aktualizacja w weekendy ;-)

poniedziałek, 11 lutego 2008

Dzień 16, Longmen i podróż do Szanghaju

14 sierpnia 2007, wtorek

Dokładnie cały dzień spędziliśmy w grotach Longmen. Potworny upał i duchota sprawiły, że wypiłem dwa chińskie redbule, co okazało się błędem, bo zacząłem się trząść jak galareta i zrobiłem się nerwowy. Z grot wrażenie zrobił na mnie jedynie centralny zestaw największych posągów kompleksu, czyli Grota Modłów za Przodków. Reszta ciekawa może dla archeologów i pasjonatów kamiennych zdekompletowanych rzeźb, dlatego oprócz grot zająłem się fotografowaniem chińskich turystek. Po przejściu na drugą stronę rzeki zwiedziliśmy willę w której ukrywał się kiedyś jakiś chiński oficer o nazwisku Jiang Jieshi. Była też mowa o Rewolucji Kulturalnej i jej fatalnych skutkach. Gdy w końcu doszliśmy, że Jiang Jieshi to w istocie Czang Kaj-szek, trochę się zdziwiliśmy. Chyba jednak daleko nam do zrozumienia chińskiej historii i sytuacji.

Piękny park, w którym na spokojnie wypiliśmy zimne piwo, był przesympatyczną odmianą od przyprawiającego o ból głowy turystycznego pędu. Chińscy turyści robili sobie z nami zdjęcia, a czas zwalniał tempo do normalnej prędkości. Wieczorem mieliśmy wsiąść do pociągu do Szanghaju, ale teraz nie miało to najmniejszego znaczenia.

Jednak wszystko co dobre, szybko się kończy i ostatecznie znaleźliśmy się w tym pociągu, w którym mieliśmy spędzić 16 godzin podróży w normalnej siedzącej pozycji. Na szczęście udało się dostać miejscówki, ale o spaniu mogliśmy zapomnieć. To była jedna z najdłuższych podróży w moim życiu. Choć nie powiem, również jedna z ciekawszych. Nie jestem jednak chyba w stanie opisać jej ze szczegółami. Zabieram się do tego od dłuższego już czasu i chyba skapituluję. Dość powiedzieć, że mieliśmy do czynienia ze wszystkimi stereotypami na temat zachowań Chińczyków. Bardzo miłe dwie starsze panie, które za pomocą jedynie komunikacji niewerbalnej starały się za wszelka cenę być uprzejme i pomóc nam w przetrwaniu długiej drogi. Myślę, że gdyby nie one mógłby w którymś momencie nastąpić jakiś wybuch.

Z drugiej strony bowiem mieliśmy do czynienia z małżeństwem dziadków podróżujących z dwojgiem nadpobudliwych wnucząt. Dzieci te nieustannie łuskały ziarna słonecznika, otwierały kolejna paczkę orzeszków, albo obgryzały marynowane kurze nóżki. Łupiny, opakowania, obgryzione kości lądowały oczywiście na podłodze. Jedzenie wystarczało na zajęcie uwagi przez krótki czas, wiec dziadek chodził po pociągu raz z wnuczką, raz z wnuczkiem. A pociąg nie był luźny, lecz wręcz przeciwnie. Korytarz między trzema rzędami foteli z jednej strony i dwoma rzędami z drugiej strony wypełniony był ludźmi oraz walizkami i torbami, które nie mieściły się na półkach pod sufitem. Dwa z naszych czterech plecaków leżały na podłodze pod fotelami. Podziwiałem sprawność dziadka, który z anielską cierpliwością przeciskał się z dzieckiem na ręku do kibla i z powrotem.

Co jakiś czas w tym tłoku pojawiał się także sprzedawca kolejnych porcji kurzych nóżek, orzeszków i słonecznika. Co kilka godzin w wagonie następowało spore zamieszanie, bo nadchodził Czyściciel, który wielką miotłą wygarniał spomiędzy nóg i spod stolików sterty śmieci. Bowiem nasi dziadkowie i ich pociechy nie byli jedynymi, którzy zrzucali wszystko na podłogę. Tak to już widocznie jest przyjęte i byliśmy chyba jedynymi osobami, które się temu dziwiły. Gdy Czyściciel doszedł do nas, przesuwał miotłą całkiem pokaźną górę. Wyobraź sobie tych wszystkich ludzi z tymi wielkimi torbami robiących miejsce dla tego wędrującego wysypiska. To jednak nie koniec. Uwieńczeniem całej nocy był spektakularny sik na podłogę. Chłopczyk nie wytrzymał, albo za późno dał znać że chce mu się siku i zaczął sikać na podłogę, w leżącą pod stolikiem stertę śmieci. Nas zamurowało, dziadkowie pomogli tylko chłopcu kucnąć, wąska strużka moczu powędrowała pod siedzenia wprost do naszych plecaków.

Nie będę opisywał co się później działo. Najdelikatniej rzecz ujmując nie byliśmy zadowoleni, a najmniej Dorota, której plecak najbardziej ucierpiał. Nie poprawiło nam humoru ani wschodzące słońce, ani widok Jangcy, która miała szerokość chyba z 3 km, a pod kolejowym mostem przepływały statki wyglądające na dalekomorskie. Jangcy była spowita mgłą brązową jak nasze samopoczucie. Jednak im bliżej Szanghaju tym mgła się rozrzedzała i w końcu ta zbyt długa podróż dobiegła kresu.

0 komentarzy:

Prześlij komentarz

 


Igor Czajka - Copyright 2008. Wszystkie Prawa Zastrzezone.

mail do autora - Igor Czajka