aktualizacja w weekendy ;-)

piątek, 14 września 2007

Dzień 6, Wiszący Klasztor i inne

4 sierpnia 2007, sobota

Raniutko szybkie pakowanie i do samochodu. Niestety, o ile większość taksówek ma klimatyzację i to nastawioną na taką temperaturę, że można się przeziębić, to tym razem, na długą trasę do Wutai Shan dostaliśmy samochód bez klimy. Trochę złości, ale trudno, damy radę. Na szczęście plecaki się zmieściły do bagażnika starej Jetty i ruszyliśmy, najpierw do Drewnianej Pagody w Yingxian. Trochę mi ścierpła skóra, gdy przy wyjeżdżaniu z miasta, nasz kierowca dzwonił (chyba) do szefa i dopytywał się (chyba) o drogę (bo najpierw mocno się rozglądał, na rondzie zwolnił, za rondem stanął i dalej się rozglądając zaczął rozmawiać przez telefon). Jak on chce nas zawieźć gdzieś szmat drogi stąd jak nie wie jak z miasta wyjechać? Później się okazało, że facet (chyba) pochodził z okolic Wutai Shan, bo na ostatnich serpentynach jechał tak, że trzymaliśmy się siedzeń.

Najpierw jednak po dwugodzinnej drodze autostradą dotarliśmy do Yingxian. Już z daleka widać było górującą nad płaską okolicą wysoką na prawie 70 m pagodę. Z bliska nie robiła jednak wrażenia tak dużej. Z bliska wrażenie robiła misterna konstrukcja drewnianych belek. Nie wiem jak i nie wiem po co, tworzono tak skomplikowane drewniane łamańce, ale ponoć najstarsza chińska budowla z drewna, wysokości 20-piętrowego bloku, przetrwała w nienaruszonym stanie 1000 lat i 7 trzęsień ziemi. To się nazywa solidna robota. W ogóle z czasem patrząc na różne funkcjonujące na miejscu rzeczy zacząłem podejrzewać przebiegłych Chińczyków, że specjalnie zalewają nas tym chłamem, żeby za pomocą takiej dywersji podkopać funkcjonowanie zachodniego świata. Rzeczy funkcjonujące na miejscu nie wyglądały już na taki chłam, jaki dociera do Europy. I nie dotyczy to tylko tysiącletnich zabytków. ;-)

W pagodzie można wejść na drugi z 9 poziomów, lecz to w zupełności wystarcza by móc obejrzeć panoramę miasteczka. W każdą stronę świata inny widok. Z jednej strony widok na coś w rodzaju stepu. Nieco w prawo zaczynają się szare, łukowate i monotonnie jednolite dachy hutongów. Dalej hutongi przechodzą w osiedle bloków, by poruszając się po linii horyzontu wzrok dotarł do osiedla całkiem nowych blokowisk na kształt Ursynowa. Co ciekawe, wzdłuż głównych ulic odbudowano domy w tradycyjnym chińskim kształcie, tak że idąc ulicą człowiek ma wrażenie, że idzie ulicą starówki. Dopiero z tarasu widokowego widać, że za pojedynczym rzędem tradycji czają się klasyczne nowoczesne blokowiska.

Od kierowcy dostaliśmy godzinę na zwiedzanie, a jak zwykle dość mocno nam się to przedłużyło, więc był nieco zniecierpliwiony jak przyszliśmy do samochodu. Ruszyliśmy dalej w kierunku Wiszącego Klasztoru. Droga nie była już tak dobra, ale ciągle przejezdna. Raz tylko przejechaliśmy po jakimś fragmencie zastępczym, po dziurach i dołach pokrytych żwirem, na szczęście nie trwało to długo. Wjechaliśmy z powrotem na asfalt prosto w środek bajkowego wąwozu. Góry powiększały się coraz bardziej, wąwóz rósł w oczach jak by chciał nas za chwilę połknąć. W pewnym momencie nasz kierowca zaklął głośno i uderzył z całej siły w kierownicę. Rzecz u Chińczyków niespotykana, oni naprawdę starają się nie okazywać emocji. Coś się musiało stać. Z samochodem wygląda, że wszystko w porządku, pytająco zerkałem więc na kierowcę, intensywnie wypatrując przyczyny. Kierowca wyciągnął rękę przed siebie wskazując na gigantyczny korek na górskiej drodze.

Zatrzymaliśmy się u wlotu do doliny, gdy droga zaczęła się podnosić. Sznur ciężarówek busów i samochodów ciężarowych stał z wyłączonymi silnikami, a z naprzeciwka nie jechały żadne samochody. No to super. Nic nie możemy zrobić, bo nie mamy się jak dogadać, nasz kierowca nie mówi ani słowa po angielsku. Nie wiemy czy jest jakaś inna droga, czy to jakiś wypadek, czy też to w tutejszych górach normalne, czy też za chwilę wszystko ruszy? Kierowca tak jak my wpatruje się w wijącą się po stoku doliny drogę, rozmawia z miejscowymi, ale widać, że tak jak my, nie wie co robić. W końcu klepiąc się po nogach daje nam do zrozumienia że powinniśmy pójść piechotą. No dobrze, ale czy mamy dojść już do Wiszącego Klasztoru? Jak to jest daleko? Czy zostawić bagaże w jego samochodzie? Co robić? Nie ma się kogo spytać, nie ma się kogo poradzić. Żaden Chińczyk w okolicy nie mówi po angielsku, nikt nie może służyć za tłumacza. Tak stojąc i głośno się zastanawiając, co dalej robić, usłyszeliśmy w pewnym momencie znajome:
- Cześć!
- O! Cześć! Z nieba nam spadacie, nie wiecie czy daleko do klasztoru?
- Z tamtego miasteczka jest podobno 5 km, więc stąd będzie jakieś 1-2 km. Możecie spokojnie uderzać z buta.
- 2 km? No to nie ma się nad czym zastanawiać, idziemy! Dzięki wielkie!
- Nie ma sprawy, do zobaczenia w klasztorze!

Grupka studentów, zesłana nam przez Opatrzność poszła sobie pod górę, a my umówiliśmy się z kierowcą, że on na nas zaczeka w tym miejscu a później pojedziemy dalej. Kierowca był szczęśliwy, że w końcu zakumaliśmy, o co mu chodzi. Także ruszyliśmy i po kilkunastu minutach marszu byliśmy u wejścia do kolejnego turystycznego kompleksu. Tuż przed brama spotkaliśmy wracającego jednego ze studentów.
- Już z powrotem?
- Nie, ja to chrzanie, ja nie trawię takich tłumów. Jak spojrzałem na to co się dzieje w tym klasztorze, to wymiękłem, sorry, ale ja nie potrafię w takich warunkach, walę to.
- A skąd jedziecie?
- Z Mongolii, tam to jest tak jak lubię, przestrzeń, cisza, brak ludzi, naprawdę można odjechać. A tutaj? Odkąd wjechaliśmy do Chin to jakiś koszmar, wszędzie ludzie, tłumy, wszystko się kłębi... To nie na moje nerwy...

Pogadaliśmy jeszcze trochę o Mongolii i pożegnaliśmy się odchodząc w przeciwne strony. Przed widocznym w oddali, przyklejonym do ściany klasztorem, był jak wszędzie kombinat turystyczny: sklepy i knajpy. Wypiliśmy kawę i ruszyliśmy w górę po schodach. Klasztor rzeczywiście przyklejony do pionowej ściany, wsparty na tyczkach, sprawiał wrażenie trochę powiększonego domu dla lalek. Wąskie schodki, niskie stropy, małe cele. Nie było wydrążonych w skale głębokich komnat. Nie mam pojęcia gdzie mieszkali mnisi, zwłaszcza w zimie. Wyglądało to tak jakby były tylko cele modlitewne, w każdej stał jakiś posążek. Oczywiście nie było śladu po jakiejkolwiek atmosferze kontemplacji czy zadumy, bo kolejka przesuwająca się tylko w jedna stronę dyscyplinowała i skutecznie zniechęcała do jakichkolwiek refleksji. Przeszliśmy całość w stylu japońskim, tzn. Obfotografowaliśmy wszystko co się dało i uciekliśmy. Inaczej nie było można. Świadomość, że te budowle trwają przyklejone do ściany od 1400 lat trochę łagodziła ból tłumów. Z drugiej strony sam tłum w Chinach też jest egzotyczny, bo składa się w głównej mierze z Chińczyków.

Przy wyjściu dorwała nas jakaś Chinka i powiedziała, że nasz drajwer na nas czeka i jest tam. Wzrok pobiegł za jej palcem i natknął się rzeczywiście na naszego kierowcę. Trzeba przyznać, że organizacja u Chińczyków jest ich mocna stroną. Skąd ta kobieta wiedziała, że nasz kierowca czeka akurat na nas? W tym miejscu było sporo białasów. W jakiś sposób musieliśmy się wyróżniać ;-) Zjedliśmy cos na kształt obiadu i ruszyliśmy w dalszą drogę. Do przejechania było jeszcze ze 200 km. Szosa wiła się po pięknych górach, wyjeżdżała na płaskowyże, mijała lessowe tarasy i wydrążone w lessie mieszkalne jamy. W takich jamach podobno do dzisiaj mieszka jeszcze 40 mln ludzi. Przy ciekawszych widoczkach - gdy wszyscy wydawaliśmy z siebie głośne, pełne zachwytu westchnienia, łapiąc przy tym za aparaty – nasz kierowca zatrzymywał się na poboczu i mogliśmy na spokojnie porozkoszować się widokami i popstrykać fotki. Trzeba przyznać, że było to bardzo miłe ze strony kierowcy. Ostatni odcinek, jak juz wspominałem pokonaliśmy trzymając sie foteli, facet bowiem po serpentynach Wutai Shan pędził jak szalony trąbiąc na zakrętach. Przed zjazdem w dolinę musieliśmy zapłacić jeszcze po 90Y za bilet wstępu i zjechaliśmy do hotelu w Taihuai.

Wysiedliśmy z samochodu i nic nie zapowiadało burzy jaka za chwile miała się rozpętać. W Datongu zarezerwowaliśmy czteroosobowy pokój z łazienką w hotelu w Taihuai za 40Y. A tu hotel z pokojami dwuosobowymi, czysty, schludny, ale drogi – ponad 300Y za pokój. Powiedzieliśmy zatem twardo, że chcemy jechać do hotelu, który mamy zarezerwowany. OK, pojechaliśmy. Na miejscu hotelarz długo oglądał nasz kwitek rezerwacji, a w końcu zaprowadził nas kilkaset metrów dalej, do jakiegoś baraku, który wyglądał jak na naszych ogródkach działkowych, a kibel miał być w ty pierwszym miejscu. Roześmialiśmy się i powiedzieliśmy, że to miał być pokój z łazienką a nie jakiś cuchnący stęchlizną barak. Oczywiście znajomość angielskiego naszych rozmówców ograniczała się jedynie do podstawowych liczebników oraz słów „room” i „days”. Nie mogliśmy dojść do porozumienia, poprosiliśmy więc kierowcę o telefon do jego szefa w Datongu. Po długich rozmowach okazało się, że hotel nie chciał jednak zgodzić się na umówione warunki za tą cenę, twierdząc jednocześnie, że nie ma wolnych lepszych pokojów. Jedyną rzeczą, którą facet CITS w Datongu mógł dla nas zrobić to zwrot zaliczki. Kierowca oddal nam więc zaliczkę i pojechaliśmy do innego hotelu w poszukiwaniu miejsca. Po długich poszukiwaniach, dyskusjach i targach, postanowiliśmy wrócić do pierwszego hotelu i tam potargować się o cenę. Różnica w cenie nie była bowiem duża, natomiast różnica w jakości była znaczna. Wytargowaliśmy ostatecznie 200Y za pokój dwuosobowy, w którym postanowiliśmy spać we czwórkę. Łóżka były tak szerokie, że dwie osoby spokojnie się na nich mieściły. Kierowca okazał nam tyle cierpliwości i życzliwości, że postanowiliśmy na koniec oddać mu wytargowane w Datongu 50Y.

Wykończeni męczącym dniem z emocjonującym zakończeniem – zasnęliśmy po kolacji w knajpie szybko i bez problemu.

0 komentarzy:

Prześlij komentarz

 


Igor Czajka - Copyright 2008. Wszystkie Prawa Zastrzezone.

mail do autora - Igor Czajka