aktualizacja w weekendy ;-)

poniedziałek, 10 września 2007

Dzień 4, Pałac Letni w Pekinie

2 sierpnia 2007, czwartek

Z rana pojechaliśmy na dworzec kolejowy, zostawić plecaki w przechowalni bagażu. Był to inny dworzec niż ten, na którym kupowaliśmy bilety. Gdy taksówkarz dowiózł nas na miejsce, ogarnęła mnie panika. Surrealistycznie olbrzymi ni to zamek, ni to biurowiec, wielki jak Pałac Kultury, przy sześciopasmowej autostradzie... Jak tu znaleźć wejście? Jak odnaleźć właściwy peron? Jak odnaleźć cokolwiek w takim molochu? Człowiek naczytał się tych wszystkich opowieści o dzikich Chińczykach, wpychających się bez kolejki wszędzie i w każdy sposób. Opowieści o wyścigach po peronie do odpowiedniego wagonu. Od razu przypomniał mi się niezwykle chamski Polak na warszawskim lotnisku, który ochrzanił nas, że: "nie pilnujecie swojej kolejki, a tam się ktoś przed was wepchał! Jak wy chcecie po Chinach jeździć, jak tacy niezorientowani jesteście!"

Taksówkarz wysadził nas przy samym wejściu. Zwarliśmy szyki i stanęliśmy w kolejce do bramki. Na każdym dworcu jest bowiem skaner bagażu i każdy plecak czy walizka większa od damskiej torebki musi być prześwietlona, jak na lotnisku. W miarę sprawnie to poszło i znaleźliśmy się wewnątrz hali. Nie było trudno zobaczyć boksy do przechowania bagażu, trudniej było się dogadać z obsługą. Probowaliśmy, jak wszędzie, negocjować ceny, ale akurat w tym miejscu nie było to chyba możliwe i musieliśmy zapłacić za kluczyk tyle, ile od nas chcieli. Nie było to mało, ale trudno, z plecakami nie pozwiedzamy. Teraz jeszcze pierogi i do cesarskiego Pałacu Letniego. Po drodze trzeba było zahaczyć o bank, by wymienić część dolarów na yuany, bo znalezienie bankomatu obsługującego nasze karty okazało się niemożliwe.

Wyszliśmy z dworca i wtedy zobaczyliśmy te tłumy przelewające się we wszystkich możliwych kierunkach. Przy wchodzeniu mieliśmy farta z powodu wczesnej pory, bo teraz kolejka do wejścia miała nie 10 ale jakieś 110 m długości. Jednak w przeciwieństwie do apokaliptycznych opisów, nikt się nie przepychał, nikt nie awanturował; faktycznie Chińczycy wykorzystywali każdą lukę, by położyć swój bagaż na taśmie skanera, ale dzięki temu wszystko odbywało się płynnie, sprawnie, szybko i spokojnie. Podążające w różnych kierunkach strumienie ludzi trzymały się swoich wirtualnych pasów i tylko my, białe dzikusy z Zachodu, zakłócaliśmy ten krwiobieg, chcąc zrobić zdjęcie albo zerknąć na druga stronę chodnika. Pod kładką dla pieszych (z dworca na drugą stronę ulicy) biegła autostrada, której kilka środkowych pasów wchodziło pod ziemię, by ominąć skrzyżowanie. Efekt był taki, że z jednej strony kładki była szeroka w sumie na 12 pasów ruchu ulica, a z drugiej strony kładki widać było normalna trzypasmową arterię, z szerokim pasem zieleni pośrodku, składającym się z pięknie przystrzyżonych rabat.

W China Bank bankomat był nieczynny, a jedyną osobą mówiącą po angielsku był jakiś miły pan z kolejki. Jednak na pytanie gdzie jest najbliższy czynny bankomat padła odpowiedź "tutaj za drzwiami, ale on jest nieczynny". Pozostawało więc stanąć w kolejce, aby wymienić dolary. Wspomniany pan okazał się nieocenioną pomocą, wyjaśnił wszystkie zawiłości biurokratyczne, które trzeba było wypełnić, a na koniec chciał nas przepuścić przed siebie, kolejny raz zadając kłam wszystkim historiom o bezceremonialności Chińczyków. Dobra, mamy kasę w kieszeni, jedziemy wreszcie do Pałacu Letniego.

Pałac Letni okazał się schowanym za mgłą olbrzymim kilkusethektarowym parkiem ze sporym jeziorem pośrodku, po którym kursowały statki wycieczkowe i pływało mnóstwo mniejszych i większych łódek. Miejsce tak naprawdę do leniwego snucia się przez cały dzień. My nie mieliśmy tego szczęścia, musieliśmy zdążyć na pociąg. Najpierw doszliśmy do Wyspy Południowego Jeziora na którą prowadzi słynny ponoć most Most Siedemnastu Łuków. Na moście pobawiliśmy się z gościem, który uczył dzieci podbijać patyk dwoma innymi patykami tak, by ten pierwszy cały czas był w powietrzu. Z wyspy przepłynęliśmy statkiem w pobliże Marmurowej Łodzi. Jest to kamienna atrapa parostatku, którą zafundowała sobie ostatnia chińska cesarzowa pod koniec XIX wieku wykorzystując na ten cel kasę na rozbudowę floty. Wyjątkowo dalekowzroczne myślenie inwestycyjne, wszak większość statków z tego czasu pocięto pewnie już na żyletki, a Marmurowa Łódź dzisiaj przynosi dochody z turystyki, choć arcydziełem sztuki kamieniarskiej nazwać jej nie mogę. Zagłębiliśmy się następnie w drobne parkowe ścieżki i dróżki. Jakiś starszy Chińczyk przysłuchując się naszym uwagom rzucił w końcu do nas pytanie:

- Russki?
- Nie, polski! - odpowiedzieliśmy chórem, ale on się nie zraził i dopytał:
- No pa russki gawaritie?
- Niemnożko, niemnożko, no gawarim - odparliśmy chórem, więc rozmowa toczyła się dalej.
- A wy skąd?
- A z Polski
- Z Warszawy?
- Tak, z Warszawy.
- O, ja byłem w Warszawie, ze 25 lat temu. Ładne miasto.
- Tylko trochę mniejsze od Pekinu.
- No tak, mniejsze. Naród mały to i stolica mała - pokiwał z politowaniem głową i przeprosiwszy nas pożegnał się, bo spotkał jakiegoś znajomego. No tak, co to za naród, który ma marne niecałe 40 mln ludzi? To mniej, niż jakaś mało ważna mniejszość narodowa w Chinach. Przy 1300 mln to plemię a nie naród. Ech te punkty odniesienia.

Najpiękniejsza w całym parku okazała się jednak okolica wzgórza Długowieczności. Pięknie zdobione daszki, misterne drewniane konstrukcje, jaskrawo kolorowe zdobienia i niesamowite widoki z góry na park i jezioro. Następnie powrót na dół przez kręcone skalne wąwozy i bambusowe alejki. Przy jeziorze nieco dziwiły tłumy Chińczyków wyciągających w górę ręce z aparatami. Choć drugiej strony nie wiadomo, czy byli to Chińczycy, czy może turyści z Korei albo z Japonii. Na chwilę wyszło słońce i momentalnie zrobiło się niesamowicie skwarnie. W tej sielskiej atmosferze turystycznego centrum, na jednym z dziedzińców cesarskich pawilonów byłem w pewnym momencie świadkiem wydarzenia, które całkowicie zburzyło we mnie obraz spokojnych Chińczyków.

Razem z tłumem turystów weszła rodzinka z dzieckiem, które cały czas płakało. Nie zawodziło w niebogłosy, jak to dzieci potrafią się wydzierać, po prostu płakało. Ponieważ nie jest to w Chinach powszechny widok, obserwowałem dzieciaka, żeby zrozumieć powody jego nieszczęścia. W pewnym momencie podszedł do niego szybkim krokiem młody facet, krzyknął do niego jedno słowo i kopnął dzieciaka w uda. Nie kopnął z całej siły, bo by dziecko zostało zmiecione, ale na tyle mocno, że dało się słyszeć mocne głuche klapnięcie kości. Efekt, jak można się było spodziewać, był odwrotny od zamierzonego: chłopak nie dość że zaczął płakać jeszcze głośniej to, chyba nie wiedząc już co się dzieje, zsikał się ze stresu na chodnik. Odpowiedzią faceta były głośne wymysły i kolejne kopniaki. Dopiero wtedy matka złapała dziecko na ręce cicho uspokajając ojca (?). Nikt nie reagował, nikt nie protestował, nikt niczego nie widział, nikt niczego nie słyszał. Adrenalina wydzieliła mi się dość mocno, jednak nie reagowałem, bo nie byłem u siebie. Czy to normalna praktyka? Czy takie są tu zwyczaje? Czy tak się traktuje tu dzieci? Tak się wychowuje chińskich twardzieli? Dalsza część pobytu wskazywała, że raczej był to wyjątek od reguły, ale dlaczego w takim razie nikt nie zareagował? Długo dochodziłem do siebie.

Na koniec, tuż przed wyjściem, w jednej z altanek pojawił się utykający na jedną nogę sympatycznie wyglądający staruszek. Przyniósł ze sobą długi wielki pędzel oraz miotłę. Dokładnie zamiótł chodnik pod altaną, a następnie maczając pędzel w kałuży zebranej w małym zagłębieniu, zaczął malować na zamiecionym chodniku chińskie znaki. Jeden znak na jednej chodnikowej płycie, w pionowym układzie, na naszych oczach powstawał tekst, którego nie mieliśmy szansy odczytać. Staruszek z tajemniczym uśmieszkiem w kącikach ust pokrywał coraz większą liczbę płyt, przenosząc się z jednego końca altany w drugi. W międzyczasie znaki powoli wysychały i znikały, ale nie wiem czy wtedy zaczynał pokrywać płyty od nowa czy rozpoczynał kontemplację swojego ulotnego dzieła, bo musieliśmy wracać do pociągu.

Na dworzec dostaliśmy się bez problemu, bo dla małych bagaży podręcznych (a nasze plecaki były już w środku) było osobne wejście, do którego kolejki nie było prawie żadnej. Szybko jeszcze przed drogą coś zjedliśmy w dworcowej knajpie, odebraliśmy bagaże (okazało się że trzeba coś dopłacić do poprzedniej ceny) i pobiegliśmy na peron. Dworce skonstruowane są w ten sposób, że dla każdego pociągu jest oddzielny rząd w oddzielnej poczekalni. Jakiś czas przed odjazdem pociągu zaczynają być wpuszczani na peron pasażerowie za okazaniem biletu. Dzięki temu na peronie są tylko pasażerowie pociągu, a i tak tłumek jest niemały. Ponieważ mieliśmy miejscówki, żadne apokaliptyczne opisy nie znalazły potwierdzenia w rzeczywistości i spokojnie oraz w bardzo cywilizowany sposób wsiedliśmy do pociągu do Datongu.

Po siedmiu godzinach wylądowaliśmy na stacji kolejowej w Datongu. Złapał nas jakiś koleś z tabliczką CITS w ręku oferując noclegi. Wiedzieliśmy, że to państwowe biuro turystyczne, więc po informacji o cenie podążyliśmy za nim. Wskazana przez niego młoda Chinka zaprowadziła nas do hotelu, gdzie za naprawdę rozsądną cenę spędziliśmy dwie noce w czteroosobowym dormitorze. Było w miarę czysto, niestety umiejscowione na korytarzu prysznic i kibel były w tej samej kabinie, co oznaczało, że bierzesz prysznic stojąc na kiblu (a raczej nad dziurą fekalną w posadzce). Jak dla mnie zbyt ryzykowna zabawa. Ale, co kto lubi...

0 komentarzy:

Prześlij komentarz

 


Igor Czajka - Copyright 2008. Wszystkie Prawa Zastrzezone.

mail do autora - Igor Czajka