aktualizacja w weekendy ;-)

poniedziałek, 31 grudnia 2007

Dzień 12, Terakotowa armia

10 sierpnia 2007, piątek

Rano wsiedliśmy do tego samego autobusu, co poprzedniego dnia. Ta sama droga, znane już uliczki, bawiłem się w rozpoznawanie miejsc, jak bym był w dawno nie odwiedzanym mieście, które ostatnio widziałem w dzieciństwie. Wczoraj. W podróży czas inaczej płynie, robi niejasne pętle i zakrzywienia zniekształcając przeżywane chwile. To, co działo się poprzedniego dnia, od razu ląduje w odpowiedniej szufladce pamięci z etykietą: „to było już tak dawno, a pamiętam jak dziś”. Na feralnym zjeździe z autostrady nie zjechaliśmy, tylko przekroczyliśmy bramkę i pognaliśmy na spotkanie ze zjawiskiem, które zna cały świat, a które od tak niedawna można oglądać.

Odkryta w połowie lat 70-tych XX wieku, ponoć strzegąca grobowca pierwszego cesarza Chin, Terakotowa Armia przykryta jest obecnie wielkimi halami. Trzy odkrywki ukazują niewielki ułamek całej armii – ponoć jest to ok. 1000 żołnierzy z całości liczącej ponad 8000. Największy hangar przykrywa główną część wojska ustawionego, jeśli dobrze pamiętam, w 10 kolumnach. Na końcu hangaru ustawione są figury w trakcie restauracji. Niektórzy z żołnierzy byli poprzewracani i potłuczeni, a dzisiaj archeologowie składają ich do kupy jak rozsypane puzzle. Z zakazu fotografowania nikt sobie nic nie robi, włącznie z pilnującymi strażnikami. W drugim hangarze jest ponoć dowództwo całej armii, a w trzecim prawie nic nie ma – wygląda tak, jakby wszystkie figury zostały wyniesione z wykopu. Po obejrzeniu figur można odwiedzić jeszcze muzeum, w którym zrekonstruowano powozy bojowe oraz wystawiono repliki broni znalezionej wykopkach – można jej dotknąć i potestować działanie. Chińscy przewodnicy objaśniają dzieciakom, jak się używało poszczególnych sprzętów i do czego służyły, niestety – nic nie zrozumiałem. Oprócz tego można zrobić sobie zdjęcia z żywymi replikami żołnierzy i kupić setki pamiątek, figurek i innych specyfików, które można dostać również w Warszawie, w sklepach z nie tylko orientalnymi wyposażeniem.

Całość zrobiła na mnie niezwykle rozczarowujące wrażenie. Myślałem, że będzie można przejść się pomiędzy żołnierzami, obejrzeć ich z bliska, przyjrzeć się rysom twarzy, szczegółom zbroi itp. Niestety, nic z tych rzeczy. Tłum ludzi stoi przy barierce, która jest oddalona od najbliższych figur o jakieś 5-7 metrów. Olbrzymia hala robi wrażenie jakiegoś plastikowego disneylandu a nie archeologicznej sensacji XX wieku. Otaczające kompleks handlowe pawilony, rozsiane na powierzchni wielkości małego miasteczka, dopełniają efekt. Po wizycie zacząłem się zastanawiać czy Terakotowa Armia nie jest jakąś jedną wielka mistyfikacją stworzoną na potrzeby turystyki i chińskiego mitotwórstwa.

W drodze powrotnej zahaczyliśmy jeszcze o kurhan skrywający ponoć właściwy grobowiec pierwszego cesarza Qin Shi Huanga. Przed wejściem na teren otaczający wzgórze stoją wartownicy w strojach z epoki. Wyglądają jak figury woskowe, jednak kropelki potu na czołach i mrugnięcia powiek zdradzają, że mamy do czynienia z żywymi ludźmi. W parku odpoczywają tancerki, a przed schodami na tle kurhanu fotografują się chińscy turyści z egzotyczną statystką. Jednym słowem – dalszy ciąg chińskiego disneylandu. Ze szczytu wysokiego na ponad 100 m wzgórza rozciąga się piękny widok na obszar między rzeką a wzgórzami. Podobno na tych polach było kiedyś miasto, sam kurhan był częścią rozległego kompleksu świątynnego w centrum tego miasta. Terakotowa Armia stoi 2 km na wschód od niego. Czemu tak daleko? Legendy głoszą, że grobowiec kryje mapę świata z morzami i rzekami z rtęci i gwiazdami z pereł na sklepieniu. Archeologowie na razie nie ruszali kurhanu, ale w glebie jest ponoć wyjątkowo duże stężenie rtęci...

Po powrocie do Xi'an pojechaliśmy obejrzeć Wieżę Dzwonu od środka i powłóczyć się po mieście. Położona centralnie na skrzyżowaniu dwu głównych arterii Wieża Dzwonu jest bardzo malownicza zarówno z zewnątrz jak i od wewnątrz. W środku trafiliśmy na przedstawienie teatru cieni, niestety puszczane na ekran z projektora. Z tarasu widokowego można podziwiać pełną panoramę miasta we wszystkich kierunkach.

Po zmierzchu włóczyliśmy się do późnej nocy po tętniących życiem uliczkach dzielnicy muzułmańskiej. Mnóstwo straganów, knajpek, sprzedawców pamiątek, kaligrafii, cykad w klatkach i innych dziwnych rzeczy. Tłumy kolorowo ubranych Chińczyków nie pozwalały pamiętać, że jesteśmy w centrum szarych, rzekomo komunistycznych Chin. Na koniec zupełnie przez przypadek trafiliśmy do zamienionego na muzeum domu niegdysiejszego bogatego kupca. Specjalna fundacja wykupuje kolejne zabudowania, by zamienić je na muzeum, gdzie będzie można odtworzyć kolejne elementy tradycyjnego wielopokoleniowego domu chińskiego bogacza. Pomiędzy kolejnymi pawilonami sączyła się delikatna muzyka, która jak się okazało była na żywo grana przez młodą dziewczynę na instrumencie podobnym do cymbałów a nazywającym się Zheng.

wtorek, 18 grudnia 2007

Dzień 11, Xi'an

9 sierpnia 2007, czwartek

Nieprzytomni po nocnej podróży daliśmy się zaciągnąć zdeterminowanej Chince do hotelu niedaleko stacji. Cena była przystępna, warunki znośne, nawet specjalnie się nie targowaliśmy. Po szybkim prysznicu pojechaliśmy w kierunku Terakotowej Armii. Muzeum położone jest ok. 30 km od centrum. Na szczęście kursuje tam normalny miejski autobus. Uprzejmi Chińczycy wskazali nam miejsce, skąd odjeżdża i stanęliśmy grzecznie w ogonku, gotowi w każdej chwili do rzucenia się w kierunku drzwi pojazdu, który lada chwila powinien się pojawić. Grzeczna kolejka zamieniała się bowiem w odpowiednim momencie błyskawicznie w pozornie bezkształtną przepychankę ciał, rąk i kolan. Nigdy jednak nie dochodziło do rękoczynów, ręce delikatnie torowały i barykadowały dostęp, dynamicznie kontrolując przepływ ludzi do autobusu. Wystarczy uzbroić się w odrobinę wyrozumiałości dla fizycznego kontaktu z obcym, okraszoną sporą porcją stanowczej asertywności, by w miarę bezproblemowo poruszać się w chińskim tłumie.

Lało jak z cebra, pocieszaliśmy się, że przecież terakotowa armia jest pod dachem, poza tym nieznaczne ochłodzenie spowodowane deszczem także był sporą ulgą po dotychczasowym upale. Za oknami autobusu przesuwały się zielone i zadbane ulice Xi'an. Sprawiało to dziwne wrażenie, bo wyglądało to tak, jakbyśmy nagle zostali wrzuceni do innego kraju, gdzie nie ma miejsca na nonszalancję wobec śmieci, a zadbane otoczenie stanowi znaczącą wizytówkę gospodarza. No dobrze, może trochę się rozpędziłem, po dotychczasowych doświadczeniach chińskiego bałaganu i ruiny. Wjechaliśmy na autostradę, która po kilku minutach się zapchała. Następnie z niej zjechaliśmy i całkowicie stanęliśmy. Autobus wyłączył silnik, pasażerowie wysiedli i przy papierosie zaczęli się integrować zastanawiając się jak długo potrwa postój. W końcu dotarła informacja, że autostrada jest częściowo zalana, inna droga też jest nieprzejezdna i nie wiadomo kiedy będzie. Nie ma żadnej policji, która by kierowała ruchem i żadnej nadziei, by dotrzeć do muzeum. Jakaś Chinka z Tajwanu, bardzo zdenerwowana, co było bardzo nietypowe jak na Chinkę, dyskutowała z kierowcą próbując oszacować szanse dotarcia do celu. Ona ma dzisiaj samolot i nie może pojechać tam kiedy indziej. Być może juz nigdy tu nie będzie. Nie ma jednak wyboru. Musi wracać. My też wsiadamy do autobusu, który powoli przemieszcza się w druga stronę.

Zastanawiamy się co robić. Dochodziły nas informacje o jakichś wielkich powodziach w Chinach, ale miało to być na południu a nie w naszych okolicach. Dorota zaczyna trochę panikować, że ona nie ma zamiaru poświęcać życia dla terakotowej armii, że zdrowie przede wszystkim, aż rwące żółte bałwany skotłowanej wody stanęły nam przed oczami i my w tych odmętach trzymający się jakiejś drewnianej kłody, unoszeni prądem walczymy zażarcie o życie... Nic z tych rzeczy. Wróciliśmy do miasta i starając się nadrobić stracony czas rzuciliśmy się w kierunku wielkiego meczetu, niedaleko centrum w dzielnicy muzułmańskiej.

Z taksówki wysieliśmy przy głównym placu pomiędzy wieżami dzwonu i bębna. Dalej na piechotę ciasnymi uliczkami zastawionymi straganami ze wszystkimi rodzajami pamiątek. Później okaże się to być nasz ulubiony fragment miasta. Sam meczet niewiele różnił się od innych chińskich świątyń: ten sam układ pawilonów i placów, minaret w kształcie chińskiej pagody, bramy między podwórkami itd. Jednak widok rodowitych Chińczyków w białych diszdaszach i w białych muzułmańskich czapeczkach na głowach był dość oryginalny. Do tego czystość, porządek, zadbane toalety także odróżniały to miejsce od innych miejsc. Sala modłów, umiejscowiona na końcu kompleksu była juz niedostępna dla wiernych. Jednak z zewnątrz można było spokojnie się przypatrywać modlitwom Hui (muzułmańskich Chińczyków).

Gdy wyszliśmy z meczetu zaczęło się już zmierzchać. Zdążyliśmy przejść się niezwykle barwnymi i żywymi uliczkami handlowej muzułmańskiej dzielnicy oraz obejrzeć Wieżę Bębna. W atmosferze ulicy było coś takiego, że człowiek czuł się dobrze, spokojnie, bezpiecznie i przytulnie, pomimo wielkomiejskiego i metropolitalnego charakteru tego miasta. Po wieczornym spacerze wiedzieliśmy już, że chcemy tu zostać przynajmniej jeden dzień dłużej nawet kosztem zaplanowanej wizyty w Nankinie. Wizyta w hotelowej kafejce internetowej oraz rozmowa z recepcjonistką przekonała nas, że podtopienie było chwilowe, nic nam nie grozi i że następnego dnia o świcie jeszcze raz będziemy atakować terakotową armię.

 


Igor Czajka - Copyright 2008. Wszystkie Prawa Zastrzezone.

mail do autora - Igor Czajka