aktualizacja w weekendy ;-)

wtorek, 6 listopada 2007

Dzień 8, Senne Taihuai

6 sierpnia 2007, poniedziałek

Założenie planu wycieczki było takie, że wykorzystamy Taihuai jako miejsce odpoczynku po pekińskim sprincie. Położone w górach ciche miasteczko wydawało nam się idealnym miejscem do takiego celu. Odpoczynek od biegu, odpoczynek od tłumów, odpoczynek od upałów. Pierwszy dzień pobytu wypadł niezbyt fartownie bo w niedzielę, kiedy to senne miasteczko przeżywało oblężenie chińskich turystów pragnących zgłębić tajniki wiary swoich przodków. Dziś miało być znacznie spokojniej, postanowiliśmy wybrać się do świątynek i klasztorów położonych z dala od centrum, na szczytach okolicznych wzgórz. Jednak Dorota z Bartkiem ciężko przeżyli noc, która wymęczyła ich sensacjami w konsekwencji kontaktu z tubylczymi mikrobami. Zawinił najprawdopodobniej wieczorny posiłek w miejscowej restauracji. W efekcie przerwę w zwiedzaniu spędzili w hotelowych łóżkach.

Mgliste poprzedniego dnia Taihuai przywitało nas równie mglistym porankiem. Z biegiem czasu jednak mgła jaśniała coraz bardziej, więc zgodnie z planem wjechaliśmy kolejką linową na najbliższe wzgórze, skąd można było podziwiać piękną panoramę całej doliny. Na ścieżce wijącej się pod krzesełkami oprócz spacerowiczów sunęły juczne konie, a pomiędzy skałami można usadziły się czerwone ceglane domki. W samym klasztorze jak to w turystycznym miejscu jeden oferował zdjęcia turysty z aureolą, zawieszonego nad doliną, drugi pozwalał robić zdjęcia swojej małej tresowanej małpce, inni sprzedawali kadzidła, inni wodę itd. Zabawna była scena gdy jakiś Chińczyk chciał zrobić zdjęcie białasowi, na co białas wyciągnął w jego kierunku otwartą rękę i kategorycznym tonem zawołał „five yuan! Five yuan!” Chińczyk trochę się zdziwił, skonfundował i zawstydzony wycofał się z zamiaru zrobienia zdjęcia.

Zeszliśmy po schodach mijając po drodze kilkunastu pielgrzymów padających co trzy kroki na twarz. Matka z córką ubrane po europejsku, chłopak wyglądający na studenta, stary mnich z długą brodą. Wszyscy wspinali się cierpliwie do kolejnego na ich drodze świętego miejsca.

Postanowiliśmy dotrzeć do świątyni położonej na wzgórzu na przeciwległym końcu miasteczka, omijając szerokim łukiem jego centrum. Minęliśmy targowe stragany, kobiety robiące w rzece pranie, łąkę, krzaki, jakieś slumsy i jakieś rezydencje. Wszystko w spokojnej symbiozie dotykało jedno drugiego rozwiewanymi na wietrze włosami. Dwa kroki mogły być postawione w zupełnie różnych światach. Z głównej ulicy znowu skręciliśmy w kierunku ledwo zarysowanej ścieżki. Jedynie intuicja podpowiadała, że tędy dojdziemy gdziekolwiek indziej niż na czyjeś podwórko. Sprawdziło się – ścieżka zaprowadziła nas na szczyt wzgórza do lamajskiej świątyni.

Okazało się to być chyba najmagiczniejszym miejscem w całej dolinie. Przynajmniej z tych, które widzieliśmy. Cisza, spokój, na dziedzińcu dwu mnichów składa z kolorowego papieru coś na kształt kapeluszy, inny mnich wykuwa chińskie znaki na kamiennych płytach, jeszcze inny bez ruchu kontempluje swoje istnienie na tym świecie. Oprócz nas ani jednego turysty. Matka z córką przyszły się tu pomodlić. Miałem ochotę zostać tu do końca dnia. Wewnątrz świątyni jak i w jej najbliższym otoczeniu rozwieszone tysiące kartek z modlitwami. Na zewnątrz murów wysoki maszt telekomunikacyjny był spod tych karteczek prawie niewidoczny. Surrealistycznej całości dopełniały dwie anteny satelitarne z ażurowymi talerzami oraz aparat telefoniczny leżący na murze. Wokół pomiędzy drzewami podziwiać można zarówno widoki miasta jak i surowych zielonych gór.

Po zejściu na dół, obejrzeliśmy jeszcze jedną świątynię, która niewiele różniła się od pozostałych poza dziwnymi mrocznymi i demonicznymi rzeźbami na ścianach, które przedstawiały chyba jakieś rośliny otaczające różne wcielenia buddy. Poza tym główny posąg Buddy był posadzony na olbrzymim smoku, co też było dość nietypowe, ale nigdzie nie znaleźliśmy wyjaśnienia tej symbolicznej anomalii. Zresztą i tak nie mieliśmy siły szukać, bo pod koniec tego dnia, gdy człapaliśmy noga za nogą w kierunku jakiejś restauracji, uświadomiliśmy sobie głębokie uczucie przesytu buddyjskimi świątyniami.

Nie chodzi przy tym o ich liczbę. Chodzi o ich ten sam, jednakowy, powtarzalny, architektoniczy i klimatyczny schemat. Ten sam układ budynków, te same przepiękne smocze, lwie, jelenie zdobienia, takie same żółto-czerwone kolory, takie same łuki dachów, a w środku takie same tłumy, takich samych chińskich turystów, tych samych sprzedawców pamiątek i wszędzie ten sam pospiech by obejrzeć wszystkie takie same posągi buddy, przy których możliwa jest jedynie ta sama zabawa pod tytułem „znajdź dziesięć szczegółów”. Jak na te kilka pierwszych dni, to było stanowczo za dużo. Tego dnia wrzuciliśmy nieco na luz i to była bardzo dobra strategia, by pod koniec wyjazdu nie marzyć tylko o powrocie.

0 komentarzy:

Prześlij komentarz

 


Igor Czajka - Copyright 2008. Wszystkie Prawa Zastrzezone.

mail do autora - Igor Czajka