aktualizacja w weekendy ;-)

poniedziałek, 3 marca 2008

Dzień 19, Tongli

17 sierpnia 2007, piątek

Na wycieczkę do Tongli właściwie zdecydowaliśmy się w ostatniej chwili i znienacka. Poprzedniego dnia, Dorota z Bartkiem postanowili w pewnym momencie olać ogrody Suzhou i pojechać właśnie do Tongli, jako do chińskiej Wenecji pozbawionej turystów. Miejsce zachwyciło ich tak bardzo, że przysłali nam pełnego zachwytów sms-a z informacją, że zostają tam na noc oraz prośbą sprawdzenia porannych pociągów z Suzhou do Szanghaju. Zgodnie doszliśmy do wniosku, że w takim razie poświęcimy oglądanie Szanghaju na rzecz cichego i spokojnego Tongli, by choć na koniec nieco się wyciszyć.

Nauczeni doświadczeniem z poprzedniego dnia, wsiedliśmy raniutko do pociągu i już o 9 rano ponownie wylądowaliśmy na rozkopanym i zatłoczonym placu przed dworcem kolejowym w Suzhou. Nie mogliśmy odszukać żadnych znaków informacyjnych, więc pozostał wypróbowany sposób pt. "koniec języka za przewodnika". Po wytypowaniu dobrze ubranej, zadbanej młodej Chinki, następował atak: "do you speak english?" Za trzecim razem się udało i mogliśmy przystąpić do pytań skąd odchodzi autobus do Tongli? Pytanie okazało się dosyć trudne, Chinka zastanawiała się jakiś jak nam wytłumaczyć drogę, po czym stwierdziła, żebyśmy poszli za nią, ona nam pokaże, bo to za trudno opowiedzieć. Rzeczywiście, droga do dworca autobusowego nie była może zbyt długa, jednak i tak zajęła nam z 10 minut po różnych dziwnych chodnikach, kładkach, mostkach i przejściach między parkanami.

Gdy doszliśmy do dworca, sympatyczna Chinka nie poczuła się zwolniona z obowiązku pomocy obcokrajowcom. Dopytała się w kasie wszystkich szczegółów, następnie wytłumaczyła nam, że to jest miasto z opłatą za wstęp, że do biletu wstępu wliczony jest przejazd autobusem, że bilet ten uprawnia do wejścia do większości głównych atrakcji, w związku z czym na pewno się opłaca go kupić. OK, kupiliśmy bilety, pozostała kwestia znalezienia autobusu. Tu też przyszła nam na ratunek nasza przewodniczka. Pokazała na bilecie, które znaczki oznaczają nazwę naszej miejscowości i kazała uważać na żółty autobus, który miał przyjechać za około 10 minut. Gdy upewniła się że wszystko rozumiemy, przeprosiła nas, że musi już nas zostawić. Bardzo serdecznie jej podziękowaliśmy za pomoc zapewniając, że tak, na pewno już damy sobie radę. Była to kolejna osoba w Chinach, która zupełnie bezinteresownie, postanowiła na poważnie podjąć się roli naszego niespodziewanego przewodnika.

Samo miasteczko faktycznie senne, nastawione na turystów, ale bez tłumów. Rikszarze nie nachalni, knajpki prawie puste, na straganach spokój. Uliczki na przemian z kanałami tworzą kamienny labirynt z niewielka ilością zieleni. Czując niedosyt ogrodów rozpoczęliśmy zwiedzanie od zamienionego na muzeum domu bogatego kupca, gdzie pokoje mieszkalne przenikają się z altanami, stawami i roślinami w sposób niemal niezauważalny, tworząc senną, klimatyczną oazę, w której zapomina się o wszelkich troskach. Z niektórych pawilonów dochodziła muzyka. A to chłopak grający na sanxian w duecie ze śpiewająca dziewczyną, grającą jednocześnie na pipie, w innym pawilonie kobieta brzdąkająca na zheng, w jeszcze innym facet grający na flecie o dźwięcznej nazwie dizi. Ten ostatni niestety się speszył jak mnie zobaczył, przestał grać, ale wrócił do swojego zajęcia parę minut po tym jak znowu został sam. Trudno wyczuć, czy byli to zatrudnieni tam czasoumilacze, czy też klimat sprzyjał do takiej formy hobbystycznej aktywności.

Na jednym z kanałów siedziała sobie na łódce kobieta prezentująca, popularny ponoć do dzisiaj w południowych Chinach, sposób połowu ryb za pomocą kormoranów. Uwiązane za nogę na cienkim sznurku ptaki, maja założone na szyje metalowe obręcze, nie pozwalające im połknąć upolowanej ryby. Na sygnał rybaka wytresowane ptaki łapią ryby, rybak wyciąga wtedy za pomocą sznurka kormorana do łódki i wyciąga z jego dzioba rybę. Nie wiem, czy kobieta z Tongli była tam na stałe, czy też posadzili ją do celów aktualnie kręconej reklamy. Widzieliśmy ją w sumie ze trzy razy w tym samym miejscu, ale w pewnym momencie mogliśmy zaobserwować rybaczkę przy pracy, filmowaną przez ekipę telewizyjną, pośród snujących się na wodzie sztucznych mgieł.

Nie mogliśmy sobie darować również wycieczki chińska gondolą po kanałach, obejrzenia kilku domów zamienionych na muzea, przepłynięcia na wysepkę, na której podobno kręci się mnóstwo filmów i tym podobnych atrakcji. Do poruszania się braliśmy rowerowe riksze, zaciskając zęby – z jednej strony czuliśmy się jak wyzyskujące kapitalistyczne świnie, z drugiej strony była świadomość, że jest to wreszcie okazja dla delikwenta, aby zarobił parę groszy (ups... juanów). Na koniec posnuliśmy się po sklepikach i kupiliśmy chińskie bambusowe stożkowate kapelusze. W jednym z otwartych na ulicę kramów z instrumentami muzycznymi sprzedawca pokazał mi jak się obsługuje zheng: brzmienie szarpanej długimi paznokciami struny jest modulowane poprzez jej naciskanie po drugiej stronie mostka.

Do Szanghaju wróciliśmy o zmierzchu i postanowiliśmy zobaczyć kolonialną dzielnicę francuską. Metrem dostaliśmy się na drugi koniec głównej ulicy i spotkało nas kolejne rozczarowanie tym miastem. Dopiero po dotarciu do centrum czuć było kilkunastomilionową metropolię. Z nie tak dawnych przecież chińskich szarych mundurków i rowerowych tłumów nie zostało nawet śladu. No może poza bardzo rzadkimi muzealnymi lumpami w rewolucyjnych mundurach i w czapkach z czerwona gwiazda na czole. Dzisiaj Szanghaj to wielopoziomowe skrzyżowania, kolorowo oświetlone budynki i tłumy zajętych taksówek. Pięknie podświetlone wieżowce, olbrzymie przestrzenie handlowe na poziomie zero, poprzetykane sympatycznymi knajpkami i scenami, na których występowały różnej proweniencji zespoły: od punk-rocka, przez jazz, aż po piosenkę francuską. Kolorowo ubrani ludzie, drogie samochody, światła i blichtr. Żeby tak jeszcze można było przysiąść na chwilę na jakimś murku czy ławeczce. Lepiej tego jednak nie robić. Niestety. Z reguły są oplute...

Z przewodnika TravelChinaGuide
Chińska informacja o Tongli po angielsku
Z Chińskiej strony o Suzhou, także po angielsku

2 komentarze:

  1. Połów "na kormorana" mnie zachwycił, świetny pomysł:)

    OdpowiedzUsuń
  2. Wybacz, Igorze zamieszanie, już poprawiłem linki, rzuć proszę okiem.
    Jakoś w tym zamieszaniu modernizacyjnym wszystko mi się poplątało...

    OdpowiedzUsuń

 


Igor Czajka - Copyright 2008. Wszystkie Prawa Zastrzezone.

mail do autora - Igor Czajka