aktualizacja w weekendy ;-)

poniedziałek, 18 lutego 2008

Dzień 17, Szanghaj

15 sierpnia 2007, środa

Przy wyjściu z dworca jak zwykle zaczepiło nas kilku hotelowych łapaczy. Wzięliśmy wizytówki i postanowiliśmy najpierw sprawdzić upatrzony w przewodniku hotel niedaleko Bundu. Żaden taksówkarz nie chciał nas zabrać, wszyscy udawali zajętych, albo po zobaczeniu adresu nie chcieli tam jechać. Musieliśmy odejść spory kawałek od dworca by wreszcie złapać taksówkę. Niestety, zabytkowy hotel okazał się być po remoncie i ceny podskoczyły na tyle, że musieliśmy szukać dalej. Przy tych poszukiwaniach spotkaliśmy jakąś parę z Polski, ale po tym jak dziewczyna zareagowała na brak zrozumienia u portiera słowami "kurwa, no przecież pokazuję ci te twoje znaczki ty popierdolony żółtku, czego ty kurwa nie kumasz?" - postanowiliśmy jak najszybciej zakończyć tą znajomość, zanim się nawet rozpoczęła. W końcu zmusiliśmy jakiegoś taksówkarza, żeby zawiózł nas do hotelu wskazanego na wizytówce. Taksiarz bardzo protestował, twierdził że tam nas nie przyjmą, ale byliśmy twardzi. W hotelu rzeczywiście nas nie chcieli przyjąć, twierdząc że jest to miejsce jedynie dla Chińczyków, że dla obcokrajowców jest za niski standard i że przepisy im nie pozwalają. My tymczasem powoływaliśmy się na negocjacje z naganiaczem, z którym nawet ustaliliśmy cenę. Skończyło się w końcu tak, że zaprowadzono nas do hotelu na sąsiedniej ulicy, gdzie za wcześniej ustaloną cenę dostaliśmy dwa piękne i czyste pokoje. Uff... Prysznic, drzemka i do miasta.

Niestety dojechaliśmy do Szanghaju na tyle późno, że przez te wszystkie perturbacje z hotelami wylądowaliśmy w centrum na Bundzie dopiero o godzinie 18. W zasadzie była to nasza jedyna okazja zobaczyć miasto w resztkach zachodzącego słońca. Tak bowiem wyszło, że Szanghaj widzieliśmy w zasadzie tylko w nocy. Teraz spacerując po Bundzie łykaliśmy widoki w wielkim pośpiechu. A te były... rozczarowujące. Sama Perła Orientu czyli wieża telewizyjna będąca wizytówka miasta utrzymana jest w stylistyce plastikowej zabawki z lat osiemdziesiątych. Przydałaby się jej naprawdę porządna modernizacja. Pozostałe wieżowce także nie odbiegają od tego przaśnego stylu kojarzącego mi się z nastroszonymi fryzurami zespołu Europe. Naszym ideałem został jednak budynek ze świecącym na czerwonym tle olbrzymim napisem Aurora. Sam Bund broni się kolonialną architekturą, ale na końcu Dalekiego Wschodu oczekiwania są, pomimo pełnej świadomości kontekstu, jednak nieco inne.

Deptak nad Bundem zadeptany jest maksymalnie. Po prostu tłok. Turyści, spacerowicze, sprzedawcy; tłum przy barierkach nad wodą, zatłoczone ławki, co chwila ktoś chce ci sprzedać zegarek, wrotki, hulajnogę, migające piłki itp. Niby klimat jak w każdym turystycznym miejscu, ale tutaj podniesione to do potęgi nie wiem już której. Ponieważ mieliśmy i tak kupić komuś dla jaj podróbkę Rolexa postanowiliśmy sprawdzić wytrzymałość sprzedawcy. Gdy wykazaliśmy zainteresowanie pytając o cenę, był to sygnał dla handlarza, że tym klientom już raczej odpuścić nie wolno. Przeszedł razem z nami chyba z pół kilometra, stracił z pół godziny i na koniec zadowolony raczej nie był. Od ceny 300Y (ok. 100 zł) zszedł do 20Y (ok. 8 zł). W ten sposób staliśmy się posiadaczami "oryginalnego" Rolexa za jedyne 8 zł. Nie wiem, ile kosztuje wyprodukowanie zegarka. Ale chyba niewiele.

Gdy nadszedł zmierzch, który jeszcze nie był nocą, ale już nie był dniem, poszliśmy na kawę, odpocząć i poczekać na neony. Kawiarnia, z widokiem na Pudong, serwowała jedynie kawę i lody, które smakowały wyśmienicie pomimo bajońskiej ceny. Przez te kilkadziesiąt minut byliśmy jedynymi klientami. Po odpoczynku poszliśmy oglądać miasto nocą. Pozytywne wrażenie to że miasto tętni życiem. Nie tylko na głównej ulicy ale w ogóle. Mnóstwo ludzi, z których część się gdzieś spieszy, część spaceruje, część zbija bąki. Co chwila zaczepia sprzedawca dziwnych owoców, czasem nawinie się żebrak, ale rzadko, bo policja od razu ich usuwa. Wieczorem, już po godzinie 22, trudno nam było złapać taksówkę do hotelu. Nie dlatego że jest ich mało. Większość była zajęta, a wolne natychmiast były wyłapywane przez grupy chętnych. Musieliśmy odejść sporo od centrum, by w końcu złapać transport do hotelu.

2 komentarze:

  1. aaach, Szanghaj. Nigdy tam nie byłam, ale ostatnio wciąż śni mi się po nocach. Zazdroszczę wspaniałych podróży, pozdrawiam i dziękuję za link do niezłegokina :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie dziwię się zakończenia znajomości z Polakami, niemniej dziewczynie też się nie dziwie, wielokrotnie miałem podobne przeżycia, kiedy tubylcowi pokazywałem w ichniejszym języku jakąs nazwę, albo plan miasta, którym poza obracaniem dookoła jakieś sprzeczne wskazówki udzielali. Po prostu można się po jakimś czasie wkurwić.
    No bo jak ktoś by mi pokazał plan warszawy (nawet jeśli z warszawy bym nie był) to dałbym radę wytłumaczyć w którą strone iść, ewentulanie poprosiłbym o pomoc jakiegoś tubylca. Albo ktoś ma na kartce po polsku napisane sukiennice czy kościół Mariacki bądź Wawel.

    OdpowiedzUsuń

 


Igor Czajka - Copyright 2008. Wszystkie Prawa Zastrzezone.

mail do autora - Igor Czajka