aktualizacja w weekendy ;-)

poniedziałek, 17 września 2007

Dzień 7, Taihuai w tłumach

5 sierpnia 2007, niedziela

Taihuai to małe miasteczko na dnie kotliny otoczonej pięcioma świętymi górami, z których najwyższa ma 3050 m wysokości. Góry te, po chińsku nazwane Wutai Shan, pomimo swej wysokości wyglądają jak rozdmuchane trąbką Pana Kleksa polskie Bieszczady. Łagodne, pokryte zielenią zbocza, wznoszą się nad okolicę unicestwiając horyzont. Gdzie nie spojrzysz – góry. Podczas naszego pobytu prawie wcale nie było słońca i nawet przy przejaśnieniach widoczne były tylko najbliższe wzniesienia. Dalsze, te najważniejsze, zawsze były skryte za chmurami.

Całe miasteczko pokryte jest świątyniami, jest trochę świeckich mieszkańców, ale większość to mnisi oraz tłumy turystów. Przemysł świątynny na dużą skalę. Z jednej strony mieliśmy pecha, że trafiliśmy na weekend, kiedy masy Chińczyków przyjeżdżają tu, by poznawać tajniki własnych religii lub po prostu zwiedzać święte miejsce buddyzmu. Z drugiej strony było w tym też coś ciekawego: patrzeć i uczestniczyć w tych tłumach, w których modlitewne zapamiętanie przeplatało się klasyczną tłumną turystyką i z grupami o charakterze edukacyjnym, gdzie przewodnik objaśniał w jaki sposób się trzeba modlić i oddawać cześć Buddzie.

Ruszyliśmy więc w rejs po świątyniach. Przed Rewolucją Kulturalną było ich w okolicy ponad 200, teraz jest ich tu ponoć 40, ale ja mam wrażenie, że jest ich znacznie więcej. Co krok świątynia, za każdym rogiem klasztor, tutaj żeński, tutaj męski, tutaj malutki, a tam wielki kompleks. Wchodziliśmy także do tych na uboczu, ale i tak trzeba płacić za wstęp, za to było jednak w miarę spokojnie i był piękny widok na kotlinę. Doszliśmy do centrum i zaczęliśmy poruszać się według przewodnika. Najpierw do Luohou Si, gdzie Budda siedzi na wirującym kwiecie lotosu, który podczas obracania rozchyla swe płatki. Niestety, kwiat był nieruchomy. Po drodze inna świątynia o niezidentyfikowanej nazwie, gdzie były wyjątkowo kolorowe wielkie młynki modlitewne. Przy wejściu siedziała para mnichów, z których jeden popijał sobie coca-colę na tle wypasionego samochodu. On też chyba miał świadomość absurdu tej sceny, bo gdy zobaczył nas robiących mu zdjęcie, podniósł butelkę do góry i kiwając do nas głową serdecznie się uśmiał. Następnie ruszyliśmy do Białej Stupy w Tayuan Si. Nie było łatwo do niej trafić w labiryncie świątynek i klasztorków – nigdy nie wiedziałeś czy wchodząc gdzieś, przechodzisz dalej uliczką, czy wchodzisz do kolejnego sanktuarium? Biała Stupa to olbrzymia na prawie 50 m wysokości biała murowana bania w kształcie pękatej butelki osadzona na kwadratowej podstawie. Wzdłuż boków tej podstawy ustawione były młynki modlitewne - na takim młynku wypisana jest modlitwa, każdy obrót młynkiem jest równy zmówieniu tej modlitwy. Pielgrzymi obchodzą więc stupę dookoła kręcąc młynkami, ile sił w rękach. Ja też nie mogłem sobie darować i „zmówiłem” wszystkie umieszczone tutaj buddyjskie modlitwy.

Odkąd zobaczyłem buddyjskie stupy w Sanchi w Indiach, zastanawiałem się zawsze, po co one były budowane, jakie mają funkcje? Olbrzymia budowla w kształcie kopuły, do której nie da się wejść, można jedynie ją obejść dookoła, co kryje w środku? Czy jest tylko zaznaczeniem miejsca? Czy też skrywa jakieś święte szczątki? Czy jest tam jakieś tajemne wejście do tajemnej krypty? Dalej tego nie wiem, jednak gdzieś doczytałem się, że stupa pełni funkcję relikwiarza. Jednak jak może wyglądać relikwia buddyjska? Zagadki, zagadki. Kto pomoże je rozwiązać?

Przy Białej Stupie przycupnęliśmy sobie na chwilę, by odsapnąć, pokontemplować i poczytać przewodniki. Obserwowałem sobie grupę ubranych w mnisie szaty osób, która wyglądała jak rodzina. Najmłodsza "mniszka" wyglądała na jakieś cztery latka, ale dziarsko padała na kolana, następnie na twarz i ponownie od nowa ręce w geście modlitwy: na baczność, na kolanach i na płask na brzuchu na macie modlitewnej. Nieco później będziemy widzieć jeszcze nie raz osoby poruszające się w tym modlitewnym rytmie: trzy kroki w przód - złożone ręce nad głowę, skłon, na kolanach ponownie złożone ręce nad głowę – dotknięcie czołem ziemi, wyciągnięcie się na ziemi zupełnie na płask z rękami złożonymi nad głową – powstanie i trzy kroki do przodu. Niektórzy poruszali się kłaniając się co krok, inni co trzy kroki. Widzieliśmy takich pielgrzymów na głównej szosie, na górskich ścieżkach oraz na licznych w okolicy schodach prowadzących do świątyń.

Zabawnie wyglądali mnisi siedzący w tradycyjnych strojach w historycznym miejscu zapamiętale wystukując sms-y. Są przy tym niesamowicie bezpośredni, nie tylko gdy się ich o coś zapyta, ale także gdy oni chcą się czegoś dowiedzieć. W pewnym momencie do naszej siedzącej grupki podeszła młoda mniszka, delikatnym ruchem wyjęła z ręki Doroty, jak gdyby nigdy nic, nasz przewodnik i zaczęła go kartkować. Na nasze zdziwione spojrzenia odpowiedziała uśmiechem, pokiwała głową i wróciła do kartkowania. W końcu jej sie znudziło, grzecznie podziękowała, oddała przewodnik, spytała kontrolnie o coś, a skoro nie mogliśmy się porozumieć to pożegnała się i poszła.

Następnym punktem programu była Pusa Ding, świątynia do której na ostatnim odcinku prowadzą schody o 108 stopniach, czyli tyle samo, ile jest paciorków w buddyjskim różańcu. Mieliśmy nadzieje na widok na całą kotlinę, bo świątynia położona jest na wzgórzu wyrastającym pośrodku miasteczka, ale niestety klasztorne mury były zbyt wysokie, nie było okien na zewnątrz i jedynie sprzed bramy było cokolwiek widać. W tym miejscu poziom natężenia tłumów pobił wszelkie rekordy i szybko stąd uciekliśmy. Po drodze można było zaobserwować oprócz handlarzy sprzedających egzotyczne rzeczy do jedzenia, także próby tradycyjnej orkiestry chińskiej (niestety widzieliśmy ją z dala, nie udało się dotrzeć bezpośrednio do muzyków) lub turystów wnoszonych przez tragarzy w lektykach. Z tej ostatniej usługi korzystali chyba jedynie chińscy turyści.

Gdy wróciliśmy z góry, przy głównym placu, gdzie miasto przechodziło w klasztorny kompleks, zebrali się mnisi w celach dla nas nieznanych. Plac, nad którym góruje i ogarnia ciepłym spojrzeniem biały Milarepa, nie jest duży, a po obu jego stronach są kamienne tarasy, na których rozsiadł się całkiem spory tłumek mnichów. Po jednej stronie grupa ubrana w czerwono-żółte szaty, po drugiej grupa ubrana w szare habity z żółtymi wstawkami. Jedna i druga coś mantrowała, ale nie korespondowało to ze sobą w żaden sposób. Cała sytuacja wyglądała, jak by to były przygotowania do jakiś zawodów w mantrowaniu. Posiedzieliśmy jakiś czas z nimi, bo wyglądali niezwykle malowniczo, ale nie doszliśmy do odpowiedzi na pytanie o cel tego zgromadzenia.

Na zakończenie podjechaliśmy do świątynki położonej nieco za miastem, obok której znaleźliśmy buddyjski cmentarz. Cisza, spokój i piękny widok na miasteczko. Miły akcent na koniec dnia. Wieczorem poszliśmy jak codzień do knajpki na kolację. Czekaliśmy na swoje dania, gdy przy sąsiednim stoliku zasiadła do uroczystej kolacji dość liczna rodzina. Wyglądali na bardzo podekscytowanych, później się okazało, że to czyjeś urodziny. Do stolika podeszła para miejscowych grajków. Facet z gitarą elektryczną oraz kobieta z mikrofonem. Mieli także mały piec oraz listę utworów do grania. Jubilat długo nie mógł się zdecydować, w końcu wybierał jakąś piosenkę i z rzężącego głośnika poleciały przesterowane dźwięki disco-chinko. Musieliśmy wyglądać na zafascynowanych tym co się dzieje, bo w pewnym momencie zaczęli do nas machać zapraszającymi gestami i pokazywać, żebyśmy zaśpiewali razem z nimi. My broniliśmy się jak mogliśmy i serdecznie w naszym poczuciu, acz stanowczo odmawialiśmy. Bartek nawet już się łamał, ale niestety ja spanikowałem i powiedziałem stanowcze veto. Jak zwykle w takich sytuacjach, wydelegowana został najmłodsza Chinka, która łamanym angielskim najpierw nas pozdrowiła w imieniu grupy, wypytała skąd jesteśmy i zaprosiła do śpiewania. My po raz kolejny wymówiliśmy się brakiem umiejętności i w końcu dali nam spokój. Dopiero później doczytaliśmy się, że u Chińczyków to normalne, że często w restauracjach świętuje cała rodzina najprzeróżniejsze okazje, a gości zaprasza się do wspólnego śpiewania z gospodarzem. Umiejętności nie mają tu nic do rzeczy, a liczy się chęć sprawienia przyjemności gospodarzowi. Także okazaliśmy się sporymi gburami, bo nie przyjęliśmy przyjacielskiego zaproszenia do dzielenia się rodzinną radością.

2 komentarze:

  1. Jeśli chodzJeśli chodzi o stupe, to zapraszam na obojetnie jaki serwis buddyjski, np buddyzm.pl lub buddyzmwprost.pl i nastąpi oświecenie :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Dzięki za wskazówki - na pewno skorzystam! ;-))))

    OdpowiedzUsuń

 


Igor Czajka - Copyright 2008. Wszystkie Prawa Zastrzezone.

mail do autora - Igor Czajka