aktualizacja w weekendy ;-)

środa, 12 września 2007

Dzień 5, Datong

3 sierpnia 2007, piątek

Pierwsze kroki tego dnia skierowaliśmy do biura CITS. Postanowiliśmy spróbować dogadać się na przejazd do Wutai Shan. Okazuje się, że za 600Y możemy wynająć samochód, który zawiezie nas do Taihuai zahaczając po drodze o Drewnianą Pagodę w Yingxian oraz Wiszący Klasztor. Poprosiliśmy także o zarezerwowanie hotelu w Taihuai oraz Pingyao, a także zamówiliśmy rezerwację biletów kolejowych z Pingyao do Xi'an. Bilety miały na nas czekać w hotelu w Pingyao. Wszystko wyglądało na świetnie zorganizowane, zapłaciliśmy więc prowizję, znegocjowaliśmy cenę samochodu do 550Y i ruszyliśmy zwiedzać groty Yungang.

W grotach posągi buddy. Tysiące posągów buddy. Budda trzymetrowy, budda siedemnastometrowy, kilkaset buddów dwucentymetrowych, buddysie kolorowe i naturalnie kamienne, buddysie w całości i wybrakowane. Posągi i groty, groty i posągi. Najstarsze groty z V w. Gdzieniegdzie dziury po posągach ukradzionych przez archeologów. Część z zachowanymi lub odnowionymi zdobieniami barwnymi. Nie będę tu przepisywał przewodnika, bo nie to jest moim celem, więc poprzestanę na tym, że całość robi wrażenie. Jednak wykute w skale dżinijskie rzeźby w okolicach Gwalioru w Indiach zdecydowanie bardziej mi się podobały.

Po obejrzeniu grot wracamy do miasta, by liznąć trochę starówki. Poranne wrażenie było dość przygnębiające. Pył i kurz, ruina na podwórkach, najprzeróżniejsze pojazdy samoróbki, obraz zniszczonego przemysłowego miasta, przy którym Katowice w PRL-u były na naprawdę wysokim poziomie. Lądujemy na głównym placu i kierujemy się w stronę zaznaczonych na mapie świątynnych kompleksów. I tu niespodzianka. Plac jest równy, czysty, schludny i kolorowy. Po drodze mijamy kolorowe reklamy z chińskimi znakami, równo ustawione rowery i skutery przed bogatymi domami towarowymi, gdzieniegdzie na ustawionej na chodniku scenie promocyjne koncerty i konkursy. Życie tętni, zapachy jedzenia wokół, młode Chinki z utapirowanymi włosami, młodzi Chińczycy w modnych ciuchach i żelem na głowie. Pomieszane to wszystko z rozłożonymi bezpośrednio na ziemi sprzedawcami najróżniejszych, nikomu niepotrzebnych rzeczy.

Weszliśmy w boczną uliczkę i doszliśmy do świątyni. Wyglądała na niedawno odnowioną, a okazało się że to najprawdopodobniej po prostu jest nowa świątynia. Wewnątrz kręciło się sporo mniszek i mnichów i wyglądało na to, że szykują się do swojego nabożeństwa (?). Rzeczywiście, w pewnym momencie zebrali się w ostatnim głównym pawilonie, prowadzący mnich zaintonował mantrę i rozpoczęło się coś w rodzaju buddyjskiej mszy. Po obu stronach umieszczonego pośrodku posągu stały dwie grupy mnichów zwrócone do siebie twarzami. Jeden mnich uderzeniami w drewniany bęben nadawał rytm, a reszta śpiewała mantrę. Pieść zaczęła się bardzo powoli i dostojnie, by po kilkunastu minutach dojść do dość szybkiego tempa. Krępowałem się robić zdjęcia, ale ponieważ dwie starsze białe kobiety, które przed mszą rozmawiały z mniszkami, w ogóle się nie krepowały, więc uznałem, że jest zielone światło i oprócz zdjęć nakręciłem dwa krótkie fragmenty z dźwiękiem. (film pierwszy, film drugi) Nie wiedzieliśmy ile to wszystko jeszcze potrwa, więc zabraliśmy się do dalszej drogi.

Przy wyjściu próbowałem się jeszcze dowiedzieć jak dojść do Górnej Świątyni Huayuan, którą widzieliśmy na mapie oraz tuż za murem sąsiedniej ulicy, ale nigdzie nie mogliśmy znaleźć ścieżki, by dojść do bramy wejściowej. Ludzie wpatrywali się w znaki, które im pokazywałem na kartce, jakby to były jakieś tajemne zaklęcia i coś do mnie mówili po chińsku. Ja kręciłem głową i odpowiadałem im po polsku, że nic nie rozumiem i że w ten sposób się nie porozumiemy. W końcu chciałem odejść, ale jedna kobieta bardzo nalegała żebyśmy zaczekali pokazując ciągle na usta. Nie wiedziałem kompletnie o co chodzi, bałem się że będą chcieli dać nam coś do zjedzenia, czego ze strachu zjeść nie będziemy chcieli, ale też nie chciałem być gburem i sprawić im przykrości w ich własnej świątyni. Po jakimś czasie wysłany po coś chłopiec przyprowadził, na oko siedmioletnią, dziewczynkę, której już teraz cała grupa coś zawzięcie gestykulując tłumaczyła. Dziewczynka bardzo się wstydziła, zerkała na nas z zakłopotanym uśmiechem, ale w końcu dała się przekonać. Podeszła do nas i widać było jak walczy z olbrzymią tremą. Stojące za nią babcie nie dawały za wygraną i ciągle powtarzały tą samą namowę, wtórując mantrze dochodzącej z głębi świątyni. Zapadła w pewnym momencie cisza, nachyliłem się, by lepiej usłyszeć to, co zaraz niewątpliwie przekaże mi dziewczynka. W końcu, przełamując niezwykłe napięcie, wydobył się z małych ust dźwięk tych długo zbierających się do wyjścia na świat słów:

- Welcome to Datong! - roześmialiśmy się razem z gromadą stojących wokół Chińczyków. Dziewczynka także była szczęśliwa, że zrozumieliśmy jej słowa. Chciała już odejść, ale babcie znowu zaczęły się przekrzykiwać jedna przez drugą.
- Where are You from?
- From Poland.
- Aaa! Bolan! Bolan! - wyglądało na to, że jednak wiedzieli co to za kraj. Podziękowaliśmy serdecznie za gościnę i poszliśmy w końcu na poszukiwanie wejścia do Huayuan.

Zaczepiłem jeszcze jakiegoś sensownie wyglądającego przechodnia, który powiedział nam, że tą wąską brudną i zrujnowaną uliczką dojdziemy tam gdzie chcemy. No dobra. Poszliśmy więc na poszukiwanie Wejścia mijając po drodze Inny Świat. Był to świat rozpadających się hutongów, plotkujących na progach babć i dziadków, wspólnych latryn, do których wchodziły czasem elegancko ubrane młode Chinki. Świat pyłu, bitej drogi, rowerowych furmanek i pozornie bezpańskich psów, graniczący z wielkomiejskim życiem głównej ulicy. Rzeczywiście dotarliśmy w końcu do miejsca, w którym cywilizacja witała nas wielkim szyldem z cennikiem fryzur miejscowego fryzjera. Nie było na nim ani jednej fryzury z prostymi włosami. Na chodniku obok grupa Chińczyków obserwowała rozgrywkę chińskiej wersji szachów (Xiangqi). Gra ta, wogóle nie przypominająca międzynarodowych szachów, w Chinach niezwykle popularna występuje niemal na każdym rogu ulicy. Dwie osoby grają, a tłumek przyjaciół obserwuje z niezwykłym skupieniem posunięcia. Żadnych komentarzy, żadnych podpowiedzi, ewentualnie pojedyncze szmery bezpośrednio po ruchu. Skupienie na tyle duże, że gdy podeszliśmy do wspomnianej grupki, zrobiliśmy im zdjęcia i cicho się oddaliliśmy - ani gracze ani obserwatorzy nawet nie zauważyli tego faktu. Nikt nie podniósł nawet wzroku!

W końcu znaleźliśmy wejście do Dolnej Świątyni Huayuan. Nie było w środku niczego szczególnego poza tym, że niepozornie wyglądający drewniany pawilon miał prawie 1000 lat. Wejście do górnej świątyni było, gdy do niego dotarliśmy, niestety już zamknięte. Szkoda, bo to z kolei była ponoć największa swego rodzaju budowla w Chinach. Trudno. Zatem biegiem do Muru Dziewięciu Smoków, może uda się zobaczyć chociaż jego. Jutro przecież wyjeżdżamy dalej. Przeszliśmy uliczką targową, na której można było zaobserwować klasyczne targowe widoczki w postaci przystojnych dziadków i babć sprzedających warzywa z rowerów czy faceta sprzedającego pliki banknotów wydrukowanych tylko z jednej strony. Minęliśmy Wieżę Dzwonu i dotarliśmy do Muru. Miał on ochraniać miejscowy pałac przed złymi demonami, jednak biorąc pod uwagę fakt, że z całego pałacu zostały tylko terakotowe smoki, można podejrzewać, że ochrona nie obejmowała całości zabudowy. Same smoki podobały mi się o wiele bardziej niż analogiczna ściana w Zakazanym Mieście. Jest w nich jakaś lekkość, jakaś subtelność, która do mnie trafia.

Zachód słońca obejrzeliśmy przez okna klasycznej chińskiej herbaciarni. Niestety, poza wystrojem nie doznaliśmy niczego z magii ceremonii parzenia herbaty. Po prostu dostaliśmy szklanki, susz herbaciany i imbryk z wrzątkiem. Ale chwila oddechu, z zachodzącym nad dachami Datongu słońcem, była bardzo miła. Później jeszcze przeszliśmy się ulicą w nocy i tu kolejne zaskoczenie. Ulica tętniła życiem jeszcze bardziej niż za dnia! Przed sklepami z ciuchami, gdzie ceny były europejskie, rozstawione były stoiska na metalowych wieszakach z ciuchami w cenach chińskich. Knajpy uliczne ciągnęły się jedna za drugą na przemian z ciuchami. Gdzieniegdzie wciśnięte maty z zegarkami czy innymi niepotrzebnymi drobiazgami. I pomiędzy tym tłumy tłumy tłumy. Zastanawialiśmy się później czy to nie kwestia piątku i końca tygodnia?

Doszliśmy ponownie do głównego placu, a tam handel ustąpił wspólnym grom i zabawom. W jednym miejscu grają w siatkę, w drugim w kometkę, w trzecim przechodzą pomiędzy rozpiętymi linkami, gdzie indziej skaczą zbiorowo przez długą skakankę, w innym miejscu kopią do siebie piłkę, we wszystkim biorą dział wszystkie pokolenia. Rodzice i dzieci, nastolatki i dziadki. Grupy nie są podzielone wiekowo, ale zainteresowaniami. Nie ma tak, że nastolatki trzymają się osobno. Nawet wśród skaczących przez skakankę razem z trzydziestolatkami byli ich rodzice. Cały plac i główna ulica tętniły życiem. W smutnym przemysłowym mieście, gdzie swego czasu nie można było wychodzić na dwór bo można było zaczadzieć. Dziwny to jednak kraj. Nadzwyczaj żywotny.

0 komentarzy:

Prześlij komentarz

 


Igor Czajka - Copyright 2008. Wszystkie Prawa Zastrzezone.

mail do autora - Igor Czajka