aktualizacja w weekendy ;-)

piątek, 20 kwietnia 2007

EuroEuforia

Tak, mogę to powiedzieć, co więcej - chcę to powiedzieć: ogarnęła także mnie! EuroEuforia! "Tyle domów tyle ulic, aż się cała Polska cieszy, że Warszawa tak urosła". W radiu euforia, w gazetach euforia, na giełdzie euforia, wszędzie - euforia! Wreszcie będą autostrady, wreszcie będą musieli cos zrobić z przejściami granicznymi, z lotniskami, stadionami, z hotelami i tak dalej i tak dalej. Gospodarka dostaje kopa. Przekręty będą jeszcze większe, ale przynajmniej widać będzie efekt. Wolę przekręt z mostem siekierkowskim niż przekręt z wiaduktem w polu, który po 5 latach się rozsypuje.

Puśćmy wodze fantazji: Euro2012 jest sukcesem. Wszystko się udało, wszystko wyszło jak należy. Ukraińcy i Polacy przekonują się na najniższym szczeblu, że razem można więcej. Jedni drudzy maja wspólne doświadczenie sukcesu. Czują wspólnotę. Uprzedzenia pryskają. Tańce hulanki swawole. Wydaje mi się, że jest to jeszcze ważniejszy wymiar tych mistrzostw niż kop dla gospodarki. Nikt tego nie docenia, ale za jakiś czas dzieci będą się uczyć w szkole, że Euro 2012 było punktem przełomowym i przełamało zahamowania w drodze Ukrainy do Unii itp. Na razie chyba nikt tego nie docenia.

Z drugiej strony sukces ma wielu ojców a porażka jedną matkę. Słucham także tych komentatorów jak prawią, że nie mamy lotnisk, nie mamy autostrad, nie mamy stadionów, mamy korupcję, mamy Listkiewicza itd. itp. Jednym słowem za mało mamy infrastruktury, za dużo problemów na starcie. Jeśli wszystko się uda - to będzie jakiś kolejny cud słowiańskiej anarchii. Gdy patrzę na twarze znajomych - widze ten sam smutek i przerażenie: to nie może się udać. A ja uważam, że Polacy i Ukraińcy najlepiej sprawdzają się w wojnie. A przygotowanie takiej imprezy to jest wojna. Przy tak zaniedbanym zapleczu? Wojna na maksa. I dlatego nam się uda. Możemy ten sukces później rozkminić na drobne i zamiast przeć razem z Ukraińcami do przodu, weźmiemy się z nimi za łby, ale samo Euro 2012 będzie sukcesem. Bo to jest walka, bo to jest wyzwanie. "Ja nie dam rady? Ja, kurwa, nie dam rady?"

poniedziałek, 16 kwietnia 2007

Jerzy Pilch - Moje pierwsze samobójstwo

Przebrnąłem niedawno przez tak ładnie i klasycznie reklamowany jako arcydzieło zbiór opowiadań Pilcha. Ekshibicjonistyczne, z pozorem autoironii, sugerujące skromność pisarza, mającego świadomość swej pozycji, a jednocześnie użalającego sie nad swoja dolą, taką samą jak każdego niespełnionego pisarza – czyli nad dolą zagubionej duszy poszukującej. Zdradza nam sekrety swojego warsztatu wkładając je w usta nieświadomej powagi własnych słów Najpiękniejszej Kobiety Świata. Rozprawia się z własnym dzieciństwem i poczuciem nieporadności rozbijając w drobny mak lornetkę dziadka i życie niedoścignionego przyjaciela. Buduje mury mentalności świata wiślańskich ewangelików uzasadniając swoje w świecie wyobcowanie.

No przeczytałem, bo trzeba. Bo wypada znać choć trochę tego, kto na piedestale wieszcza niemalże obecnie stoi, kto zajął miejsce tych, którzy odeszli, którym juz nagród przyznać nie można. Dużo ich nie ma. Tych na piedestale. Czasem sie kogoś dołączy, kogoś, kto pióro ma z pióra, a młody jest, by zmanierować lub zmanipulować było łatwo. Jednocześnie by wytrącić argument z ręki adwersarzy, że młodych sie nie dopuszcza. Polityka czy literatura, te same zasady, te same reguły walki pól. Bourdieu mógłby powiedzieć więcej na ten temat, ale nie powie już nic więcej niż w Regułach sztuki. Ale dlaczego ja o nikach a nie o Pilchu? Nie wiem.

Opowiadania poprawne stylistycznie i dramaturgicznie. Trzymają się kupy, ale to wszystko. Nie zostałem powalony ani treścią ani nowatorstwem formy. Niczym. Jedynie opowieść o stoliku szachowym przemówiła mi do wyobraźni, być może dlatego, że sam w szachy grywam i stolik taki zapragnąłem posiąść. Cóż więcej? Samotność w hotelu? Rozczarowanie kobiecym ideałem? Obcowanie z Duchami babki Pechowej? Opowiadania wędrują już do głęboko położonych zakamarków pamięci, skąd może kiedyś ktoś je wydobędzie, ale bardziej prawdopodobne jest ze sczezną tam wraz z moim ciałem.

O książce na Biblionetce

czwartek, 12 kwietnia 2007

Orhan Pamuk - Śnieg

Rany! Dlaczego coś mnie podkusiło aby akurat tego noblistę wziąć i przeczytać?! Zadziałała magia umiejętnego marketingu i wszyscy wokół zaczęli brać na warsztat czytelniczy jedyną dostępną książkę czyli śnieg odmieniany na każdy możliwy sposób. Po przeczytaniu tej książki wiem już (co w sumie wiedziałem także wcześniej), że śnieg może się kojarzyć ze wszystkim. Że śnieg może przypominać ukochaną niezależnie od okoliczności, niezależnie od tego czy się stoi w pustym pokoju ciemną nocą, czy ma się lufę przyłożoną do skroni. Że śnieg może być metaforą matczynej miłości, miłości ukochanej oraz utraty młodzieńczych złudzeń i bezmiernego smutku emigranta. Śnieg odmieniany przez wszystkie przypadki, śnieg za firanką i pod pokrywką garnka, śnieg w teatrze miejskim i w zimnej kostnicy, śnieg przed oczami i pod powiekami, śnieg z sześcioma ramionami życiowych aktywności i odcieni. Strona bez śniegu to strona stracona.

Ja rozumiem, że autor zastosował określoną figurę stylistyczną mającą scharakteryzować egzaltację bohatera, wyobcowanego z własnej ojczyzny i nieakceptowanego na emigracji, pogrążonego w depresji zakompleksionego nadwrażliwca, bojącego się zaangażować w jakikolwiek związek, rozpamiętującego wszelkie życiowe niepowodzenia tylko po to by udowodnić zasadność swojej asekuracyjnej postawy wobec życia. Ja rozumiem, że zamysłów artystycznych mogło być znacznie więcej niż jestem w stanie ogarnąć swym małym rozumkiem. Jednak będę się upierał, że jest to materiał na opowiadanie, co najwyżej nowelę, ale nie na pięćset-stronnicową powieść! Litości!

Początkowo myślałem, że to nieudolność tłumaczenia zbudowała tak irytującą i drażniącą czytelnika frazę, ale tłumacz może źle przetłumaczyć zdanie, może zdenaturalizować dialogi, ale raczej nie wkłada do tekstu nadmiaru określonych słów. Chyba? Poza tym styl narracji zmienia zupełnie charakter gdy narrator nie stara się za wszelką cenę wejść w skórę, czy raczej głowę głównego bohatera, ale przyjmuje swoją własną perspektywę i zaczyna relacjonować swoje prywatne śledztwo dotyczące ostatnich chwil własnego bohatera. Zatem zabieg zamierzony. Jeśli był on obliczony na zmęczenie czytelnika - w tym wypadku pełny sukces! Jeśli był obliczony na przekazanie czytelnikowi skomplikowanej psychiki tureckiego emigranta ze Stambułu do Frankfurtu - pełna klapa. Bo pomijam zupełnie drewniane dialogi, przy których najbardziej sztuczne dialogi "przypadkowych przechodniów" filmowanych "przypadkiem" w czasie stanu wojennego brzmią tak naturalnie jak gadki pijanych przyjaciół na ognisku. Pomijam też wiele innych stylistycznych zabójstw na literaturze, gdyż nie jestem w stanie zidentyfikować przestępcy: autor czy też tłumacz?

Natomiast niezaprzeczalnie jest to jedna z najnudniejszych i najtragiczniej napisanych książek jakie udało mi się przeczytać w moim krótkim życiu. Jeśli następni nobliści będą prezentować taki poziom, nie pozostaje nic innego niż cieszyć się, że Kapuścińskiego ominął zaszczyt znalezienia się w tym znamienitym gronie.

Opis książki w Wydawnictwie Literackim
Recenzje na Biblionetce

 


Igor Czajka - Copyright 2008. Wszystkie Prawa Zastrzezone.

mail do autora - Igor Czajka