aktualizacja w weekendy ;-)

piątek, 23 listopada 2007

Dzień 9, Podróż do Pingyao

7 sierpnia 2007, wtorek

Ten dzień przeznaczony był na podróż. Na wydostanie się z Taihuai i dotarcie przez Taiyuan do Pingyao. Autobusem. Po górach. 250 km w pięć godzin, przesiadka i kolejne dwie godziny kolejnym autobusem. Hardcore? Wiem, bywa gorzej. Może na przykład złapać człowieka sraczka i choroba lokomocyjna. Ale od początku.

Od rana lało jak z cebra. Dzień wcześniej recepcjonista (zachowywał sie jak właściciel hotelu, ale nie będę tu wnikał w struktury chińskich własności) zaproponował nam na migi, że przyjedzie po nas do hotelu bus do Taiyuan. Trochę się zdziwiliśmy, bo w przewodnikach wyczytaliśmy, że odchodzą one ze stacji na południowym, czyli przeciwległym do naszego, końcu miasta. Ale ok. Przewodniki mogą nie opisywać wszystkiego, sytuacja mogła się zmienić, rano czekamy. Czekamy, ale recepcjonista znowu zaczyna nam coś na migi tłumaczyć. W końcu zrozumieliśmy, że w autobusie, którym mieliśmy jechać, nie ma miejsc siedzących i pojedziemy następnym. OK, pół godziny opóźnienia nas nie zbawi, byle nie okazało się, że za chwilę trzeba pojechać jeszcze następnym. W końcu przyszła pora i przed hotelem zatrzymał się mały busik. No dobra, jakoś się zmieściliśmy. Busik po drodze zabierał kolejnych pasażerów i zaczynaliśmy sie cieszyć, że wsiedliśmy przy hotelu, gdy były jeszcze miejsca. Za wcześnie.

Dojechaliśmy busem do głównej stacji w mieście. Wszyscy wysiedli i nasz kierowca do nas także machał ręką, że mamy się przesiąść do drugiego autobusu, który jedzie do Taiyuan. Okazało sie że busik dowoził ludzi jedynie do autobusowego dworca. Wrzuciliśmy plecaki do luku bagażowego i pośpiesznie wcisnęliśmy się do zatłoczonego środka autobusu. Kierowca na pytanie o bilety machał przecząco głową i rękami kazał nam przechodzić dalej. Nad całym autobusowym tłumem przekrzykujących się pasażerów panował młody chłopak, który po wymianie zdań z kilkoma osobami wyprosił czterech ludzi z autobusu, wskazując im sąsiedni, najwyraźniej jadący następnym kursem, autobus. Dwie inne osoby wygonił z miejsc siedzących i usadził tam nasze kobiety. Na koniec sprzedał nam bilety i rozdał wszystkim stojącym pasażerom rozkładane stołeczki, by sobie usiedli w przejściu między siedzeniami. W ten sposób wszyscy, którzy zmieścili się w autobusie mieli miejsca siedzące. Tłum pasażerów był wyjątkowo karny, posłuszny i zorganizowany. Gdy na postojach wszyscy wysiadali, by rozprostować kości, przed odjazdem osoby siedzące w korytarzu wsiadały do autobusu dokładnie w takiej kolejności, jak wysiadali i w efekcie każdy siedział dokładnie w tym samym miejscu co przed postojem. Raz ustalony porządek był nienaruszalny do końca podróży.

W trakcie drogi z Gośką nawiązała kontakt młoda Chinka. Gdzie się da i jak tylko okoliczności pozwalają młodzi Chińczycy nie przepuszczą okazji, by nie sprawdzić sie w swoim angielskim i nie zaczepić turysty na przyjacielska pogawędkę. Gdy dojechaliśmy na miejsce, Gośka umiała już pokazywać liczebniki dłonią w chiński sposób, wiedziała, że koleżanka jest Mandżurką, a teraz ma wakacje i jeździ po kraju, by zobaczyć jak najwięcej się da. Aktualnie jedzie tam gdzie my, czyli do Pingyao. Niestety, jej imię zginęło gdzieś w otchłani niepamięci i odmętach fonetycznych utrudnień.

W Taiyuan autobus dojeżdżał do dworca na północy miasta, a do Pingyao odchodził następny autobus z dworca na południu miasta. Niestety, wszyscy, którym pokazywaliśmy chińskie znaczki oznaczające poszukiwany przez nas dworzec, pokazywali nam coś na migi w taki sposób, że nie potrafiliśmy ich zrozumieć. Postanowiliśmy dotrzeć do jakiejkolwiek ulicy i wziąć taksówkę. Przy wyjściu czekała na nas Mandżurka, która w międzyczasie wszystkiego się dowiedziała i teraz zabrała nas na przystanek autobusowy, by razem z nami pojechać na odpowiedni dworzec. W autobusie miejskim kolejny Chińczyk zaczepił nas tradycyjnym „where are you from?” Odpowiedziałem, że z Polski, a on pokiwał głową i kontynuował rozmowę z Mandżurką. Tematem rozmowy była ewidentnie nasza grupka. Na miejscu Mandżurka pomogła nam kupić bilety, odnaleźć właściwy autobus i razem z nami zapakowała się do środka. Podczas drogi Bartek nawiązał kolejną znajomość z sąsiadką Mandżurki, która także zwiedzała Chiny na własną rękę. Gdy dojechaliśmy na miejsce dogadaliśmy się wszyscy, żeby spróbować przenocować w tym samym miejscu. Dzięki temu mieliśmy aż do hotelu prowadzącego nas za rączkę przewodnika, który pilnował, by żaden z rikszarzy nas nie oszukał.

Nasz hotel okazał się niezbyt atrakcyjnym miejscem dla naszych nowo poznanych towarzyszek, więc umówiliśmy się na wieczór na kolację i poszliśmy się odświeżyć. Nie szukaliśmy już innego lokum, bo za ten hotel zapłaciliśmy zaliczkę jeszcze w Datongu. W recepcji miały na nas czekać bilety kolejowe z Pingyao do Xi'an, ale nie czekały. Kobieta starała sie nam wytłumaczyć, że bilety dojdą do niej faxem, ale po doświadczeniach z Taihuai te tłumaczenia, zamiast uspokojenia tylko wzmogły nasz niepokój. Dodatkowo okazało się, że nie są na preferowana przez nas godzinę, a recepcjonistka stwierdziła, że jak chcemy to możemy iść na stację i spróbować kupić bilety na własną rękę. Tak zrobiliśmy, ale niestety zgodnie z przewidywaniami biletów nie dostaliśmy. Po sporej dawce nerwów bilety doszły w końcu faxem późnym wieczorem. Pozostawało pytanie, czy zdadzą się nam na cokolwiek wydrukowane odbitki biletów?

Wieczorem spotkaliśmy się przed hotelem z „naszymi” dwiema Chinkami i ruszyliśmy w poszukiwaniu jakiejś fajnej restauracyjki na wieczór. Wszyscy byliśmy w Pingyao po raz pierwszy więc wybór lokalu podyktowany był przede wszystkim przypadkiem. Niemniej tego wieczora doświadczyliśmy na własnej skórze kilku elementów różnych historii, o których by można sądzić, że są efektem zadziałania stereotypów o Chińczykach. Zaczęło się od długiego oczekiwania na kelnerkę, która z niejasnych powodów nie mogła podejść do naszego stolika. Gdy do niego w końcu podeszła dała nam menu dla obcokrajowców. Nasze Chinki poprosiły o chińskie menu i wtedy zaczął się kolejny problem. My mogliśmy dostać jedzenie jedynie z menu dla obcokrajowców. Tam były dania przygotowywane z innych, droższych składników, a produkty dostępne dla Chińczyków byłyby dla Europejczyków niezjadliwe. Tak tłumaczyła kelnerka, Mandżurki tłumaczyły na angielski, a my się obśmiewaliśmy w duchu z tych żołądkowych różnic. W końcu, nie chcąc przeciągać dłużej tej niezręcznej sytuacji zgodziliśmy się na menu europejskie i zamówiliśmy jakieś polecone przez Mandżurki dania.

Gdy czekaliśmy na jedzenie jedna z dziewczyn na chwilę zniknęła, by po jakimś czasie wrócić z małym pakunkiem i pytaniem, czy nie chcielibyśmy spróbować chińskiego ryżowego wina? Oczywiście z chęcią spróbowaliśmy dziwnie smakującego brązowego płynu, w którym dawało sie wyczuć smaki jęczmiennego słodu, spalonego karmelu, ciemnego piwa i parę jeszcze innych niezidentyfikowanych nut przyprawionych goryczą i korzeniami. Rozmowa nie toczyła się wartko, ale też nie zapadała w zasadzie ani na moment żadna niezręczna cisza. Ze względu na lepszą znajomość angielskiego ciężar rozmowy przejęła niemal w całości na siebie starsza Chinka, która wykazywała się zaawansowanymi umiejętnościami dyplomatycznymi gładko wychodząc z najtrudniejszych pytań. Na pytanie, dlaczego kelnerka sie tak denerwuje i tak pokrzykuje, usłyszeliśmy, że ona jest po prostu bardzo zmęczona i nieco „confused”, ale wcale nie jest na nas o nic zła. ;-) Bezrobocie w Chinach jakieś pewnie jest, ale to dlatego, że absolwenci szukają pracy, ktoś właśnie zmienił miejsce zamieszkania, albo nie chce pracować, ale oficjalnych danych na ten temat to ona nie zna. Usłyszeliśmy też, że kiedyś to były czasy, że z Chin ludzie wyjeżdżali na studia i po studiach zostawali za granicą, a teraz coraz częściej wracają po studiach do Chin, bo tu widzą swoja przyszłość. Generalnie z tego co słyszeliśmy, w Chinach jest super i nawet jeśli komuś się coś nie podoba to są to odosobnione przypadki.

W jej słowach było tyle spokoju, racjonalnej argumentacji, przekonania i wiary, że do dziś się zastanawiam, czy rozmawiała z nami szczerze, czy też powodowała nią ostrożność robiącego karierę naukowca. Była wszak doktorem biochemii i genetyki, albo czegoś w tym rodzaju. Rozważałem także jeszcze jedną opcję – że mieliśmy do czynienia z agentem prowadzącym rozpoznanie grupy turystycznej, sprawdzającym nasze nastawienie do Chin lub interweniującym w sytuacji bezpośredniego niekontrolowanego kontaktu młodej chińskiej studentki z grupą samodzielnych Europejczyków. Jak by nie było, jedno jest pewne – moglibyśmy się od Chińczyków sporo nauczyć w kwestiach solidarności narodowej, promowania swojej kultury, sprzedawania wizerunku i budowania pozytywnego wrażenia. Obojętne czy mieliśmy do czynienia z agentem czy ze zindoktrynowanym naukowcem – poziom dumy z własnego narodu i własnego kraju poparty konkretnymi przykładami, był nie do osiągnięcia przez żadnego znanego mi Polaka. Przy czym nie była to postawa zawierająca najmniejszy nawet element pogardy dla innych, jak to bywa u Europejczyków, to była duma i szacunek, i to budziło respekt.

0 komentarzy:

Prześlij komentarz

 


Igor Czajka - Copyright 2008. Wszystkie Prawa Zastrzezone.

mail do autora - Igor Czajka