aktualizacja w weekendy ;-)

piątek, 27 lipca 2007

Za chwilę Chiny

Dzieje się. Staje się. Droga wypełnia swoje przeznaczenie. Droga wiedzie na Wschód. Droga wybrana świadomie? Czy ja wybrany przez Drogę? Trzeba się z Drogą pogodzić. Dać się jej unieść, dać jej nauczyć mnie siebie, wzajemne wzbogacanie, słodkie niejednoznaczności. Dlaczego Chiny?

Zjedzony przez wieśniaków dinozaur, wioski zalane przez powódź, koszmarny upał przy pochmurnym niebie, smog w miastach i smok na polach, tłok w pociągach, problemy z biletami, pekińskie pierogi z kartonem zamiast mięsa, jadalne karaluchy i pasikoniki, a w razie problemów ze zdrowiem – ochrona szpitala może cię pobić łomami na korytarzu. Niezbyt zachęcająca perspektywa.

Ale z drugiej strony Zakazane Miasto, Wielki Mur, Terakotowa Armia, posągi Buddy, ojczyzna Konfucjusza, Mencjusza, Sun Zi, Lao Tsy i taoizmu. Obawy Witkacego, zalew żółtej rasy, Państwo Środka, sens człowieka umieszczony w umiejetności współdziałania a nie w autorozwoju, inny świat, inna cywilizacja, inne Wszystko. Obawy obawami, ale ciągnie niezwykle, tym bardziej im obaw więcej, tym bardziej im więcej uprzedzeń. Poznać dotknąć posmakować zobaczyć powąchać... Trzy tygodnie. Mniej niż kropla w morzu.

Chiny, dlaczego tam? Dlatego bo.

czwartek, 5 lipca 2007

Zapach tropików

W środku nocy sen o dotknięciu świata abstrakcyjnych powieści rozpoczął swoja materializację. Przekraczając próg samolotu przekraczali granicę jawy i snu, równie niezauważalnie, jak co wieczór każdy z nas niezauważalnie zapada w sen. Ciemność za oknami czyniła nieodróżnialnym to miejsce od jakiegokolwiek innego miejsca na ziemi. Racjonalnie uświadamiana wiedza, że znajdują się w innym świecie, była stłumiona ciemnością, nocną porą i podobieństwem wszystkich lotnisk. W korytarzu prowadzącym do sali odpraw było coś innego od znanej z rodzinnych stron cywilizacji, ale też coś niesamowicie znajomo prowizorycznego i dla kogoś przylatującego znad Wisły, w tym niedookreśleniu przestrzeni i zapachów nie było nic egzotycznego. Może jedynie jakieś poczucie cofnięcia się o dwadzieścia-trzydzieści lat wstecz, do inscenizacji jakiegoś filmu Barei.

Cyprian wciągał nozdrzami powietrze, jak hart poszukując osławionego zapachu tropików.

Dużo wcześniej, gdy siedzieli na lotnisku we Frankfurcie podziwiając i głośno komentując wyrafinowanie garderobianych gustów japońskich turystów, gdy zajadali się przygotowanymi przez troskliwą mamę selerowymi kotletami, w których nie było nawet wspomnienia mięsa, lecz pomimo to pałaszowanymi z należytym zaangażowaniem, gdy tak siedzieli czekając na swój samolot, mający zawieźć ich do mistycznej krainy pielgrzymek hippisów wszelkiej maści, pogrążeni byli ciągle w rozbawionym nastroju wycieczki, która da im pretekst, by móc zabłysnąć w towarzystwie podobnych im młodych bezdzietnych trzydziestolatków, których stać na to, by udawać bywałych w świecie i na tyle odważnych i zorganizowanych, żeby na drugi koniec świata pojechać bez opieki zawodowego przewodnika. Kraj docelowy był jednocześnie na tyle odległy, nie tylko w przestrzeni ale i w mentalności niedzielnych podróżników, że nieustająco, tak powszechni na lotniskach: Żółtki, Arabowie, Murzyni, postrzegani byli jako zjawy nie z tego świata zabłąkane tutaj w poszukiwaniu wrażeń lub interesów przy akompaniamencie cyfrowych aparatów i kakofonii polifonicznych dzwonków. Ich ubrania należące do euroamerykańskiego kanonu turystycznej mody poza możliwością wyrażenia uznania bądź dezaprobaty dla gustu właściciela, sprawiały wrażenie obecności w międzygalaktycznym terminalu StarTrek, w którym różne człekokształtne kosmiczne istoty zmierzały w sobie tylko znanych kierunkach. Gdyby zjawiła się dziewczyna z trąbą słonia zamiast nosa, poza początkowym zainteresowaniem nie wzbudziłaby żadnej niepoprawnej politycznie sensacji. Lecz nikt z trąbą słonia się nie zjawiał, a czas płynął, nieubłaganie wykańczając selerowe kotlety i komentarze cynicznych turystów znad Wisły, zamierzających zdobyć kolejne trofeum w zimnej kolekcji turystycznych wrażeń.

Dopiero gdy stanęli w kolejce do samolotu, porażającej swoją długością i wzbudzającą archaiczną już dzisiaj refleksję, jak tyle ludzi może zmieścić się do latającej maszyny, dopiero wtedy dostrzegli, że różnorodność ludzka jest, zgodnie zresztą z oczekiwaniami, dużo większa niż ten mini przegląd lotniskowych fenotypów. Cyprian wtedy właśnie pierwszy raz zobaczył na żywo sari. Wszelkie komentarze na temat ubraniowych gustów towarzyszy podróży ucichły. Wobec braku punktów odniesienia w postaci ruchomych manekinów na różnej maści ekranach, ta manifestacja kolorów i swobody falującego przy każdym ruchu materiału onieśmielała naturalnością, odmiennością i pięknem. Trochę kontrastowali ze swoimi kobietami mężczyźni, prężni i wyprostowani, chociaż pulchni i niewysokiego wzrostu, jednak w tradycyjnie europejskich garniturach i krawatach. Tym bardziej wyróżniała się rodzina sikhów, z głową rodu obnoszącą okazały biały truban i jeszcze bardziej okazałą siwą brodę, przepuszczającą na zewnątrz uważne i dystyngowane spojrzenia czarnych jak smoła oczu. W tym towarzystwie pojedynczy post-hippisi czy zabłąkani turyści znad Wisły wyglądali nie mniej egzotycznie niż okutani w zwiewne sutanny muzułmańscy Murzyni czekający na samolot gdzieś do wschodniej Afryki.

W tym przedsionku obcego świata nie było jednak w powietrzu nawet cienia tego, na co czekał Cyprian z ciekawością i niecierpliwością dziecka spodziewającego się wizyty wujka z Ameryki. Sterylna klimatyzowana przestrzeń pochłaniała wszelkie zapachy, nie oszczędzając nawet subtelnej woni kilkudniowego niemytego ciała, nasączonego nie zawsze skutecznym antyperspirantem. Siedem godzin lotu oddzielało go od dotknięcia lepkiego i gęstego w swej konsystencji tropikalnego powietrza. Niestety, po wyjściu z samolotu, po przekroczeniu progu wyobraźni, po wejściu w realność do tej pory jedynie wyobrażoną – nie poczuł nic poza zapachem chloru. Lizol - który w innych okolicznościach przejęzyczył na izolbet, równie toksyczny i równie nieprzyjemny, wbijał się w podniebienie, przewiercał uszy, zatykał myślenie, osiadając przez ubranie na skórze - miał stać się nieodłączną częścią tej podróży, do tego stopnia, że pod koniec, to samo lotnisko miało być zupełnie pozbawione tej, tak rzucającej się w pierwszej chwili na nozdrza, zapachowej nuty sterylizacji. Tropiki pachniały chlorem.

Był marzec, środek nocy, stalowoszare ściany obejmowały czule pasażerów, zarówno tych zagubionych poszukiwaczy wrażeń, jak i tych, którzy wracali do swych rodzin, po trudach zdobywania handlowych partnerów lub wykształcenia. W miarę jak kolumna ludzi oddalała się od samolotu chlor dusił coraz bardziej. Ach, wyjść z tych pomieszczeń jak najszybciej! Ale jeszcze plecaki, jeszcze waluta, jeszcze znaleźć taksówkę do hotelu... Świat wirował, niepewność zmieszana z zagubieniem łączyła się ze zmęczeniem i zmianą klimatu. W głowie huczały wentylatory i zalecenia znajomych, którzy wcześniej przechodzili przez to samo. Położyć się spać w wygodnym łóżku i jak najszybciej zobaczyć ten kraj z bliska w świetle zwrotnikowego słońca. Lecz najpierw trzeba znaleźć pre-paid-ową taksówkę, która pokona te 30 kilometrów dzielących lotnisko od wyznaczonego hotelu w centrum turystycznej dzielnicy Starego Delhi.

c.d.n.

 


Igor Czajka - Copyright 2008. Wszystkie Prawa Zastrzezone.

mail do autora - Igor Czajka