aktualizacja w weekendy ;-)

wtorek, 18 grudnia 2007

Dzień 11, Xi'an

9 sierpnia 2007, czwartek

Nieprzytomni po nocnej podróży daliśmy się zaciągnąć zdeterminowanej Chince do hotelu niedaleko stacji. Cena była przystępna, warunki znośne, nawet specjalnie się nie targowaliśmy. Po szybkim prysznicu pojechaliśmy w kierunku Terakotowej Armii. Muzeum położone jest ok. 30 km od centrum. Na szczęście kursuje tam normalny miejski autobus. Uprzejmi Chińczycy wskazali nam miejsce, skąd odjeżdża i stanęliśmy grzecznie w ogonku, gotowi w każdej chwili do rzucenia się w kierunku drzwi pojazdu, który lada chwila powinien się pojawić. Grzeczna kolejka zamieniała się bowiem w odpowiednim momencie błyskawicznie w pozornie bezkształtną przepychankę ciał, rąk i kolan. Nigdy jednak nie dochodziło do rękoczynów, ręce delikatnie torowały i barykadowały dostęp, dynamicznie kontrolując przepływ ludzi do autobusu. Wystarczy uzbroić się w odrobinę wyrozumiałości dla fizycznego kontaktu z obcym, okraszoną sporą porcją stanowczej asertywności, by w miarę bezproblemowo poruszać się w chińskim tłumie.

Lało jak z cebra, pocieszaliśmy się, że przecież terakotowa armia jest pod dachem, poza tym nieznaczne ochłodzenie spowodowane deszczem także był sporą ulgą po dotychczasowym upale. Za oknami autobusu przesuwały się zielone i zadbane ulice Xi'an. Sprawiało to dziwne wrażenie, bo wyglądało to tak, jakbyśmy nagle zostali wrzuceni do innego kraju, gdzie nie ma miejsca na nonszalancję wobec śmieci, a zadbane otoczenie stanowi znaczącą wizytówkę gospodarza. No dobrze, może trochę się rozpędziłem, po dotychczasowych doświadczeniach chińskiego bałaganu i ruiny. Wjechaliśmy na autostradę, która po kilku minutach się zapchała. Następnie z niej zjechaliśmy i całkowicie stanęliśmy. Autobus wyłączył silnik, pasażerowie wysiedli i przy papierosie zaczęli się integrować zastanawiając się jak długo potrwa postój. W końcu dotarła informacja, że autostrada jest częściowo zalana, inna droga też jest nieprzejezdna i nie wiadomo kiedy będzie. Nie ma żadnej policji, która by kierowała ruchem i żadnej nadziei, by dotrzeć do muzeum. Jakaś Chinka z Tajwanu, bardzo zdenerwowana, co było bardzo nietypowe jak na Chinkę, dyskutowała z kierowcą próbując oszacować szanse dotarcia do celu. Ona ma dzisiaj samolot i nie może pojechać tam kiedy indziej. Być może juz nigdy tu nie będzie. Nie ma jednak wyboru. Musi wracać. My też wsiadamy do autobusu, który powoli przemieszcza się w druga stronę.

Zastanawiamy się co robić. Dochodziły nas informacje o jakichś wielkich powodziach w Chinach, ale miało to być na południu a nie w naszych okolicach. Dorota zaczyna trochę panikować, że ona nie ma zamiaru poświęcać życia dla terakotowej armii, że zdrowie przede wszystkim, aż rwące żółte bałwany skotłowanej wody stanęły nam przed oczami i my w tych odmętach trzymający się jakiejś drewnianej kłody, unoszeni prądem walczymy zażarcie o życie... Nic z tych rzeczy. Wróciliśmy do miasta i starając się nadrobić stracony czas rzuciliśmy się w kierunku wielkiego meczetu, niedaleko centrum w dzielnicy muzułmańskiej.

Z taksówki wysieliśmy przy głównym placu pomiędzy wieżami dzwonu i bębna. Dalej na piechotę ciasnymi uliczkami zastawionymi straganami ze wszystkimi rodzajami pamiątek. Później okaże się to być nasz ulubiony fragment miasta. Sam meczet niewiele różnił się od innych chińskich świątyń: ten sam układ pawilonów i placów, minaret w kształcie chińskiej pagody, bramy między podwórkami itd. Jednak widok rodowitych Chińczyków w białych diszdaszach i w białych muzułmańskich czapeczkach na głowach był dość oryginalny. Do tego czystość, porządek, zadbane toalety także odróżniały to miejsce od innych miejsc. Sala modłów, umiejscowiona na końcu kompleksu była juz niedostępna dla wiernych. Jednak z zewnątrz można było spokojnie się przypatrywać modlitwom Hui (muzułmańskich Chińczyków).

Gdy wyszliśmy z meczetu zaczęło się już zmierzchać. Zdążyliśmy przejść się niezwykle barwnymi i żywymi uliczkami handlowej muzułmańskiej dzielnicy oraz obejrzeć Wieżę Bębna. W atmosferze ulicy było coś takiego, że człowiek czuł się dobrze, spokojnie, bezpiecznie i przytulnie, pomimo wielkomiejskiego i metropolitalnego charakteru tego miasta. Po wieczornym spacerze wiedzieliśmy już, że chcemy tu zostać przynajmniej jeden dzień dłużej nawet kosztem zaplanowanej wizyty w Nankinie. Wizyta w hotelowej kafejce internetowej oraz rozmowa z recepcjonistką przekonała nas, że podtopienie było chwilowe, nic nam nie grozi i że następnego dnia o świcie jeszcze raz będziemy atakować terakotową armię.

0 komentarzy:

Prześlij komentarz

 


Igor Czajka - Copyright 2008. Wszystkie Prawa Zastrzezone.

mail do autora - Igor Czajka