aktualizacja w weekendy ;-)

poniedziałek, 25 lutego 2008

Dzień 18, Suzhou

16 sierpnia 2007, czwartek

Drukowany przewodnik poleca, by do zwiedzania Suzhou, czyli słynnego miasta ogrodów, leżącego kilkadziesiąt kilometrów od Szanghaju, wynająć rower. Z takim też postanowieniem wyszliśmy z hotelu. Bilet kolejowy udało się kupić dopiero na godzinę 11. Trudno, zaczekamy, zjemy śniadanie. Okazało się, że na tej trasie w zasadzie większość pociągów to szybka kolej do Nankinu, która jeździ z podróżną prędkością 250 km/h. Wygodne lotnicze fotele, czyste zadbane wagony, kosmiczny wygląd całego pociągu przypominającego francuskie TGV, wyświetlacz aktualnej prędkości wraz z komunikatami o bieżącej stacji... zacząłem się zastanawiać czy nas nie przeniosło do Japonii? Czy nadal jesteśmy w Chinach? Do oddalonego o ok. 90 km Suzhou dotarliśmy w niecałe 30 min.

Nerwica zwiedzania dała o sobie znać zaraz po wyjściu z dworca. Prowadzeni przez zdezaktualizowaną mapę (tempo budowania, przebudowywania i remontowania jest kolosalne nie tylko w olimpijskim Pekinie, ale niemal w całych Chinach), dotarliśmy w końcu do jednej z głównych ulic. Wyjęliśmy z bankomatu pieniądze i wypożyczyliśmy rowery. Przemieszczanie się na rowerze, w tłumie Chińczyków, pokonywanie skrzyżowań, na których światła kierowały ruchem z jakąś wschodnią logiką, nieustanne próby wyczuwania intencji innych uczestników ruchu... Ech, to było niezłe doświadczenie. Co ciekawe, rower jest na tyle uznanym środkiem lokomocji, że nie tylko ma oddzielone krawężnikiem od części samochodowej pasy ruchu (bo trudno to nazwać ścieżka rowerową), ale także nie można nawet wejść z rowerem na zamknięte dla ruchu kołowego deptaki. Policjanci (czy milicjanci?) nie pozwolą nikomu z rowerem wejść, wskazując specjalny parking, na którym parkingowy za drobna opłatą (2Y) pilnuje poprzypinanych do stojaków dziesiątek rowerów.

No dobrze. Co warto zobaczyć w Suzhou? Oczywiście: ogrody. Przecież to najsłynniejsze miasto ogrodów! Ogrody chińskie w pełnej swej różnorodności. I co? I zobaczyliśmy dwa! Okazało się bowiem, że ogrody otwarte są do godziny 16. W ogóle wszystko, co jest warte zobaczenia otwarte jest do godziny 16. Także jeśli chcesz w ciągu jednego dnia obejrzeć chociaż kilka ogrodów – koniecznie musisz przyjechać tutaj wczesnym rankiem. Nie pamiętam o której godzinie otwierają, ale zanim się wyjdzie z dworca, wypożyczy rower i dojedzie na miejsce – warto być na stacji w Suzhou o 8 rano. O chińskich ogrodach i ich historii ładnie napisała Lanyun. Oprócz tego można zajrzeć do linków zamieszczonych pod postem.

Nieświadomi niczego (ogrody u nas zamyka się przecież o zmroku) weszliśmy najpierw do Pagody Północnej Świątyni (Beisi Ta). Przewodnik prawi, że jest to najwyższa pagoda na południe od Jangcy, powstała w III w. n.e., odbudowana po zniszczeniach w 1582 roku. Jak wszystko w Chinach nie wygląda na swoje lata, a pozwala ze swojego szczytu popatrzeć na stare chińskie miasto, w którym obok tysiącletnich ogrodów jest las mieszkalnych i biurowych wieżowców. Następnie wizyta w muzeum jedwabiu, gdzie można po angielsku poczytać o historii jedwabnictwa oraz pooglądać narzędzia i żywe jedwabniki w różnych stadiach rozwoju. Jeśli ktoś się nie brzydzi – polecam.

Krótki przejazd przez kilka przecznic i po raz pierwszy zostawiamy rowery. Ogród Pokornego Administratora (Zhuozheng Yuan) jest najrozleglejszym ogrodem Suzhou. Trochę zestresowani czasem i zostawionymi rowerami nie potrafiliśmy w nim odsapnąć, ale i tak można było poczuć spokój płynący z wijących się alejek i świetnie utrzymanych pawilonów. Porośnięte lotosami jeziorka, bambusowe gaje, drewniane pawilony – relaks i harmonia. Na końcu jeszcze rzut oka na sporą kolekcję wiekowych bonsai. Ogród założył w XVI w. cesarski urzędnik, który po rezygnacji ze stanowiska zajął się zarządzaniem pracami ogrodniczymi. Piękny przykład sytuacji, gdy uprawianie własnego ogródka dało dużo lepsze efekty również dla potomnych, niż tzw. służba krajowi ;-)

Następnie wsiedliśmy na rowery i popedałowaliśmy do Ogrodu Szczęścia. Po drodze zahaczyliśmy jeszcze o Xuanmiao Guan, czyli taoistyczną Świątynię Tajemniczości. Do tej świątyni musieliśmy także dojść na piechotę szeroką handlowa ulicą tylko dla pieszych. Sama świątynia nie różniła się zbytnio od innych poza tym, że jeden z posągów miał wychodzące z oczu małe dłonie. Nigdzie czegoś podobnego nie widziałem i nie mam pojęcia, jakie znaczenie może mieć ta postać? Ogród Yi Yuan należy do najmniejszych w Suzhou, jednak wijące się pośród skał wąskie alejki oraz przejścia, w których ledwo mieści się jeden człowiek, są tak skonstruowane, by sprawić wrażenie, że ogród nie ma końca. Rzeczywiście jest to jakiś mikrokosmos, w którym można się bardzo przyjemnie zagubić.

Ogród Mistrza Sieci (Wangshi Yuan) był naszym następnym celem. Nie mogliśmy go znaleźć, kilkakrotnie pytaliśmy przechodniów jak do niego trafić i kilkakrotnie przejeżdżaliśmy uliczkę prowadzącą do wejścia. Już myślałem, że Mistrz Sieci grzebie coś w Matrixie, bawiąc się z nami w chowanego, ale w końcu udało się! Dotarliśmy do bramy, jednak tu czekała nas gorycz porażki: ogród właśnie zamykano. Na nic się zdały prośby, że tylko na chwilę, tylko rzucić okiem, że jesteśmy tu tylko dzisiaj itd. itp. Zostaliśmy zaproszeni na koncert świateł o godzinie 21, a teraz przepraszamy, ale jest już nieczynne. Nie będę opisywał naszej frustracji i złości na samych siebie, na zbyt późna porę przyjazdu do Suzhou, na godziny pracy muzeów w tym mieście i w ogóle na cały świat. Wróciliśmy na dworzec, po drodze oddając rowery, na dworcu coś zjedliśmy i poczekaliśmy jedyne trzy godziny na najbliższy pociąg do Szanghaju, na który udało się dostać bilety.

Suzhou na innych stronach:
CT Poland
Kraków - Azja
Globtroter
Kurde Czajna
Chińskie Radio
Wikipedia

3 komentarze:

  1. Bardzo zajmujący blog, dotarłem do niego przez Analytics, dziękuję za link do mnie:)

    Szczególnie zazdroszczę Ci widoku bonsai - sam mam w domu dwa drzewka, ale właśnie te wiekowe, tamtejsze, to prawdziwa rozkosz. Chyba bym się nie powstrzymał i próbował z którymś zniknąć za pazuchą:). Generalnie ogrody to piękna sprawa, zazdroszczę im pieczołowitości i pielęgnacji takich cudownych miejsc - można by tam przesiadywać bez końca, tak blisko natury:)

    OdpowiedzUsuń
  2. Najbardziej porażająca jest świadomość, że te ogrody maja po kilkaset lat! Z tą bliskością natury to bym nie przesadzał ;-) To wszystko jest zbyt dopieszczone i uformowane, to jest sztuka w swoim źródłowym znaczeniu: sztucznie stworzone przez człowieka. Bonsai jest chyba tego kwintesencją: kilkaset lat przycinania i naginania... Nie, to nie natura. To Kultura w pełnej krasie ;-)

    OdpowiedzUsuń
  3. W sumie masz rację, nie patrzyłem na to w ten sposób. Ale niezależnie, czy jest to sztuczny twór, są to jednak "żywe" rośliny i chyba jest różnica, czy przebywa się w takim ogrodzie czy też w galerii sztucznych drzewek.

    OdpowiedzUsuń

 


Igor Czajka - Copyright 2008. Wszystkie Prawa Zastrzezone.

mail do autora - Igor Czajka