aktualizacja w weekendy ;-)

środa, 26 marca 2008

Chinofoby i chinofile - a nie można normalnie?

Tekst będący kontynuacją poprzedniego postu: Tybetańskie lustro.

Ludzie chociaż w minimalnym stopniu interesujący się Chinami dzielą się na dwie kategorie. Pierwsi, zafascynowani tym krajem, potęgą jego kultury, bądź potęgą statystyk, bagatelizują znaczenie mrocznych aspektów jego istnienia. Drudzy, nafaszerowani negatywną propagandą, nie chcą słyszeć o żadnych faktach, mogących mieć jakikolwiek pozytywny wydźwięk. Jedni i drudzy okopują się na swoich pozycjach szukając kolejnych argumentów dla poparcia swojej tezy. Im bardziej się okopują, tym gorzej z przyjmowaniem argumentów drugiej strony: nie można przecież być niekonsekwentnym. A przyznanie się przed samym sobą do niekonsekwencji przychodzi najtrudniej. Nie jestem pewien, czy diagnoza finwe.isilra, napisana w komentarzu, o zaspokojeniu potrzeby bycia dobrym poprzez hałasowanie na temat Tybetu jest wyczerpująca. Wydaje mi się, że nie jest to jedyna ukryta motywacja. I finwe.isilra rozwija swoją myśl na blogu. Ja do zestawu motywacyjnego dołożyłbym jeszcze, po pierwsze, większą atrakcyjność protestowania od tworzenia konstruktywnych propozycji. Po drugie, potrzebę bycia konsekwentnym wobec wypowiedzianych przez siebie słów. Po trzecie, czasem konformizm wobec grupy, a innym razem bunt wobec autorytetów. Dodam tylko jeszcze refleksję, że większość buntowników nawołujących np. do bojkotu chińskich wyrobów nie zauważa, że pisząc taki apel, ma na sobie przynajmniej dwie rzeczy (np. koszulkę i skarpetki, czy choćby bieliznę) wyprodukowaną w Chinach i stuka w klawisze „made in china”, oglądając efekt na chińskim monitorze. Ale dosyć z tą amatorską psychoanalizą. Wróćmy do Chin.

Poszukując w necie źródeł informacji, które nie wiadomo jak i skąd krążą w mojej głowie, natknąłem się na kilka ciekawych rzeczy. Miedzy innymi na znamienną wymianę poglądów na portalu psz.pl Najpierw Łukasz Foltyn i Piotr Szumilewicz epatują nas statystykami, liczbami i faktami, które mają nas przekonać, że Chiny są krajem, z którego moglibyśmy się wiele nauczyć w sprawach transformacji gospodarki od systemu peerelowskiego do kapitalistycznego. No fajnie. Na to Waldemar Chamala przytacza jeszcze większą liczbę danych mających udowodnić, że Chiny są krajem nędzy i zacofania, a chińska transformacja ustrojowa i gospodarcza nie odbiega od schematu transformacji krajów wychodzących z głębokiego kryzysu, jakim jest np. okres powojenny. Trudno się nie zgodzić, że Rewolucja Kulturalna poczyniła chyba większe spustoszenie potężnego państwa, niż sama wojna. Na koniec dostajemy emocjonalny i kiepsko przetłumaczony tekst Guya Sormana o Imperium Kłamstw.

Zatrzymam się najpierw na dwu pierwszych tekstach. Ma rację Łukasz, gdy pisze, by zwracać uwagę na liczby. Odpowiednio przedstawione mogą pokazywać tą samą rzecz z różnej strony. Na przykład Chamala podaje informację, że w Chinach tylko w 2004 roku ulokowano łącznie 150 mld $ zagranicznych inwestycji. Dla porównania, w Polsce od początku lat 90 zainwestowano 73 mld $. Co nam daje takie porównanie? Mi - nic. Zróbmy szybki rachunek: 1300 mln ludność Chin, 38 mln ludność Polski. Czyli Chiny są „tylko” 34 razy liczniejsze od Polski. Zatem można przyjąć, że proporcjonalnie do liczby ludności w Polsce, od początku lat 90 zainwestowano 73 x 34 = 2482 mld $. Przyjmując, że od 1990 roku do 2004 roku inwestowano w Chinach tyle samo kasy daje to wynik: 150 x 14 = 2100 mld $ zagranicznych inwestycji. Polska to nie jest taka zła kraj, jak by powiedział Zulu Gula, czyż nie?. Foltyn z kolei podaje informację, że Chiny na badania i rozwój przeznaczają ponad 70 mld $ rocznie, mając ponad 800 tys. naukowców. Stosując powyższe analogie daje to w skali Polski 2 mld $ na badania i 23 tys. naukowców. Hmm… chyba nie jest z nami tak źle? Nie wiem jakie są dane dotyczące Polski, ale wydaje mi się, że dysponujemy nieco wyższymi wartościami.

Do liczb trzeba mieć dystans, jak do całego świata. A może nawet nieco większy. Nie porównujmy się z Chinami, bo jak słusznie zauważa Chamala, nie wybudujemy nigdy u siebie ponad 1000-kilometrowej linii kolejowej na wysokości 5 tys. m npm, ani największej na świecie Zapory Trzech Przełomów. Możemy zastanawiać się jedynie nad zagrożeniami i szansami tego dalekiego kraju oraz zupełnie osobno naszego malutkiego grajdołka. Jasne jest, że w dobie globalnej gospodarki wszystko ze sobą się łączy. Ale raczej teoria chaosu bardziej jest tu przydatna, niż analizy bazujące na analogiach.

Trzeci wspomniany autor serwuje nam solidną porcję tragicznych historii otwierających nam noże w kieszeni. A ja przekornie na to odpowiem, że przy ponadmiliardowym narodzie można odszukać dowolną sytuację będącą świetną ilustracja dowolnej tezy. Przykład zastosowania tej strategii w drugą stronę? Wyobraźmy sobie chiński dziennik podający informację o Polakach przetrzymywanych i zabijanych we włoskich obozach pracy. Głośno było o nich jakiś czas temu. Czy informacja taka byłaby nieprawdziwa? A interpretacja, że zgniłe kapitalistyczne społeczeństwa potrafią doprowadzić do takich wynaturzeń – to już byłaby nadinterpretacja? Oczywiście! A co powiecie o przypadkach handlu żywym towarem? O zmuszaniu do prostytucji? O handlu dziećmi? O przypadkach pedofilii w instytucji mającej strzec moralności? Gdzie szmugluje się narkotyki? Czyż nie do krajów Zachodnich? Ja nie mam zaufania do dziennikarstwa z tezą. Staram się nie budować swoich opinii na podstawie tak serwowanych ocen. W czasie Zimnej Wojny mieliśmy podobną wojnę propagandową. Po obu stronach barykady te same rzeczy miały przeciwne znaczenie. A prawda? Prawda jest w zdrowym rozsądku.

Sorman twierdzi, że odwiedza Chiny od 1967 roku i to daje mu mandat do uogólniania sytuacji oraz przedstawiania reprezentatywnych przykładów na podstawie historii, jak sam pisze, kilku wyjątkowych Chińczyków. Widocznie artykuł w Newsweeku napisany został przez zindoktrynowaną Chinkę. Widocznie mandżurska genetyczna spotkana w Pingyao była ubeckim agentem. Radek Pyffel, który zjechał przez kilka lat spędzonych na stypendiach prawie całe Chiny, nigdy mi nie opowiadał o ukrywaniu się pod brezentem przyczepy traktora. Ale to pewnie dlatego, że zakochiwał się w Chinkach i brak mu było dystansu.

Sorman opisuje źródła błędnego rozumienia Chin i panujących stereotypów, jako zapożyczone od jezuitów z XVII wieku. Jezuici byli pierwszymi, którzy na przykład w południowoamerykańskich Indianach dostrzegli ludzi. Sorman wykazuje postawę nie tyle daleką zarówno jednym i drugim zakonnikom, ile bliską bardziej św. Wojciechowi: takie same dzieci boże jak on, niemal od razu pozbawiły go życia. Postawa może i szlachetna oraz idealistyczna, ale czy mająca cokolwiek wspólnego z rzeczywistością? Sorman być może nie czytał Weggela i nie miał okazji dowiedzieć się, że Chińczycy różnią się od nas, choć w nieco inny sposób niż opisywali to XVII-wieczni badacze. Dystans, tylko dystans może nas uratować.

Kończąc wrócę do dylematu większości myślicieli: czy XXI wiek będzie, czy nie będzie należał do Chin? Uważam, że tego typu dyskusje są jałowe. Podobnie jak wszelkie futurystyczne wizje. Stanisław Lem stwierdził kiedyś, że najbardziej prawdopodobne w przyszłości jest to, co czego najmniej się spodziewamy. Kto spodziewał się jeszcze na początku lat 80-tych upadku komunizmu i ZSRR? Kto jeszcze w latach 80-tych wierzył w powstanie wirtualnej rzeczywistości? Cięższe od powietrza maszyny latające (proszę nie podawać przypadku Leonarda)? Przykłady można mnożyć. Jałowe nie są analizy możliwości i zagrożeń – one, oparte na solidnych podstawach, mogą pomóc w rozwiązywaniu na czas pojawiających się kryzysów.

Jakie są szanse Chin?

  1. Otworzenie intelektualnej dyskusji oraz zinstytucjonalizowanie tradycyjnych chińskich kanałów komunikacji i konsultacji między władzą a społeczeństwem. Pisze szeroko o tym Weggel w swojej książce, a rozwija i pokazuje przykłady Mark Leonard w artykule z dodatku Europa.

  2. Dywersyfikacja źródeł energii – w tym względzie jesteśmy w podobnej sytuacji.

  3. Na razie nieograniczone możliwości rozwoju – pokłady biedy są tak dalekie, że naprawdę jeszcze sporo czasu upłynie zanim Chiny doszlusują do społecznej równości Niemiec czy Szwecji ;-) (Aczkolwiek proszę pomyśleć Niemczech sytuacji Turków w takich Niemczech, albo ogólniej o sytuacji nie-Niemców…)
Jakie są problemy i zagrożenia?
  1. niekontrolowany wzrost gospodarczy – wbrew pozorom to jest największe zagrożenie: gdyby uwolnić całkowicie energię Chińczyków, wzrost byłby duuuużo wyższy, nastąpiłoby gwałtowne przegrzanie koniunktury, nastąpiłby krach i cała układanka by się posypała jak domek z kart. Zdają sobie z tego sprawę chińscy decydenci i otwarcie mówią, że jednym z priorytetowych działań jest schładzanie chińskiej gospodarki.

  2. Rosnące rozwarstwienie społeczne – to może rodzić niepokoje, centralne planowanie ma na celu trzymanie w ryzach chińskiej energii ludzkiej. Tworzone są kolejne strefy ekonomiczne i powoli, ale nie raptownie uwalniana swoboda poruszania się.

  3. Zanieczyszczenie środowiska – już teraz są problemy z dostępem do wody, a sytuacja będzie się pogarszać. W Datongu parę lat temu stężenie dwutlenku węgla w powietrzu było na tyle duże, że zabroniono ludziom wychodzić z domów przez kilka dni, bo mogli się udusić. Piasek z pustyni Gobi potrafi dolecieć nawet do Pekinu. Prowadzi się intensywne zalesianie obrzeży pustyni by zapobiec jej ekspansji. Chiny myślą o ochronie środowiska, ale otwarcie przyznają, że w obecnej chwili priorytetem jest wzrost gospodarczy.

  4. Brak polityki społecznej i emerytalnej. Robotnicy nie mają w Chinach żadnego ubezpieczenia. To tykająca bomba. Gdy obecne pracujące pokolenie się zestarzeje, mogą zacząć się kłopoty. Na razie funkcję państwa pełni rodzina, ale przy polityce jednego dziecka rodzina może mieć problem z utrzymaniem emerytów. Być może dlatego też ochrona środowiska jest na dalszym planie: w zatrutym powietrzu ludzie krócej żyją i krócej są na emeryturze. W przypadku Chin to nie jest nieprawdopodobna teza ;-)

  5. Uzależnienie surowcowo energetyczne – sposobem na łatanie jest chociażby budowa rury z Kazachstanu
Szans i problemów jest na pewno więcej. Nie czuję się na siłach, by je szczegółowo rozpisywać. Chciałem tylko zasygnalizować, że mogą być one zlokalizowane w zupełnie innych miejscach niż się to wydaje. Ich rozwiązanie też może być zupełnie inne od tego, co byśmy chcieli. Jedno jest pewne: nie można przykładać Zachodniej miary do kultury chińskiej. Pomimo tego, że technologicznie to ta sama cywilizacja, mentalnościowo i kulturowo to inna planeta. W dodatku planeta, która zawsze była samodzielna i niepodległa. Pomimo okresów uzależnienia nie była nigdy (jak borykające się, bądź co bądź, z podobnymi problemami Indie) niczyją kolonią. Wypracowała jeszcze przed narodzeniem Chrystusa zasady organizacji społecznej i światopogląd, którego łatwo nie wykorzenią jakiekolwiek obce idee. A świat Zachodu jest dla Chin czymś obcym. I mam niejasne wrażenie, że dyfuzja idei z Zachodu do Chin będzie równie skuteczna jak dyfuzja idei buddyjskich i hinduskich z Indii na Zachód.

Dalsze rozwinięcie tematu w następnym poście: Chiny - kilka bardzo luznych refleksji.

8 komentarzy:

  1. Jak zwykle generalizowanie nie służy. Czytasz właśnie słowa chinofila, zafascynowanego kulturą i historią, ale świadomego i ubolewającego z powodu mrocznych stron. Trzeba rozgraniczyć Chińczyków jako naród od rządów, pod jakimi przyszło im żyć. To, że rządy są złe, nie oznacza, że miliard z hakiem Chińczyków jest złych. To, że ich kultura potrafi być fascynująca nie oznacza, że należy bezkrytycznie zachwycać się wszystkim co chińskie - na przykład rządami i polityką.

    OdpowiedzUsuń
  2. O to to to! Miedzy innymi dokładnie o to mi chodzi! Dystans i rezerwa umożliwiaja dochodzenie do prawdy, a tylko w prawdzie mozliwy jest dialog. Zaraz zaraz, ktoś to juz chyba wcześniej powiedział?... ;-)

    OdpowiedzUsuń
  3. Jestem pod wrażeniem obu wpisów dotyczących Chin i Tybetu.

    Myślę, że naszym (jakkolwiek byśmy się nie nazywali: blogerzy, dziennikarze, dostawcy informacji) zadaniem jest właśnie informowanie ludzi o mechanizmach kryjących się pod przykrywką zdarzeń. Odkrywanie, rzetelne przedstawianie tych mechanizmów, a nie uleganie ogólnoświatowym "jękom rozpaczy".

    Przedstawiajmy (tak, jak Ty to robisz) rzetelnie obecną sytuację i powody, które do niej doprowadziły, a ludzie (czytelnicy) sami wyciągną wnioski - co robić i jak robić, aby było efektywnie!

    OdpowiedzUsuń
  4. @czajnik: świetny tekst, zaprawdę. Bardzo trafnie napisałeś na początku o tym, że ludzie dzielą się na dwie skrajności, jeśli chodzi o Chiny właśnie: ślepo zapatrzonych miłośników i równie zaślepionych wrogów. Może te słowa są za mocne, ale nie zmienia to stanu rzeczy - rzadko można dojrzeć wyważone głosy jak Twoje. Jednak muszę powiedzieć, że te dwa obozy to jednak nie wszystko - są też jednostki, które próbują wyważać swój osąd o pewnych rzeczach, nawet o Chinach. Nie jestem wrogiem Chin (że tak powiem z automatu, bo tak jest "fajnie") ani nie jestem fanem (bo ciągnie mnie po prostu w inne regiony, powiedziałbym polarne). Ale nie kryję, że nawet we mnie czasem przeważa jednak obawa - czysto materialna, niestety, z tego względu, iż firma, w której pracuję, jest częścią wielkiego koncernu, budującego obecnie olbrzymie zakłady w Chinach... I nikt nie mówi o tym głośno, ale wiadomo po co - parę miejsc w Europie pewnie zostanie zamkniętych. Trudno mi oceniać Chiny jako kraj tłukący Tybetańczyków czy też kraj wspaniałej kultury - tak naprawdę jak zwykle sprowadza się to do osobistych odczuć, związanych z tym, co Chiny MOGĄ dla mnie znaczyć.

    OdpowiedzUsuń
  5. Oczywiscie, że świat nie jest czarno-biały ;-)))) Dzieki za komentarze! Pzdr - Igor

    OdpowiedzUsuń
  6. Straszenie zachodu Chinami ma pewne znaczenie mobilizujące. świetnie robią to Thomas Friedman w "płaskim świecie" i Naisbitt w "Mindset". I mają rację, bo trzeba potrząsnąć tym bogatych i nieco rozleniwionym zachodem. Konkurencja ze wschodu rośnie i jeżeli chcemy zachować naszą uprzywilejowaną pozycję to najwyższy czas zacząć działać.

    Chin nie należy się bać. Trzeba natomiast przyglądać się im uważnie i wyciągać wnioski.

    OdpowiedzUsuń
  7. Witam,
    lekka polemika na mom blogu..w sumie nie wiem jaki jest zwyczaj, czy podać linka tutaj, czy może powinienem wkleić tu moją odpowiedź, ale jako, że ty skomentowałeś pod moim wpisem, więc odpowiadam gdzie skomentowałes..omg..przydałaby się jakaś blogotykieta
    http://cyberscyzor.net/2008/03/17/youtube-cnn-google-news-ocenzurowane-game-is-over-free-tibet/#comment-2700

    OdpowiedzUsuń
  8. jestem przerazony zalosnym poziomem tych textów i komentarzy. zupelnie jakby to pisaly dzieci w dodatku konformistycznie powiazane jakaś srodowiskowa zmowa kazaca im kadzic jeden drugiemu. Dlaczego niestac was na głosne krzyczenie ze dalaj jest na uslugach CIA od 1960 roku! i bedzie agentem USA az do smierci! Nie potraficie dotrzec do dokumentów depertamentu stanu niedawno odtajnionych? Czy dla was nikim jest Michael Parenti?? Dlaczego tego syna Hitlera nie nazwiecie po imieniu? Dlaczego tej kanalii antychinskiej pozwalacie w Polsce robic antychinska propagande, ktora szkodzi naszym interesom, a sprzyja tylko imperialistycznym celom USA, ktore chcialyby miec w Tybecie rakiety nuklearne wycelowane w Bejgin? Dlaczego niepotraficie dostrzec podlosci przykrytej pomaranczowym habitem skunksa, ktory opuscil swój naród i oddal sie na służbe USA - zrodniczego imperium nieprzyjaciela ludzkosci i wypelnia wszelkie jego polecenia zgodnie z zasada: ,,dalaj, dalaj - narób świnstwa i .... spierdalaj"

    OdpowiedzUsuń

 


Igor Czajka - Copyright 2008. Wszystkie Prawa Zastrzezone.

mail do autora - Igor Czajka