aktualizacja w weekendy ;-)

poniedziałek, 10 marca 2008

Dzień 20, Powrót

18 sierpnia 2007, sobota

Nasz wyjazd w końcu dobiegł końca. Trzy tygodnie czerwonych świątyń i złotych buddysiów. Przed wyjazdem Radek Pyffel uśmiechnął się z przekąsem na nasz plan podróży stwierdzając – "no tak, taki cesarski model, nie wiem czy się nie znudzicie, ale jak chcecie" - teraz wiem co miał na myśli. Jednak mimo wszystko kawał świata, czuć potęgę tego kraju, potęgę kultury, która pomimo przemierzenia kilku tysięcy kilometrów jest wszędzie taka sama. Chińczyk z południa może się nie porozumieć z Chińczykiem z północy, ale jeśli zapiszą to, co mówią chińskimi znakami, to pomimo różnic w wymowie przeczytają ten sam sens. Co więcej, pismo koreańskie i japońskie ma wiele wspólnych lub podobnych znaków oznaczających podobne rzeczy. Dla Chińczyków ostatnie 200-300 lat to wypadek przy pracy, wyjątek potwierdzający regułę, że Chiny to Państwo Środka, że Chiny to centrum świata. Chińczycy są przekonani, że już niedługo zajmą z powrotem należne im miejsce. Patrząc na ich zapał do pracy i widoczne efekty ostatnich lat pracy – nie wydaje się to być takie niemożliwe. Nie chcę jednak wchodzić w futurystyczne dywagacje, chcę jedynie zakończyć moja opowieść.

Wczesnym rankiem taksówka dojechaliśmy na dworzec kolejki maglev. Przejazd przez miasto przy bezchmurnym niebie pogłębił tylko poczucie rodzimego cywilizacyjnego zacofania. Od hotelu przejechaliśmy ładnych kilkadziesiąt kilometrów szeroką autostradą przez środek miasta, postawioną niemal w całości na betonowych palach kilka metrów nad ziemią. Mijaliśmy osiedle za osiedlem kilkunastopiętrowych mieszkalnych wieżowców, a na horyzoncie majaczyły szklane biurowce Pudongu. Magnetyczny pociąg na lotnisko pokonuje odległość 30 km w 8 minut z prędkością 430 km/h. Został wybudowany jako linia eksperymentalna, by sprawdzić parametry przed planowanym uruchomieniem podobnego pociągu na trasie Szanghaj-Pekin. Więcej komentarza chyba nie trzeba.

Na lotnisku w Moskwie tylko 12 godzin czekania, a w sklepach najtańsza kanapka plus pół litra coca-coli kosztowało 14$. W Warszawie okazało się, że bagaż połowy pasażerów nie przyleciał. Jednym słowem twarde lądowanie w Europie ;-) Ale nic to. Wróciliśmy cali i zdrowi. Nie było przyprawiającego o zawrót głowy dreszczu egzotyki, jak w położonych na zupełnie innej planecie Indiach. Nie wiem jak reszta, ale ja wróciłem porażony potęgą tego kraju widoczną na każdym kroku. Oczywiście przy całej świadomości sytuacji politycznej i gospodarczej warto zwrócić uwagę na jeden fakt. Statystyki w jakiś sposób opisują tempo wzrostu gospodarczego i takie tam różne abstrakcyjne rzeczy. Ja powiem tylko, że moja kuzynka, która była w Chinach ładnych kilka lat temu (ale nie kilkanaście), widziała na ulicach szarych ludzi poruszających się prawie wyłącznie na rowerach. Teraz ludzie są kolorowi, uśmiechnięci i jeśli nie jeżdżą własnymi samochodami to wsiadają do taksówki. Jeśli mówią o swoim kraju to słychać w ich głosie dumę, a nie strach.

Nie jest moim celem idealizowanie obrazu współczesnych Chin, ale wydaje mi się, że warto w tym państwie zacząć dostrzegać coś więcej niż szary komunistyczny reżim i źródło taniej siły roboczej.

K O N I E C


p.s. W następnych dwóch postach zamieszczę parę słów na temat wiele wyjaśniającej książki o Chinach oraz spis treści całej relacji ;-)

0 komentarzy:

Prześlij komentarz

 


Igor Czajka - Copyright 2008. Wszystkie Prawa Zastrzezone.

mail do autora - Igor Czajka