aktualizacja w weekendy ;-)

piątek, 8 lutego 2008

Szukanie Muzyki

Jakiś czas temu dotarło do mnie, że słuchanie muzyki przestało mi sprawiać frajdę. Było to bardzo dziwne uczucie, ponieważ jak nudził mi się jeden rodzaj to przeskakiwałem do następnego, odkrywając po drodze fascynujące światy dźwięków, które pozornie nie miały ze sobą wiele wspólnego. I tak, od Slayera przepłynąłem sobie jeszcze w podstawówce swobodnie do bluesa, by znaleźć się w latach sześćdziesiątych i odkrywać dla siebie także lata siedemdziesiąte. Wtedy zakochałem się w Black Sabbath, ale np. do Zeppelinów jeszcze nie dorosłem. Kiedyś wracając z jakiegoś koncertu, wdałem się w rozmowę z jakimś gościem, który stwierdził – wiesz, do Zeppelinów trzeba dojrzeć. Jeszcze do nich dojrzejesz i się zakochasz. – pokiwałem głową z pobłażaniem, ale facet miał rację: parę lat później już po objawieniu Nirwany i Pearl Jam odkryłem Zeppelinów także dla siebie.

To był moment przełomowy, ponieważ od tego czasu połknąłem bakcyla muzyki poważnej. I o ile klasycy nigdy mi nie podchodzili, o tyle Beethoven i nieco późniejszy Bruckner otworzyli przede mną labirynt dźwięków, w który wszedłem bez najmniejszego zająknięcia. A później? Później byli już Strawiński, Szostakowicz, Webern i Schönberg, Lutosławski i Penderecki. Ten ostatni rzadko lubiany, ale chyba tylko z powodu swojej popularności. Do mnie jakoś trafiają jego monumentalne konstrukcje. To chyba pozostałość po zamiłowaniu do ciężkiego metalu. Zresztą do dzisiaj zachwycam się płytą Clouds zespołu Tiamat. Na równi z nagraniami utworów Palestriny czy Ockeghema.

Gdy już przesłuchałem niemal całą XX-wieczną awangardę muzyczną, wszystkie eksperymenty Cage’a i innych Stockhausenów, ogarnęło mnie dawno zapomniane uczucie nudy. I wtedy usłyszałem w knajpce w Lutowiskach (Bieszczady) przyjemną nieskomplikowana muzykę sącząca się z głośnika. Zapytałem. To były Tołhaje. Tak rozpocząłem przygodę z nieco inaczej rozumianym folkiem. Zachwyciła mnie Kapela Ze Wsi Warszawa. Później wpadłem w objęcia różnych innych muzycznych planet. Z Indii przywiozłem kilkanaście płyt z tamtejszymi wytworami i wpadłem jak śliwka w kompot. Stałem się fanem rytmów hinduskich i arabskich.

I co z tego, jak przy każdym nowym kawałku mam coraz bardziej wrażenie, że już to gdzieś, kiedyś, słyszałem? Żyjemy w świecie, gdzie po raz pierwszy w historii możemy obcować z wytworami kultury w sposób nieograniczony zarówno terytorialnie jak i czasowo. Średniowiecze? Proszę bardzo: płyta taka. Mozambik? Proszę bardzo: płyta śmaka. W efekcie coraz mniejsze pole do odkrywania, coraz bardziej wymieszana kultura, coraz nudniejsza papka płynie z głośników. Może postawa inżyniera Mamonia jest jedyną, która pozwoli przetrwać w świecie, w którym poszukiwanie oryginalności skazane jest z góry na porażkę? A ja? Ja coraz bardziej zbliżam się do momentu, gdy jedynym ciekawym utworem będzie 4:33 Johna Cage’a na milczący fortepian i publiczność. Żeby go posłuchać w zasadzie nawet nie musze wychodzić na balkon… ;-)

1 komentarz:

  1. ..do Zeppelinów trzeba dojrzeć, albo się z nimi urodzić..
    pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń

 


Igor Czajka - Copyright 2008. Wszystkie Prawa Zastrzezone.

mail do autora - Igor Czajka