aktualizacja w weekendy ;-)

środa, 9 stycznia 2008

Dzień 14, Luoyang

12 sierpnia 2007, niedziela

Po odespaniu całonocnej podróży do Luoyang pierwsze kroki skierowaliśmy do autobusu jadącego do Świątyni Białego Konia. Według legendy świątynia powstała w wyniku snu Cesarza, który wówczas miał w Luoyang swoją stolicę. Pewnej nocy przyśnił mu się sen o złotym bóstwie przelatującym nad pałacem. Sen musiał być niezwykle sugestywny, przejęty Cesarz wezwał speców, którzy wyjaśnili mu, że niechybnie musiał to być sam Budda. Cesarz podszedł do sprawy poważnie i wysłał do Indii emisariuszy, by przywieźli jakieś buddyjskie święte teksty. Wrócili po kilku latach na białych koniach z kilkoma sutrami i misjonarzami, dla których wybudowano świątynię. Nazwano ją odpowiednio do środka lokomocji jakim przybyły do Chin pierwsze oficjalne święte teksty religii, która miała się po jakimś czasie na dobre zadomowić w Państwie Środka. Jednak dzisiaj, poza barwną legendą i wagą inicjującego miejsca – jest to typowy chiński kompleks świątynny, nie odróżnia się od całej masy innych świątyń. Ale zobaczyć trzeba ;-)

Gdy wróciliśmy do centrum miasta, było za późno, by wybrać się gdzieś dalej. Mapę mieliśmy jakąś wyjątkowo ogólną i niedokładną, a nasz przewodnik wyglądał tak, jakby w fazie druku wypadł cały rozdział o okolicach Luoyang. Poruszaliśmy się więc trochę po omacku do tego stopnia, że nie nie znaleźliśmy miejscowej starówki. Znaleźliśmy za to wieżę telewizyjną niedaleko rzeki. Śmiesznie wyglądała nowoczesna iglica z olbrzymimi talerzami anten satelitarnych ustawionymi przy podstawie, a obok, dosłownie przylegające do ogrodzenia poletka działkowe z kukurydzą i warzywami. Tuż za poletkami wyrastały bloki, niemalże takie same jak na warszawskim Ursynowie. Doszliśmy do rzeki, usiedliśmy na murku i popadliśmy w jakiś stupor zastanawiając się dlaczego przyjechaliśmy do tak koszmarnego miasta. Postanowiliśmy pójść do jakiegoś kina, żeby zobaczyć jakiś chiński film, ale z tym także okazał się być problem. Gdy weszliśmy do jakiegoś miejsca przypominającego kino usłyszeliśmy pytanie, czy nie chcemy może kupić jakiegoś mieszkania? Wyjaśniliśmy, że szukamy kina, więc skierowano nas do taksówki.

Taksówkarzem okazała się być młoda atrakcyjna Chinka, która zawiozła nas do miejscowego... Carrefoure'a. Gdy zobaczyliśmy znajome logo wpadliśmy w zachwyt: po prawie dwóch tygodniach będziemy mogli zjeść jakiś nabiał! Biały ser z pieczywem! O tak! Wszyscy zgodnie podzieliliśmy się swoimi marzeniami o pieczywie i najróżniejszych serach. Ale najpierw kino. W kinie, choć był to siedmiosalowy multiplex, niestety było tylko jakieś zachodnie love story, na seanse z chińskimi strzelankami nie było już biletów. Niepocieszeni poszliśmy na piwo, a potem na zakupy do supermarketu. Jak powinniśmy się spodziewać tutaj także porażka. W całym sklepie ani grama nawet żadnego sera ani pieczywa. Mnóstwo za to różnego rodzaju pakowanych próżniowo wynalazków typu kurze nóżki, narybek, prażone gąsienice itp. przysmaki. Na dziale mięsnym oprócz kalmarów, kałamarnic i ryb, można dostać węże i żółwie. Jeszcze żywe. Zaskoczeniem, choć w sumie nie aż tak dużym, była wódka wyborowa na półkach z alkoholem.

Wieczorem postanowiłem zrobić przepierkę bielizny i koszulek. W pięknie wyglądającej łazience, z marmurowym blatem, była podwieszana umywalka. Czysto i schludnie, dużo miejsca, aż się prosi o pranie suszące się w ciągu dnia na sznurku. Niestety, podczas prania pierwszej pary majtek umywalka uciekła spod moich rąk, lądując na podłodze w drobnych kawałeczkach. Jakimś cudem nic mi się nie stało, nogi nie pokaleczone, ale nie mamy gdzie umyć nawet zębów. Wizyta w recepcji była trudna. Recepcjonistka po kilku minutach prób zrozumienia o co chodzi wysłała sprzątaczkę do pokoju. Po zrozumieniu co się stało napisała na kartce 120 yuanów do zapłacenia. My na to w krzyk, że nie zapłacimy za felerną umywalkę, bo tak po prawdzie to JA mogłem zostać poszkodowany i cud, że MI się nic nie stało. Było zatrudnienie na tłumaczkę przechodzącej niedaleko studentki, były telefony do kierownika, uratowała nas chyba zbliżająca się olimpiada. Dostaliśmy nowy pokój, a następnego dnia miał się z nami skontaktować boss. Nikt do nas nie przyszedł.

3 komentarze:

  1. Świetny blog. Uwielbiam takie historie no i oczywiście uwielbiam Chiny. Mam nadzieję, że kiedyś może i ja tam pojadę, bo jak na razie to tylko biedny, szary Paryż jest na horyzoncie.

    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  2. Łaaał. Ale fajnie, tez bym tak chciala podróżować, hihi. A do japonii się nie wybieras czasem? xD Bardzo chetnie bym taka relacje przeczytała właśnie z japonii ^^

    elwood.blox.pl

    OdpowiedzUsuń
  3. Niestety. Na razie nie. Następny cel podróży to Azja Środkowa: Uzbekistan, Kirgistan i Kazachstan. ;-)

    OdpowiedzUsuń

 


Igor Czajka - Copyright 2008. Wszystkie Prawa Zastrzezone.

mail do autora - Igor Czajka