aktualizacja w weekendy ;-)

poniedziałek, 21 stycznia 2008

Dzień 15, Klasztor Shaolin

13 sierpnia 2007, poniedziałek

Ponieważ nasze przewodniki zapomniały o okolicach Luoyang, w tym także o klasztorze Shaolin, postanowiliśmy dać się skusić na wycieczkę do Shaolin oferowaną przez hotelowych łapaczy. Cena była przystępna, więc czemu nie. Rano wsiedliśmy do autobusu i po około dwu godzinach jazdy dotarliśmy do jakiejś świątyni, która miała z Shaolin nic wspólnego. To był już ten czas, że ostatnią rzeczą o jakiej marzyliśmy to ogladać jakieś nieznane chińskie świątynie. Poszliśmy sobie z Gośką na pole kukurydzy które rosło dookoła. Obejrzeliśmy jamę w lessie, kiedyś służącą może za piwniczkę a może za mieszkanie i pojechaliśmy dalej. Chińska przewodniczka nawijała coś po chińsku i tak po godzinie dojechaliśmy do kolejnego fascynującego miejsca. Tym razem jednak okazała się to być jedna ze starszych szkół konfucjańskich. Na jej dziedzińcu rośnie olbrzymi cyprys. Napisu na tabliczce nie zrozumiałem, ile w końcu on mam lat? 2100 czy 4500?:

„General Cypress: General was appointeel by Emperor Wudi in the West Han Dynasty in 110 BC. The cypress is twenty meters high, thirteen meters in the trunk 4500 years age had been Proved by the scholars it still looks alive and exuberant although it's old.”

Następnie pojechaliśmy do kolejnej świątynki, gdzie mieliśmy pół godziny na obiad. Po obiedzie jeszcze 40-minutowa jazda i o 13:30 byliśmy na miejscu, w Shaolin. Z Luoyang wyjechaliśmy o 8 rano! Co najmniej 3 godziny w plecy. No ale nic. Ruszyliśmy za tłumem. Według słów przewodniczki najpierw pójdziemy na pokaz sztuk walki. No w takim miejscu nie można sobie darować. Dzielni akrobaci oprócz baletu w stylu gong-fu pokazali oczywiście kilka sztuczek. Po długiej koncentracji zawodnika następowało rozbijanie metalowych sztabek o głowę albo przebicie szyby cienkim gwoździem tak by pękł balon po drugiej stronie szyby (szyba po wszystkim była cała choć z małym otworkiem w środku). Wrażenie zrobił jednak na mnie koleś, który zgiął dwie drewniane lance, metalowymi ostrzami oparte o jego gołą szyję.

Po wyjściu z pokazu dotarliśmy wreszcie do właściwego klasztoru. Ładnie położony na łagodnym zboczu, każdy kolejny pawilon jest nieco wyżej. W jednym z ostatnich można zobaczyć wgłębienia w kamiennej podłodze, wytupane przez ćwiczących mnichów. Staje przed oczami scena z filmu „Klasztor Shaolin” z 1973 roku (tego bez Bruce'a Lee). Całość może nieco większa od standardu, ale jednak niezbyt daleko od niego odbiegająca. Następnie ostatni obowiązkowy punkt programu czyli Las Stup. Według rozkładu wycieczki zostało nam na niego 20 min. Dogadaliśmy się jakoś z przewodniczką, że odjeżdżają stąd także autobusy do Luoyang i że wrócimy już samodzielnie. Już na spokojnie pokręciliśmy się miedzy stupami. Klimat trudny do opisania. Teren niewielki, po oddaleniu się od tłocznego centrum można łatwo znaleźć zaciszne miejsce. Ja miałem poczucie z jednej strony zaciekawienia wreszcie czymś odmiennym połączonym z czymś w rodzaju odczuwania obecności spokojnych duchów, które z łagodnym uśmiechem w kącikach ust pobłażliwie na nas spoglądają. Z drugiej jednak strony miałem poczucie bycia intruzem w miejscu, którego nie rozumiem i którego znaczenia nie potrafię docenić.

Podobno ze szczytu pobliskiej góry, na która można wjechać wyciągiem jest piękny widok na okolicę. Może wjechaliśmy na nieodpowiednią górę, a może spodziewałem się zbyt wiele. Widok był ładny, ale nie powalający. Pokręciliśmy się trochę i poszliśmy w kierunku przystanku. Po drodze przejechaliśmy obok wielkich placów, na których ćwiczyli współcześni adepci sztuk walki. Ech, gdybyśmy nie stracili tyle czasu rano! Teraz pozostało nam tylko cyknięcie kilku fotek i w nogi. Tak po japońsku.

Gdy czekaliśmy już na autobus, do przystanku oprócz innych osób podszedł, a raczej przykuśtykał wesoły staruszek. Uśmiechając się do nas coś zaczął pokazywać, żebym dał mu swoją rękę. Chce się przywitać? Podałem mu prawą rękę, ale on machnął swoją ze zniecierpliwieniem i wziął w swoje dłonie moją lewą. Rzucił okiem i z uśmiechem wyciągnął w górę kciuk, a wszyscy dookoła zaczęli się cieszyć. Ja też poczułem się lepiej, ale staruszek przystąpił do dalszych badań. Pomiędlił trochę moja dłoń, lekko się skrzywił i kazał mi przykucnąć. Następnie położył swoje dłonie na mojej głowie i delikatnie ją uciskał. Niestety, przyjechał autobus, więc wstałem i pokazując na otwarte drzwi zacząłem się tłumaczyć, że muszę jechać. Staruszek ścisnął mnie silnym chwytem za rękę i kategorycznie domagał się dokończenia operacji. Miałem spory kłopot z wyswobodzeniem ręki. W końcu się udało i pojechaliśmy. Do dziś się zastanawiam, czy w jakiś poważny sposób nie naruszyłem wtedy bioenergetycznej równowagi mojego ciała... ;-)

0 komentarzy:

Prześlij komentarz

 


Igor Czajka - Copyright 2008. Wszystkie Prawa Zastrzezone.

mail do autora - Igor Czajka