy do wiadomości, że być może trzeba będzie jechać w kierunku morza Aralskiego lądem, a wracać do Taszkientu samolotem. W pewnym momencie, po piątym czy szóstym przełożeniu rezerwacji padła radosna informacja: są miejsca do Urgenczu!

Dobra, biorę w ciemno! Niestety. Komputerowy system rezerwacji doznał jakiegoś wstrząsu z tej radości i mój bilet istniał tylko na wydruku w moim ręku. Kilka dni później dowiedziałem się, że moje bilety nie istnieją, a miejsc w samolocie nie ma. Nie będę opisywał mojej frustracji, bo chyba łatwo ją sobie wyobrazić. Przy okazji dowiedziałem się fantastycznych historii o sprzedawaniu większej liczby biletów niż liczba miejsc w samolocie i problemach w sytuacji, gdy jednak wszyscy pasażerowie zechcą się zaczekować na dany lot. Rozgoryczonemu pasażerowi pani w okienku na lotnisku zawsze może zamknąć usta tekstem, że pośrednik źle wystawił bilet. No dobrze, termin wyjazdu zbliżał się wielkimi krokami, a w oczy zaglądała wizja podróży lądem w obie strony, co oznaczało ni mniej ni więcej, jak to, że zamiast oglądać Kirgizje będziemy pędzić na samolot do Almaty. Ale nie poddałem się. Dużo wcześniej Aldona wyczaiła, że obok Urgenczu jest jeszcze jedna miejscowość z zaznaczonym lotniskiem: Nukus. Tam też rezerwowałem miejsca i opłaciło się: udało się zdobyć bilety do Nukusu na lot dzień później. Oznaczało to kiblowanie w Taszkiencie na jet-legu półtorej doby, ale trudno.

Pierwotnie mieliśmy zamiar wylądować w Urgenczu i od razu przejechać do oddalonej o 25 km Chiwy. Samolot ze Stambułu lądował w Taszkiencie o 4 rano a o 7 rano był od razu samolot do Urgenczu. Moglibyśmy się powoli aklimatyzować w bajkowej scenerii niebieskich kopułek Teraz plany się pozmieniały i musieliśmy przeczekać w Taszkiencie półtorej doby, by wylądować w Nukusie o 9 wieczorem. Układ nie najlepszy, ale jak się okazało, te półtorej doby w zupełności wystarczyło na dwumilionowy Taszkient, Nukus był bliżej jeziora Aralskiego o 250 km i w efekcie nieoczekiwanie zaoszczędziliśmy jedną dobę. Także kolejny raz przekonałem się, że po pierwsze nie należy chwalić dnia przed zachodem słońca i po drugie należy przyjmować z pokorą różne przeciwności losu, bo nigdy nie wiesz kiedy niefart okaże się zrządzeniem opatrzności. ;-)

<<< poprzedni odcineknastępny odcinek >>>

3 komentarze:

  1. czesc
    za chwile ruszam w opisane rejony - jedno pytanko: nie bylo problemu z dotarciem do Toprak-Kala (domyslam sie, ze jechaliscie marszrutka lub tp z Chiwy???)
    Mozesz napisac wiecej o Waszym wypadzie nad Morze Aralskie (nie jechaliscie przez Moynak (patrze na mape) - ja wiem tylko o rosjaninie pilajewie, ktory wozi chetnych nad obecny brzeg. Moze masz inne informacje?

    Pozdrawiam
    Asia
    asik02@wp.pl

    OdpowiedzUsuń
  2. Asiu, wszystko opisze w swoim czasie na blogu ;-)))) Jutro postaram się wysłać Ci na priv namiary na samochód nad Aral. Musze tylko odnaleźć parę rzeczy. Jechalismy tam przez Kungrad, ale wracalismy po dnie jeziora przez Moynak.

    OdpowiedzUsuń
  3. dzieki i pozdrawiam

    fongopolis.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń

 


Igor Czajka - Copyright 2008. Wszystkie Prawa Zastrzezone.

mail do autora - Igor Czajka