aktualizacja w weekendy ;-)

poniedziałek, 29 grudnia 2008

Sigirija

Przygotowania świąteczne oderwały mnie od stukania w klawisze, ale choć chwilę oddechu trzeba złapać. Wracam więc do najbardziej magicznego miejsca na Sri Lance: starożytnej stolicy Sigiriji. Nazwa oznacza Lwią Skałę. Wchodziło się na jej szczyt najpierw przez lwią paszczę wymurowaną z cegieł przyklejonych do skalnej ściany, a następnie po wąskich schodkach na grzbiet lwa dźwigający królewskie budynki. Dzisiaj jest to malutka wioseczka położona u stóp tego samotnie wystającego z rozległej równiny wielkiego kamienia. Płaski na wierzchu, o dosłownie pionowych ścianach stanowił naturalną twierdzę nie do zdobycia. Jednak zadziwiające jest to, że miejsce było wykorzystywane w zasadzie tylko przez jednego władcę z V w n.e., króla Kassapę. Choć są oczywiście i inne teorie, że góra była pustelnią, świątynią, twierdzą, także dużo wcześniej jak i dużo później. Niewątpliwie całość robi wrażenie.





Po przejściu przez rozległy park, w którym przed kilkunastoma wiekami płynęły sztuczne strumyki, a w licznych sadzawkach kąpały się nałożnice króla, docieramy do stóp skały, gdzie najpierw wspinamy się po metalowych schodkach do tajemniczych malunków całkiem ponętnych babeczek. Dziś nikt nie wie, kim one były. Czy to boginie opiekujące się Lwią Skałą? Czy to najpiękniejsze nałożnice króla? A może ideał kobiety do którego powinny dążyć wszystkie poddane wokół Sigiriji? Nie wiemy tego ale pochodzące sprzed 1,5 tysiąca lat rysunki zatrzymują na długo.



Ze szczytu skały rozciąga się na trzy strony świata widok na rozległą dżunglę. Jedynie na południu stosunkowo blisko wyrastają z równicy jakieś niewysokie ostre pagórki. Można sobie wyobrazić króla Kassapę, który w dole stał dumnie na swym słoniu na czele licznego wojska naprzeciwko armii swojego brata. Na odpowiedni znak słoń ruszył do ataku, armia za nim. Niestety, ukryty w trawie dół, kałuża albo inna żmija sprawiła, że słoń zrobił niespodziewany unik. Część armii zinterpretowała to jako znak do przegrupowania, inna jako znak do odwrotu, na polu bitwy powstał chaos zanim nastąpiło jakiekolwiek zwarcie. Chaos wywołał panikę i natarcie załamało się na dobre. Opuszczony król ratował honor w podobny sposób jak Japończycy - poderżnął sobie gardło. Sigirija zakończyła karierę lankijskiej stolicy. Dlaczego jej naturalne walory obronne nie przyciągnęły innych władców? To jest bardzo dobre pytanie...



Znalazłem jeszcze na YouTubie film nakręcony na szczycie Lwiej Skały. Role główna graja jaszczurki, ale ruinki pałacu cesarskiego także trochę widać:



czwartek, 11 grudnia 2008

SDJ nr 12/2008

Kartkując kolejny dwunasty w 2008 roku numer SDJ zastanawiałem się czy znajdę w końcu coś ciekawego dla siebie. I na 58 stronie jest! Artykuł o operacjach graficznych w PHP. O możliwościach tworzenia grafiki GIF w PHP wiedziałem od dawna, ale jakoś do tej pory nie ani nie korzystałem z tego ani nie szukałem dalszych informacji. Z artykułu dowiedziałem się o możliwości całkiem zaawansowanego operowania również na grafice JPG. Nie tylko zmiana rozmiaru, ale także bardziej zaawansowane przekształcenia zdjęć dostępne są z poziomu PHP. Co to oznacza – wiadomo – można sobie np. napisać skrypt, który w locie skoryguje w zadany sposób zdjęcia przesyłane przez użytkownika witryny. Bez strachu o jakość, wielkość i miejsce na serwerze. Wystarczy zainstalowana biblioteka GD, która dołączana jest w zasadzie standardowo do każdej instalacji PHP.

Trochę brakowało mi przykładów na jakieś bardziej skomplikowane przekształcenia niż prosta zmiana rozmiaru, konwersja do skali szarości czy rozmycie. Ale rozumiem, że nie starczyłoby miejsca na opisanie wszystkiego. Zabrakło mi jednak jakiejś choćby prostej listy możliwych przekształceń. Zabrakło mi także bezpośredniego odesłania do konkretnej strony z szerszymi informacjami na ten temat, co skazuje mnie na żmudne przebijanie się przez informacyjny szum Google i php.net

poniedziałek, 8 grudnia 2008

Dambulla

Nie ma co się rozpisywać o Dambulli, skoro już ktoś to zrobił - patrz linki poniżej. Wybudowany w 2001 roku, za pieniądze japońskiego ofiarodawcy, wielki posąg Złotego Buddy robi wrażenie... Wrażenie kiczu pierwszej klasy. Jednak obok tej kiczowatej świątyni znajdują się schodki wykute w skale z... gipsu i bandaży. Wrażenie kiczu się potęguje przyprawiając o mdłości. Na szczęście po wejściu kilkudziesięciu stopni pod górę, złota świątynia zostaje w dole za drzewami i można by skupić się na powolnym marszu w kierunku świętych jaskiń, gdyby nie dziesiątki sprzedawców próbujących wcisnąć koszulki, owoce, sekretne pudełka niewiadmonaco i kilkanaście innych rodzajów przedmiotów, których potrzebowaliśmy i pragnęliśmy równie mocno jak złamaną gałązkę z zeszłorocznego kompostu. Na szczycie czekały jaskinie, do których można było dojść, jak do każdej świątyni, na bosaka.

Niestety nie założyłem skarpetek do sandałów i poparzyłem sobie stopy od gorących kamieni. Na dodatek jeden z miejscowych turystów miał plastikową nogę, która błyszczała się na brązowo spod resztek bandaży. Zastanawialiśmy się, najpierw osobno, później już razem, czy to błyszczące to krew, czy ropa czy coś innego jeszcze gorszego. Wyglądało to tak, jak by stopa była trędowata, odpadała z niej skóra, a facet przybył na pielgrzymkę by modlić się o uzdrowienie. W efekcie zamiast patrzeć na posągi, pilnowaliśmy się by nie stawać tam gdzie przeszedł ten facet. Przyglądałem się także chodnikowi w poszukiwaniu śladów krwi lub ropy z jego nogi. Dopiero pod koniec wizyty doszliśmy do wniosku, że noga jest plastikowa, a gość nie zostawia żadnych śladów.

Same posągi nie robią zbyt wielkiego wrażenia. Staliśmy się chyba zblazowanymi zobojętniałymi turystami, których przestaje cokolwiek obchodzić. Po setkach indyjskich świątyń, po chińskich posągach w grotach Yungang koło Datongu oraz po grotach Longmen, miejscowe rzeźby miały o wiele lepiej zachowane barwy, kolory i zdobienia sufitów. Jednak jeśli chodzi o kształty, poza figurą śpiącego Buddy nie byłem w stanie dostrzec wyjątkowości kilkudziesięciu niemal identycznych siedzących posągów.



Po powrocie na trasę, zajrzeliśmy jeszcze do jednego z licznych tutaj Herbal Garden, czyli ogrodu z najprzeróżniejszymi przyprawami. Oprowadził nas bardzo sympatyczny facet cierpliwie opowiadając o każdej roślinie. Wreszcie zobaczyliśmy jak wygląda młode drzewo cynamonowca, kakao, krzew curry, gałka muszkatołowa, drzewo kauczukowca i wiele wiele innych bardzo ciekawych roślin. Pokaz jest za darmo, ale oczywiście po prezentacji można, ale nie trzeba, kupić coś w miejscowym sklepiku. Ceny nie były wysokie, wiec kupiliśmy to, co i tak planowaliśmy i pojechaliśmy dalej.

Na zdjęciu poniżej owoc gałki muszkatołowej:



Linki do stron o Dambulli:

Kilka słów na portalu Onetu
Fotki na stronie Macieja Swulińskiego
ExploreLanka.com
Dambulla Rock Temple

czwartek, 4 grudnia 2008

Matale

Jadąc z Kandy w kierunku Sigiriji zatrzymaliśmy się na chwilę w Matale. Pięknie rzeźbiona świątynia, wewnątrz nie robiła już takiego dobrego wrażenia. Od zewnątrz wzrok ściągała bogato zdobiona wieża, odwracając uwagę od betonowych dobudówek. Natomiast w środku witają pokryte olejna farbą ściany i podłogi oraz liczne rzeźby. W dodatku miejscami brakuje sufitu, jakby trafiła jakaś bomba... jednym słowem typowa hinduska świątynia. Jakież było moje zdziwienie jak Gośka doczytała się, że jest świątynia buddyjska!



Wewnątrz oczywiście nie wolno kręcić filmów ani robić zdjęć, ale Lankijczycy podobnie jak większość Hindusów, są z przekonania liberałami i towarzyszący obrządkowi grajkowie wdzięcznie pozowali dmuchając w piszczałkę i waląc kościanymi naparstkami w rytualny bębenek:



Filmik nagrany jest aparatem fotograficznym więc proszę o wyrozumiałość ;-)

poniedziałek, 1 grudnia 2008

Kandy

Jak tylko przyjechaliśmy do Kandy, chwyciła i nie chciała mnie puścić piosenka Iggiego Popa z wiadomym refrenem. Co prawda piosenka w żaden sposób nie nawiązuje chyba do Sri Lanki, nie przeszkodziło jej to jednak wejść w głowę na dobre i towarzyszyć oglądaniu miasteczka, o którym przewodnik napisał że po Colombo jest to ostatnie miasto na Sri Lance, przypominające swoim charakterem miasto ;-) Przewodnik w tym względzie się mylił. A może nabrałem już innego podejścia do pojęcia "miasto"?

Kandy położone jest bardzo malowniczo nad centralnie umieszczonym sztucznym jeziorem, będącym jednocześnie zbiornikiem na wodę. Zatłoczone uliczki, mnóstwo ludzi, gdyby nie chodniki wzdłuż ulic czułbym się zupełnie jak w Indiach. Najważniejszym miejscem miasta jest Świątynia Zęba, w której przechowywany jest ząb samego Buddy. Według legendy, gdy palono ciało Buddy, jeden z jego zębów uniósł się w powietrze sygnalizując w ten sposób chęć pozostania na Ziemi. Ząb został przemycony na Sri Lankę we włosach jednej z księżniczek, później wędrował z miejsca na miejsce, na chwile wrócił nawet na kontynent, ale ostatecznie wylądował w Kandy, gdzie trzy razy dziennie, podczas modlitwy, jest pokazywane złote naczynie, rzekomo kryjące ten prawdziwy ząb.



Oprócz świątyni można się przespacerować po pobliskim rezerwacie, czyli oswojonej ale szeleszczącej, cykającej i gwiżdżącej dżungli. Na szczycie wzniesienia, skąd roztacza się rozległy i przepiękny widok na całe miasto, nieoczekiwanie natykasz się na posterunek wojskowy. Kilku żołnierzy obserwuje z góry miasto, popijając herbatę i paląc nie wiem co. Żołnierze są bardzo sympatyczni i przyjacielscy, ale stojący na dużym statywie, przykryty plandeką ciężki karabin maszynowy wycelowany w stronę miasta budzi respekt i buduje dystans...

Innym ciekawym zjawiskiem jest współistnienie buddyjskich zabytków i śladów czasów kolonialnych. Stupy i święte drzewa sąsiadują z kościołem, pałac królewski z kolonialnym hotelem. Mieszanka naprawdę ciekawa: Kandy.



Więcej o Kandy (niestety po angielsku):
KandyCity
Wikipedia

czwartek, 27 listopada 2008

SDJ nr 11/2008

Dostałem w końcu pierwszy numer pisemka SDJ czyli nowe idee i rozwiązania dla profesjonalnych programistów. Profesjonalnym programistą chyba raczej nie jestem, ale internet to przestrzeń mojej pracy od ładnych kilku lat i trochę z programowaniem miałem do czynienia. Czego mogę oczekiwać od pisma z takim podtytułem? Może jestem naiwny, ale oczekuję w miarę klarownych i obiektywnych informacji na temat nowych rozwiązań.

W przypadku SDJ jest inaczej? Być może jestem po prostu niedostatecznie profesjonalnym programistą. A być może SDJ skupia się zbyt mocno na tekstach reklamowych? Dwa przykłady. Pierwszy artykuł o zachęcającym tytule "Plugin – wielokrotne wykorzystanie sprawdzonych narzędzi". Myślę sobie ok, może jakiś nowy sposób porządkowania kodu, który nakieruje mnie na sygnalizowany problem. Okazuje się że nie jest to artykuł o mechanizmie wtyczek, o sposobach na wydzielanie kodu realizującego powtarzalne czynności, ale jest to opis działania pluginów w Symfony. Czym jest Symfony? Czytelnik powinien to wiedzieć przed przeczytaniem artykułu. OK, a jeśli nie wie? Może chociaż jedno zdanie? "Symfony jest framework zoptymalizowany w celu osiągnięcia takich to a takich rezultatów." Za dużo? Być może. Czym różni się ten artykuł od dokumentacji, czy też samego pliku README.TXT? Zastanawiam się.

Innym artykułem, który wzbudził we mnie poczucie rozczarowania jest tekst o systemie LinkLift. Poniekąd bardzo fajny pomysł, sam z niego korzystam. Rzeczywiście dość dobrze i wyczerpująco opisane możliwości i zasady funkcjonowania. Czegoś mi jednak zabrakło. W artykule są same zalety! Wad nie zauważyłem! A przecież system np. nie działa na tym blogu, bo nie współpracuje z serwisem blogger. Pozyskanie reklamodawcy wcale nie jest takie różowe, ja na swoich stronach jeszcze nie zapełniłem miejsca. Stron w systemie wcale nie jest znowu tak dużo. Wyceny dla stron z PageRank=0 są wg mnie mocno naciągane. Z biegiem czasu może się to rozwinie, niemniej jednak na razie jest to w fazie rozruchu.

Jedynym artykułem, który zatrzymał konstruktywnie moją uwagę, był w obecnym numerze tekst o IBM Rational Data Architect. Reszta została przekartkowana. Teraz czekam na następne ;-)

poniedziałek, 24 listopada 2008

Parasole w Colombo

Tuż po wylądowaniu na Sri Lance i dojechaniu do parnego Colombo, po znalezieniu hotelu, w którym klima pozwalała żyć, po wzięciu zimnego prysznica i po wyjściu na roztrąbione miasto do zaklejonego jak plastelina jet-legiem mózgu zaczęły z trudem przebijając się pierwsze wrażenia. Pierwsze zdziwienie, które ze względu na trwającą od 30 lat wojnę domową, wcale nie było zaskakujące, to ilość wojska na ulicach. Posterunek za posterunkiem, z czujnie patrzącymi żołnierzami, trzymającymi palec na spuście karabinu, kryjącymi się za stertami worków z piaskiem. Muszę przyznać że do końca wyjazdu robiło to wrażenie. Z drugiej jednak strony często widziałem także żołnierzy w mniej kluczowych strategicznie miejscach swobodnie rozmawiających ze znajomymi przechodniami. Jedni sobie biegają, inni się śmieją, a żołnierze głaszczą swoje karabiny. Także atmosfera daleka jest od stanu wojennego, jaki mieliśmy w czasie wojny jaruzelskiej.



Druga rzecz to niesamowicie ciemna skóra Lankijczyków. Hinduskie i europejskie rysy twarzy, proste włosy i skóra czarna jak heban. Dość zaskakujące połączenie. Coś jak murzyn-albinos. Natomiast gdy dotarliśmy nad morze, do deptaku dla zakochanych, okazało się, że duży parasol może chronić nie tylko od deszczy, nie tylko od słońca. Może chronić także od wzroku przechodniów zakłócających miłosne tet-a-tet w słonej mgiełce wieczornej bryzy. To był bardzo zabawny widok.


wtorek, 18 listopada 2008

Ulica Profesorska

Wróciłem ze Sri Lanki i żyję, ale praca dorwała mnie i trzyma mocno. Zatem garść refleksji będzie nieco później, a tymczasem kilka zdjęć z jesiennego powiślańskiego spaceru. Cicha ulica Profesorska urzekła klimatem żywcem przeniesionym z Pragi. Zawsze gdy natykam się na takie miejsca, dociera do mnie, że to nasza polska buńczuczność sprawiła, że tak rzadko zachowały się perełki jak na przykład Zamość. Chmary obcych nie mogły sobie pozwolić na zostawienie nienaruszonej tkanki zdobywanych miejsc. Polacy i bez tego są zbyt mocni, by ich tolerować.



Czeska to stolica? Czy polska?



czwartek, 23 października 2008

Podróż poślubna

Chcieliśmy bardzo pojechać w poślubną podróż - inną niż wszystkie. Bez nerwicy zwiedzania, bez gonitwy obrazów, bez porannego wstawania by zobaczyć jak najwięcej w tym krótkim czasie urlopu. Odpocząć, odsapnąć, pocieszyć się sobą, zmęczyć się bezczynnością. Niestety. Obawiam się, że decyzja o celu naszej najbliższej podróży zniweczy te zamierzenia. Choć z drugiej strony, jeśli chcesz coś zrobić - zrób to po prostu ;-)

Kiedyś, gdy umieraliśmy z upału w samym sercu Indii, przy stupach Aśoki w Sanchi, spotkaliśmy grupę pielgrzymów, którą prowadziło dwu mnichów. Po wymianie uprzejmości, zapytali się jak nam się podoba w Indiach? Odpowiedzieliśmy, że bardzo pięknie, tylko strasznie gorąco. Mnich spojrzał się na nas zdziwiony i uśmiechnął się z politowaniem. Dla niego wcale nie było zbyt gorąco. On przyjechał ze Sri Lanki...

Tak, Sri Lanka, dawniej nazywana z europejska Cejlonem, wybrała nas na swoich najbliższych gości. Sms-ową relację na bieżąco będę prowadził na blipowym mini-blogu: igor.blip.pl. Bardziej szczegółowa opowieść będzie pewnie po zakończeniu narracji Środkowo-Azjatyckiej, która została ostatnio trochę zaniedbana z powodu braku czasu, wykorzystywanego na bieżące prace i przygotowania...


Do zobaczenia za 3 tygodnie!

poniedziałek, 20 października 2008

Deszcz, jesienny deszcz - XII Akcja GTWb

Jak już wspominałem w poprzednim poście, tegoroczna jesień nie przestaje mnie zachwycać. Kolorowe liście przez większość czasu oświetlone są jasnym słońcem. Sporadyczny deszcz nie męczy, tylko uzupełnia różnorodność świata. Depresja jesienna jest w tym roku nieobecna, przynajmniej na razie.

Jak by tych cudów było mało, upolować można jeszcze od czasu do czasu na pochmurnym szarym niebie kolorową tęczę. Perliste krople na tle złotych liści, podświetlone od tyłu słońcem. Przyroda jest wybitnie łaskawa i hojna w tym roku jeśli chodzi o wrażenia estetyczne. (Może to po to, by złagodzić stres związany z zawałem rynków finansowych?) Jedno jest pewne: jest co oglądać, choć żadne zdjęcia tego nie oddadzą:






Deszcz

kap
spadają słowa
plusk
w znaczeń kałuże
w piasek doświadczeń
wsiąka
idea

kap
kropla po kropli
plusk
drążony minerał
słowami rzeźbiona
wenus
ideał


środa, 15 października 2008

Zmiana tematu

Ostatnio nastąpiło spodziewane zmęczenie materiału. Muszę sobie zrobić przerwę od tematów azjatyckich i dla odpoczynku zamieszczę parę luźniejszych fotorelacji z najbliższego otoczenia. Zbiegło się bowiem to zmęczenie z nawałem zajęć w pracy i poza pracą, co skutkuje totalnym brakiem czasu nawet na odczytanie maili od znajomych oraz z przepiękną w tym roku polską złotą jesienią, która nie przestaje mnie zachwycać. Zatem na początek trochę kolorów, których próżno szukać w realnym świecie ;-)

Kolory w codziennej drodze do pracy:





I jeszcze odrobina kolorów nad Wisłą:



A w sobotę skorzystaliśmy z bliskiego sąsiedztwa teatru Ateneum i wybraliśmy się na "Kolację dla głupca". Sztuka lekka, śmieszna i przyjemna. Aktorstwo - rewelacyjne!!! Nie lubię Tyńca, ale w roli tytułowego głupca był po prostu boski! Reszta aktorów także na najwyższym poziomie. Czysta przyjemność - polecam każdemu z czystym sumieniem.


poniedziałek, 6 października 2008

Budyń z soczkiem

Na moje imieniny pogoda sprawiła mi słoneczny prezent pozwalający cieszyć się całą krasą polskiej złotej jesieni. Poszliśmy więc z żoną do parku, aby podziwiać wszystkie kolory jesiennej tęczy. Zrobiło się tak błogo i słodko, że brać należy pod uwagę poważne niebezpieczeństwo wystąpienia mdłości, stąd taki a nie inny tytuł noszący znamiona poważnego ostrzeżenia.



Młode Pary robiły sobie plenerowe zdjęcia w Parku Ujazdowskim...



...więc uciekliśmy do Łazienek, gdzie krzyki pawi przeplatały się z krzykiem dzieci.



Jakby krzyków w parku było mało, pojawiła się krzycząca papuga, która na chwile uciszyła rozwrzeszczane dzieci:





Na szczęście można jednak w łazienkach znaleźć także krótką chwilę ciszy i spokoju (tak, wiem, mnie też to wydaje się niemożliwe) i pogadać z polną myszą, która dostrzegła wreszcie ten fakt, że małe dziewczynki i niewiele więksi chłopcy piszczą ze strachu, a nie po to żeby zagrzać się do ataku. Zatem niewiele sobie robiąc z przechodniów zajadała się resztkami jakiegoś jedzenia upuszczonego przez krnąbrnego bachora:





Wszystkie zdjęcia zrobione są telefonem komórkowym, co sprawia że może nie są one najwyższej jakości, ale jednocześnie pozwalają wyobrazić sobie rzeczywistą odległość od nieustraszonej myszy. Czy myszy mogą być wściekłe?...

poniedziałek, 29 września 2008

Chiwa, cz.2

<<< poprzedni odcineknastępny odcinek >>>

Następnym celem po Pahlavon Mahmud Mauzoleum była Islom-Hodża Medresa oraz Minaret. Jeden z najmłodszych zabytków Chiwy, z początku XX w. Medresa, jak medresa, w sumie nic ciekawego poza architekturą nie odbiegającą od młodszych o nawet 800 lat budowli. Ciekawostką była możliwość przebrania się w historyczne szaty, z której to możliwości skwapliwie korzystają miejscowi pozując do balkonowych zdjęć z wielkim mieczem u pasa.

Obok medresy wybudowany jest najwyższy w Chiwie minaret. Jego wnętrze upodobały sobie zakochane pary, które dają upust swoim żądzom, rozbudzonym przez młode hormonalne burze. W efekcie liczni turyści przeciskają się na wąskich schodach nie tylko między sobą nawzajem. Trzeba również dokonywać nie lada akrobacji, by wyminąć splecione w ciemnościach liczne młode ciała. Dobrze, że mieliśmy ze sobą latarki, jednak i tak nie udało się przestudiować twarzy młodych zakochanych Uzbeków. Chłopcy kryli swoje twarze biustach swych wybranek, a wybranki w czarnych czuprynach swych wybranków. Ze szczytu minaretu można za to delektować się pełną panoramą okolic miasta. Niewielka przestrzeń zabudowy, otoczona zielonymi polami bawełny, kończy się całkiem niedaleko żółtym piaskiem pustyni.

Po opuszczeniu minaretu rozdzieliliśmy się i zaczęliśmy osobno szwędać się po mieście. Zahaczyliśmy o meczet piątkowy (Juma Mosque), którego sufit wsparty jest na dwustu kilkunastu drewnianych kolumnach. Kilka z nich to oryginalne egzemplarze z X wieku uratowane z wojennej zawieruchy. Jednak poza mroczną i chłodną atmosferą pośród lasu pięknie rzeźbionych filarów nie ma tu nic więcej. Absurdalnie w tym miejscu wyglądającego, jednego straganu z pamiątkami, nawet nie chcę wspominać. Szybko wróciliśmy na zalane upalnym słońcem suche uliczki, by dotrzeć do pałacu Tosh-Hovli, zwanego również Kamiennym.

Pałac ten powstał w XIX wieku jako bardziej reprezentacyjna alternatywa dla cytadeli Khuna Ark. Allach Kuli Khan nie był cierpliwym władcą. Kazał stracić pierwszego architekta, któremu nie udało się dotrzymać absurdalnego dwuletniego terminu ukończenia prac. Wybudowany ostatecznie w dziewięć lat kompleks ma dziewięć dziedzińców i sto pięćdziesiąt pokoi. Chan nie zrezygnował jednak z tradycji i najznamienitszych gości przyjmował w jurcie ustawionej na specjalnie do tego celu przygotowanym postumencie, na jednym z dziedzińców.

Po południu spotkaliśmy się znowu w knajpce, by co nieco przekąsić. Marcin Aldoną kupili wielkie czapy uzbeckie, spod których prawie nie było nas widać. Czekając na jedzenie zalegliśmy na poduchach jak na arabskich rysunkach i chłonęliśmy atmosferę orientu. W jadłospisie były w zasadzie tylko cztery dania: a) ryżowy płow z baraniną, b) szaszłyk barani, c) lagmon, czyli coś pośredniego miedzy zupą a spaghetti z baraniną i warzywami oraz d) sziorba czyli rosół z baraniny. Płow był na chiwski sposób mało warzywny i mało mięsny. W zasadzie to tłusty ryż z odrobiną marchewki i wspomnieniem po mięsie. Za to piwo było wyśmienite. Po obejrzeniu wszystkiego, co było do obejrzenia, wieczorem czekał nas jeszcze pokaz tradycyjnych uzbeckich tańców.

Na pokaz musieliśmy wejść do środka Alloquli Khan Medresa. Zasiedliśmy niedaleko francuskiej grupy, dostaliśmy piwo i zieloną herbatę – wedle gustu. Po chwili rozpoczął się pokaz. Dwu facetów, trzy kobiety, nastolatek i dziecko. Każdy grający na jakimś instrumencie. W zasadzie jakikolwiek taniec uskuteczniała tylko najmłodsza dwójka, reszta ograniczyła aktywność do odśpiewania kilku piosenek. Kolorowe ubrania wirowały w powietrzu, złote zęby błyszczały promieniach zachodzącego słońca. Mieliśmy mieszane uczucia. Mi podobała się muzyka. Dla Gośki kicz pokazu przekroczył granice akceptacji. Na pewno było dosyć śmiesznie. Jak się później okazało, tańce mogliśmy obejrzeć jeszcze tylko w Samarkandzie. Biorąc jednak pod uwagę fakt, że w Samarkandzie większość stanowią Tadżycy, jest duża szansa, że była to jedyna okazja zobaczenia uzbeckich tańców.

Po zielonej herbacie apetyt wrócił spory i trzeba było odwiedzić jeszcze jedną chiwską knajpę, by skonsumować kolejną porcję lagmona. Najwidoczniej po kilku pustynnych dniach nasze żołądki domagały się odnowienia zapasów energetycznych. Tym bardziej, że następnego dnia czekały na nas zoroastryjskie forty i długa droga do Buchary.

<<< poprzedni odcineknastępny odcinek >>>

czwartek, 25 września 2008

Kadżuraho

Ponieważ i tak prawie nikt tu nie zagląda, pozwolę sobie na wyrwany z kontekstu żarcik słowno-fotograficzny, który pozostawiając czytelnika całkowicie obojętnym, powiększy zawartość internetowego śmietnika słów. A zatem na psy...


z albumu Indie 2005
Oparta w cieniu kolumny
Chłonie swe chłodne dłonie
Gorący oddech na plecach
Nie daje wystygnąć lędźwiom

Blisko i wciąż coraz bliżej
Poprzekraczane granice
Ukołysane i smutne
I ukochane i chmurne

Tak
Zespolenie przeciwieństw
Tak
Usunięcie przestrzeni
Tak
Powrót do łona Natury
Tak

Żarliwym wzrokiem muskane
Niewydumane pozycje
Już nieistotne pytania
Co gdzie kiedy dlaczego

Zapamiętale kołyszą
Drobne i wielkie demony
Tak dojmująco ulotny
Święty smak słonej kropli

poniedziałek, 22 września 2008

Afrykański przypadek

Dziś wyjątkowo zamiast kolejnego odcinka relacji z Azji Środkowej, kilka słów o dwu filmach. Kilka dni temu, gdy jechałem pociągiem do pracy dostałem kolejną ulotkę o jakiejś pomocy na świecie. Już miałem ją wyrzucić do kosza, gdy dostrzegłem, że to jest informacja o weekendowej imprezie, a nie kolejna próba wstrząśnięcia moim sumieniem. Po przejrzeniu znalazłem informacje o pokazach filmowych w kinie Rejs w ramach II Forum Polskiej Współpracy Rozwojowej. W planach miałem co prawda ślub znajomych, ale była szansa dotarcia chociaż na ostatni film. Życie okazało się bardziej skomplikowane i w efekcie na ślub z wielkim żalem nie dotarłem, za to udało się dotrzeć na dwie ostatnie projekcje.

Pierwszy film, "Chłopiec z Bamiyan", opowiada o afgańskiej wiosce poprzez losy rodziny żyjącej w grotach otaczających ogromne posągi Buddy, wysadzone przez Talibów kilka lat temu. Dzieci z nieznikającym z twarzy uśmiechem pokazują nam ślady po antycznych rzeźbach. Poznajemy skomplikowaną afgańską rodzinę. Najpierw dziadek opowiada nam o swojej żonie, która po urodzeniu najmłodszego syna zmarła. Syn ma teraz 8 lat, ale dziadek ma też młodą córkę. Przyszedł więc do swojego znacznie młodszego ziomka i powiedział mu: ja jestem stary i samotnie wychowuję dwoje dzieci. Ty jesteś sam ze swoja matką. Dam ci swoją córkę za żonę, ale ty mi dasz swoja matkę za żonę. Tak też się stało i dwie rodziny połączyły się w miarę normalny organizm. Koneksje rodzinne są tym czynnikiem, który najbardziej zakłóca percepcję widza, jednak nie to w tym filmie jest najważniejsze. Dziadek opowiada historie Afganistanu.

Kiedyś w Afganistanie wszyscy żyli w zgodzie: Pasztunowie, Tadżycy, Uzbecy, Hazarowie. Mieszkali obok siebie i w zgodzie. Później przyjechali Rosjanie i wszystko się popsuło. Po Rosjanach przyszli Talibowie i psuli dalej. Do Bamiyan przyjeżdżało dużo ludzi, także z Europy, zostawiali tu pieniądze i jakoś dawało się przeżyć. Te posągi stały tu bardzo długo, ja nie wiem jak długo. Przyszli tu Talibowie i stwierdzili, że trzeba je zniszczyć bo obrażają Allaha. Teraz są Amerykanie i wygonią Talibów i kiedyś znowu tu będzie jak dawniej.

Opowieść dziadka, śmiech dziecka, nadzieja w oczach młodego ojca, pomimo wielkiej biedy, ci ludzie mają nadzieję. Nadzieja podbudowana przeszłością "kiedyś był pokój" daje siłę na przyszłość "kiedyś będzie lepiej". To czego brakuje w drugim filmie to nadzieja. Tam, w sercu Afryki istnieje tylko teraźniejszość. Nie ma przyszłości, nie ma dającej siłę przeszłości. Jest tylko codzienna walka o przetrwanie. Przetrwanie bez większego czy głębszego sensu. Film "Koszmar Darwina" nie pozostawia obojętnym. Podobnie jak "Wierny ogrodnik" pozbawia nadziei. Udowadnia, że proste rozwiązania nie istnieją.

Koszmar Darwina to wielopoziomowa opowieść o rybie, która całkowicie zniszczyła ekosystem jeziora Wiktorii. O prostytutkach obsługujących pilotów samolotów wywożących tą rybę do Europy. O rosyjskich pilotach, którzy nie chcą rozmawiać o tym co przywożą do Afryki. O Afrykańczykach chorych na AIDS. O Afrykańczykach dosłownie walczących o przetrwanie i nieustannie w tej walce przegrywających. O wielu innych aspektach, których nie da się opisać, a które trzeba zobaczyć pomiędzy wierszami filmu. Po obejrzeniu tego obrazu miałem poczucie, że nie znam żadnego sposobu, jak można by pomóc temu regionowi. Jest to film o tym, że nawet danie ludziom wędki często nie wystarczy. Dlaczego?

Hindus zarządzający fabryką przetwarzającą tusze okonia nilowego martwi się, że rynek jest już nasycony okoniem, niedługo nie będzie go komu sprzedawać. Na mięso okonia mało kogo stać na miejscu. Czarni rybacy nie wpadną na pomysł żeby sprzedawać okonia bez pośredników swoim ziomkom. Wielu z nich ginie lub jest okaleczanych podczas połowów. Osierocone dzieci idą na ulicę żebrać, a ich matki zaczynają się prostytułować zarażając HIV-em najpierw siebie później swoich klientów, którzy zarażają swoje rodziny i koło się zamyka.

Widzimy delegacje europejskich dygnitarzy, którzy chwalą warunki sanitarne w afrykańskiej fabryce. Widzimy Afrykańskich ministrów, którzy na film o zniszczeniach dokonanych przez okonia nilowego reagują słowami, że na filmie trzeba pokazywać także pozytywne strony, a nie tylko brudną, mętną wodę. Widzimy rosyjskich pilotów, którzy w końcu się przełamują i przyznają, że do Afryki wożą broń, a z Afryki żywność. Jak określił to jeden z nich, wspominając pewien wypad do Angoli: dzieci dostały na gwiazdkę swoje zabawki: europejskie dostały winogrona, a afrykańskie dostały karabiny.

Uświadamiamy sobie jednocześnie, że ta gra to nie jest tylko bezduszność europejskich polityków. To jest poniekąd europejska racja stanu. Jeśli Europa odpuściłaby i przestała wspierać różne afrykańskie siły swoją bronią, zrobiłyby to Chiny. Ostanie ataki na platformy Shella nie są w moim odczuciu niczym innym jak inspirowaną przez Chińczyków próbą przejęcia rynku. To jest walka miedzy mocarstwami o wpływy na kontynencie, który oprócz surowców naturalnych posiada jedna poważna zaletę: jest to przeklęta ziemia niczyja. Gdzie koncerny maja robić swoje eksperymenty medyczne jak nie w Afryce? Rosjanie mają jeszcze Syberię, ale reszta świata? Chińczycy są zbyt silni, zbyt niezależni, podobnie Hindusi. Oni maja swoja historie, która podobnie jak w afgańskim filmie daje ludziom nadzieję i siłę na walkę. Ameryka Łacińska pełna jest Europejczyków. Afryka ze swoim brakiem jakiejkolwiek historycznej cywilizacji na południe od Sahary, jest całkowicie bezbronna. Nikomu nie zależy na jej ucywilizowaniu. Że nie są to katastroficzne wizje nawiedzonego zwolennika spiskowej teorii dziejów pokazuje przypadek Darfuru, gdzie za przyzwoleniem Zachodu morduje się ludzi chińska bronią. Mam uwierzyć, że europejscy politycy nie dostali od Chińczyków nic w zamian za to milczenie? Strefy wpływów wyznacza sobie nie tylko Rosja w Azji...

Kiedyś może rozwinę te wątki. Na razie poprzestanę na smutnej konstatacji. Ziemia coraz bardziej się niebezpiecznie kurczy.

sobota, 20 września 2008

Komunikacja miejska

Jest to wpis na 11. Akcję GTWb: Komunkacja miejska.

8 lipca 2008 r., jechałem jak codzień do pracy na rowerze. Ok. godziny 8:40 w okolicach skrzyżowania ul. Kruczej i Al. Jerozolimskich zostałem obrzucony wyzwiskami przez kierowce autobusu linii nr 105, jadącego w kierunku Dworca Centralnego. Nr boczny autobusu mogłem źle zapamiętać, bo jadąc na rowerze nie miałem go jak zapisać: 8334. Wcześniej kierowca tego autobusu wyprzedził mnie używając klaksonu, a następnie, przy następnych światłach groził mi, że mnie rozjedzie, używając przy tym słów, których nie przytoczę, bo pozwolą zakwalifikować ten mail do kategorii: nie wymagający odpowiedzi.

Kolejny raz przypomnę że rowerzysta jest pełnoprawnym uczestnikiem ruchu. Uprzejmie proszę pouczyć o tym kierowców ZTM-u. Kultura jazdy na naszych drogach poprawia się z roku na rok, jednak ciągle (na szczęście coraz rzadziej) zdarzają się opisane wyżej sytuacje. Należy im przeciwdziałać uświadamiając kierowców, że tego typu zachowania są jak najbardziej niewskazane. W tym przypadku nie nastąpiło bezpośrednie zagrożenie życia a jedynie słowna groźba. Zdarzyło mi się jednak jakiś czas temu sytuacja w której kierowca autobusu mijając mnie-rowerzystę zwolnił i fizycznie zepchnął na chodnik. Gdyby nie niski w tym miejscu krawężnik, który pozwolił mi jakimś cudem wskoczyć z rowerem na chodnik - mógłbym dziś nie pisać tego maila. Także to nie są fanaberie fanatycznego rowerzysty tylko apel o poprawę kultury jazdy na drodze i co za tym idzie, apel o poprawę bezpieczeństwa. Kierowcy ZTM-u nie powinni chyba stanowić wyjątku w stosowaniu przepisów drogowych tylko dlatego, że mają duże pojazdy.


List tej treści wysłałem do ZTM-u. Wyszedłem z założenia, że należy reagować na takie przypadki, apelując o zmianę kultury organizacyjnej firmy, bo w ten sposób można powoli zmieniać mentalność kierowców. Jeden dostanie ochrzan, będą rozmawiać o tym między sobą, wyklinać na "pieprzonych rowerzystów", którzy nie dość że przepychają się pomiędzy samochodami, to jeszcze tarasują drogi, ale jednocześnie będą na nich bardziej uważać, bo ci rowerzyści są "popieprzeni" do tego stopnia, że wysyłają później oficjalne skargi i tylko nieprzyjemności z tego mogą być.

Po ponad miesiącu, w czasie którego list mój krążył od ZTM-u do MZA, od MZA do odpowiedniej zajezdni, dostałem oficjalne pismo, w którym poinformowano mnie, że zidentyfikowano kierowcę opisanego kursu, została przeprowadzona z nim rozmowa i kierowca przedstawił swoją wersję wydarzeń. Rowerzysta nie dość, że przeciskał się pomiędzy samochodami stwarzając zagrożenie dla siebie i innych, to jeszcze przejeżdżał na czerwonym świetle i robił wiele innych nieprzyzwoitych rzeczy. Jednak kierowca i tak został pouczony o zachowaniu się na drodze i traktowaniu rowerzystów.

Oczywiście można się z tego naśmiać i machnąć ręką, ale kropla drąży skałę. Ścieżki rowerowe jeszcze długo nie powstaną w odpowiedniej ilości, a nawet jeśli to i tak nie dojedziesz nimi wszędzie. A przecież jak sama nazwa wskazuje: jezdnia służy do jeżdżenia, a chodnik służy do chodzenia. Jakieś trzy lata temu inny autobus naprawdę o mało mnie nie rozjechał, a trąbienie i wygrażanie pięścią było na porządku dziennym. Dzisiaj trąbienie na rowerzystę jest coraz rzadsze, samochody coraz częściej ustępują rowerzyście miejsca, a agresja na drodze ograniczyła się do przekleństw. Warto zatem chyba jednak reagować na takie przypadki, bo z moich obserwacji wynika, że ten popieprzony świat jednak zmienia się odrobinę na lepsze.

poniedziałek, 15 września 2008

Chiwa, cz.1

<<< poprzedni odcineknastępny odcinek >>>

Położona w centrum współczesnego uzbeckiego wilojatu Chorezm, Chiwa przez około 400 lat była stolicą chanatu chiwskiego. Według archeologów założona w okolicach przełomu er, według legendy założona przez Szema, syna Noego. Jedno jest pewne, było to ważne miasto na Jedwabnym Szlaku, gdzie można było odsapnąć po pustynnym piekle podróży. Dzisiaj jest perłą Centralnej Azji, odrestaurowaną przez Rosjan w latach siedemdziesiątych XX w. Zamknięta z każdej strony piaskowymi murami, prostokątna przestrzeń miasta, tworzy bajkową atmosferę, żywcem przeniesiona z baśni tysiąca i jednej nocy. A z atmosferą miejsca jest zazwyczaj tak, że zaczyna się ją właściwie odczuwać po kilku dniach dopiero. W przypadku podróży o dość napiętym planie, można powiedzieć jedynie o czymś w rodzaju przeczucia atmosfery, która mogłaby nas pochłonąć, gdybyśmy zostali tutaj dłużej. Opisanie tej atmosfery jest pewnym progiem, przeszkodą, która może okazać się niepokonaną. Jednak spróbujmy...

Po wieczornym spacerze po usypanych z piasku miejskich murach, po przygodach z aparatem, po lichym śniadaniu mającym chyba tylko zaostrzyć apetyt, poczłapaliśmy niespiesznie w kierunku głównej cytadeli, obok której wznosi się symbol Chiwy, czyli niedokończony minaret Kalta Minor. Można do niego wejść od środka położonej tuż przy nim medresy Amin Khan, obecnie zamienionej na hotel. Niestety, w środku trwał remont, więc musieliśmy zadowolić się obejrzeniem klinkierowych mozajek tylko z zewnątrz. Minaret kazał wybudować w 1852 roku Mohammed Amin Khan. Miał on mieć ponad 70 m wysokości i miał to być najwyższy minaret na całym świecie. Niestety w 1855 roku budowę przerwano i tu źródła nie są zgodne. Jedna wersja mówi o tym, że architekt zgodził się potajemnie wybudować jeszcze wyższy minaret w Bucharze. Rozgniewany chan kazał zrzucić architekta z wieży i minaret stanął na marnym 26 metrze. Druga wersja mówi o tym, że po prostu chan zabrał się z tego świata i wszystkie jego ziemskie zachcianki zostały anulowane. Jak by nie było, niebieska szeroka baszta wygląda bardzo malowniczo na tle zachodniej chiwskiej bramy.

Następnie poszliśmy obejrzeć Kuhna Ark, czyli główną fortecę, ale poza fantastycznym widokiem na miasto niewiele tam było ciekawego. Podobnie jak w kolejnej zamienionej na hotel Mohammed Rakhim Khan Medresie, gdzie poza piękną mozaiką na wejściowym portalu, największą atrakcją byli młodzi akrobaci myślący o karierze w dalekiej Europie. Włócząc się po nasłonecznionych zaułkach podglądaliśmy kobiety tkające dywany, dzieci rzeźbiące podstawki pod Koran, targowaliśmy się z przekupkami sprzedającymi pamiątki, nie mając zamiaru nic kupować. Jednym słowem sielankowa zabawa w turystę. Dotarliśmy w ten sposób do Pahlavon Mahmud Mauzoleum, czyli grobu faceta, który oprócz tego, że był poetą i filozofem, był także legendarnym zapaśnikiem nazywanym przez potomnych Herkulesem Wschodu. Legenda sobie przez lata rosła i doszła do takich rozmiarów, że gość awansował na patrona Chiwy, a jego skromny początkowo grób rozrósł się na początku XX wieku do dzisiejszych rozmiarów całkiem pokaźnej budowli w stylu perskim.

Ze studni na dziedzińcu, przechodnie wyciągali wiadrami zimna świętą wodę. Wokół, na rozłożonych pod dachem dywanach, odpoczywali przechodnie. My trafiliśmy, już któryś raz z rzędu na tą samą grupę, sprawiającej wrażenie starej wielopokoleniowej uzbeckiej rodziny, z licznymi kuzynami i żonami, której przewodniczył miejscowy Don Corleone. W ciemnych okularach i z różańcem w dłoniach zwracał na siebie uwagę i koncentrował wokół siebie liczna rzeszę rodziny. Przed mauzoleum grupa grzecznie podzieliła się, osobno usiadły kobiety, osobno mężczyźni, a przewodnik pośrodku między obiema grupami opowiadał o randze tego miejsca.


Wewnątrz budynku całe rodziny modliły się, rytmicznie kiwając głowami w takt melodyjnych psalmów, imam błogosławił jedzenie, a niewierni podziwiali misterne kolorowe mozaiki na ścianach i suficie, delektując się chłodem dającym wytchnienie od pustynnego upału na zewnątrz. Zupełnie niezamierzenie sprofanowałem święte miejsce wypinając się na imama przy ustawianiu aparatu na miniaturowym statywie. Duchowny ograniczył się do zabicia mnie wzrokiem, wywołując salwę zakłopotanego śmiechu na twarzach moich towarzyszy podróży. Przeprosiłem w duchu Allacha i minutą ciszy uczciłem pamięć świętego męża, w którego mauzoleum się znajdowaliśmy.

Chiwa na stronie Uzbek World
Inna strona o Chiwie

<<< poprzedni odcineknastępny odcinek >>>

czwartek, 11 września 2008

Tańczę


Tańczę
Pożerany ciekawością świata
Na skraju przeznaczenia
Na granicy pytań

Tańczę
Smagany wichrami i słońcem
Pośród puszczy zielonej
Nad źródłami nieba

Tańczę
Choć tańca nie potrzeba
Ani mnie ani żonie mojej
Przy orkiestrze ptasiej

Tańczę
Bo życie to ruch
A mi życia trzeba
W tym kraju gdzie kruszynę chleba...

wtorek, 9 września 2008

Skwer Iringha

Posta dedykuję Peterowi Horakowi ;-)

Gdy w poniedziałkowe południe wstałem skacowany, po długim i wyczerpującym weselu, wygramoliłem się na balkon, by odetchnąć świeżym powietrzem, zobaczyłem panów, którzy uzupełniali braki zadrzewienia na sąsiednim placu. Na codzień, dokładnie między godziną 6:45 a 7:30, panowie budzą mnie rykiem kosiarek, identycznie jak w sławetnym "Dniu Świra". Tym bardziej, że po 7:30 zapada już cisza i panowie zajmują się innymi cichymi czynnościami. Na prośbę o przesunięcie czasu pracy najbardziej hałaśliwych narzędzi usłyszałem tylko "prosie pana, od 6 rano ciszy nocnej już ni ma i hałasować mogę dowoli". Kiedyś jeszcze dojrzeję, by zrobię awanturę, na razie cieszę się z nowych drzewek:



Po pewnym czasie obok skweru Iringha pojawiło się sporo samochodów i zaczęło gromadzić się wojsko:



Pomiędzy tłumem udało mi się dostrzec udzielającego wywiadu ministra Kamińskiego z Kancelarii Prezydenta:



Następnie minister oraz oficerowie wojska polskiego i słowackiego razem z kombatantami wysłuchali przemówień:


Najpierw ambasador Słowacji w Polsce:


Następnie w imieniu Prezydenta RP minister:


Oraz kapelan:



Później nastąpiło składanie kwiatów:






Następnie rozpadało się dokumentnie i wszyscy zniknęli w samochodach, a ja wróciłem do leczenia kaca...

Natomiast osoby chcące pogłębić wiedzę o słowackim oddziale walczącym w Powstaniu Warszawskim pod komendą Mirosława Iringha odsyłam pod odpowiednie linki.

 


Igor Czajka - Copyright 2008. Wszystkie Prawa Zastrzezone.

mail do autora - Igor Czajka