aktualizacja w weekendy ;-)

poniedziałek, 7 stycznia 2008

Dzień 13, Pagody i mury Xi'an

11 sierpnia 2007, sobota

Na początek dnia zaliczamy Wielką Pagodę Dzikiej Gęsi. Wspinamy się na jej szczyt, choć kolejna kontrola bagażu zaczyna działać na nerwy. A może to upał? A może to monotonia architektury, kolejna świątynia, koleni buddysie, nic się nie dzieje, nuda, jak w polskim filmie. Ze szczytu widok na miasto, w tym miejscu jakoś mało ciekawe – ot, blokowiska. W jedna stronę widok na wielką fontannę, która akurat daje pokaz tańca. Ogród jak ogród – wychodzimy. Na dole przy milczącej już fontannie młode pary robą sobie ślubne zdjęcia, dzieci taplają się w wodzie, sprzedawcy sprzedają wodę. Kupujemy w promocji mrożoną zieloną herbatę w butelkach i jedziemy do muzeum, które podobno także trzeba zobaczyć. W muzeum oglądamy wszystkie wystawione figury sprzed 1, 2, 3 i 4 tys. lat i robmy niektórym zdjęcia. Wielką zaletą tego muzeum jest klimatyzacja, która nie jest lodowata, jak wszędzie, tylko przyjemnie chłodna. Po wyjściu z muzeum kolejny punkt to Mała Pagoda Dzikiej Gęsi. Ze względu na upał, opustoszały żołądek i wysoka cenę biletu – odpuszczamy sobie. Podobno duża strata, bo Bartek wszedł do środka, a tam zaskakująco ciekawa multimedialna ekspozycja. No trudno.

Po jedzeniu kierujemy się w stronę murów obronnych. Idziemy ulicami, jakich nigdzie nie widziałem. Na środku czteropasmowa jezdnia, po dwa pasy w każdą stronę. Następnie pas zieleni wysadzany drzewami. Dalej z każdej strony trzypasmowa jezdnia i kolejny pas zieleni wysadzany drzewami. Następnie pas dla rowerzystów i motorowerzystów, krawężnik i szeroki chodnik dla pieszych. Ja chcę takie ulice u nas!

Mury miejskie otaczają całe miasto w granicach sprzed 400 lat. Maja 16 km długości, 12 metrów wysokości i 18 metrów szerokości u podstawy. Po szczycie murów jeżdżą kolejki turystyczne, można przejechać się pewnie dookoła. My przeszliśmy do następnej bramy i zeszliśmy do muzeum Beilin, gdzie można podziwiać las kamiennych tablic z inskrypcjami od epoki Han do dynastii Mandżurskiej. Niestety, a może na szczęście nikt z nas nie umie czytać po chińsku więc przeszliśmy się po pięknym ogrodzie i trafilismy do dzielnicy artystów. Dzielnica artystów to niestety kolejne miejsce w stylu warszawskiej starówki albo Kazimierza nad Wisłą, to znaczy po czasach świetności została tylko opinia i turystyczny disneyland.

Wróciliśmy do dzielnicy muzułmańskiej mijając grających w karty, chińskie szachy lub domino, wystawy z żywymi modelkami w sukniach ślubnych i centra handlowe na kilkanaście pięter. Zjedliśmy pożegnalną kolacje w knajpie, gdzie była smoobsługa. Dostaliśmy podgrzewany rondel w dziurze stołu zasilany kuchenka gazową. Braliśmy z lodówek różne dziwne rzeczy nadziane na patyki i smażyliśmy je w tym rondlu. Później usmażony drobiazg moczyło się w jednym z czterech sosów i zjadało. Niektóre z tych rzeczy były całkiem smaczne inne mniej, ale nie mam najmniejszego pojęcia co jedliśmy. Ważne że nikomu nie zaszkodziło.

0 komentarzy:

Prześlij komentarz

 


Igor Czajka - Copyright 2008. Wszystkie Prawa Zastrzezone.

mail do autora - Igor Czajka